Recenzje ponad 2000 albumów. Klasyka, Jazz, Blues, Rock, Pop.
| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Paweł GUSNAR

Saxophone Varie Vol.3
PREMIERA 19 PAŻDZIERNIKA 2018

Ars Paschalis
(premiera 2 listopada 2018)

Aldona Nawrocka
AVE
(premiera 26 października 2018)

Christian McBRIDE's New Jawn
(premiera 26 października 2018)

Connie HAN
Crime Zone
(2018)

Mariusz BARSZCZ
Muzyka nam bliska
(2018)

Wpisy z tagiem: C

poniedziałek, 06 czerwca 2011

 LOUIS CLARK conducting The Royal Philharmonic Orchestra: Hooked On Classics /CD 2009 (1981)/
Hooked On Classics (Parts 1 & 2); Hooked On Romance; Hooked On Classics (Part 3); Hooked On Bach; Hooked On Tchaikovsky; Hooked On A Song; Hooked On Mozart; Hooked On Mendelssohn; Hooked On A Can Can

Płyta ,,Hooked On Classic'' sprzedała się w rekordowym nakładzie 10 milionów egz. stając się najpopularniejszą płytą z transkrypcjami muzyki klasycznej. Nagrania wypełniające krążek to 9 kilkuminutowych bloków tematycznych (np. ,,Hooked On Mozart'' czy ,,Hooked On Romance''), w których pojawiają się fragmenty najsłynniejszych motywów muzyki klasycznej jak: V Symfonia Beethovena czy Koncert fortepianowy Czajkowskiego. Wszystkie tematy wykonane są z zachowaniem wszelkich zasad właściwych muzyce klasycznej, podane zostały jednak w konwencji muzyki pop czy nawet disco. Krążek był jedną z pierwszych w historii płyt, które poprzez nowatorską aranżację i transkrypcje klasycznych tematów w ramy konwencji muzyki popularnej dotarły do słuchaczy nie słuchających na codzień Beethovena, Mozarta czy Bacha. W późniejszym okresie powstało mnóstwo nagrań utrzymanych w podobnym duchu, jednak płytę The Royal Philharmonic Orchestra pod batutą LOUISA CLARKA uznać należy za prekursorską i wyróżniającą się spośród innych później zrealizowanych w podobnej konwencji projektów, najwyższą z możliwych jakością będącą wypadkową maestrii Clarka i potraktowania tego przedsięwzięcia w sposób nie różniący się niczym od tego jaki towarzyszy tradycyjnym nagraniom muzyki klasycznej.
Przystępność poszczególnych kilkuminutowych ,,składanek'' wypełniających płytę, oraz wykorzystanie elektronicznego podkładu rytmicznego podczas realizacji nagrań, sprawiły iż w latach 80-tych Bacha czy Mozarta można było usłyszeć w niejednej dyskotece.
Warto wiedzieć, iż LOUIS CLARK współpracował z zespołem ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA (m.in. płyta ,,Secret Messages'', 1983) dyrygując towarzyszącą grupie orkiestrą, która jak wiadomo w bardzo dużym stopniu przyczyniła się do charakterystyki nagrań zespołu.
Niniejsza edycja CD jest ostatnim jak dotąd wydaniem tej płyty, która pierwotnie ukazała się w 1981 roku w formie płyty gramofonowej.
Podczas słuchania doliczyć się można 115.(!) różnych tematów muzyki klasycznej, których fragmenty pojawiają się podczas płyty trwającej niecałe 50 minut.

Tagi: C classic
19:20, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 maja 2011

 PETER CETERA: Live (DVD 2003)

No Explanation; Baby What A Big Surprise; Glory Of Love; If You Leave Me Now; After All; Restless Heart; Hard To Say I'm Sorry; Feels Like Heaven; Even A Fool Can See; Remember The Feeling; One Good Woman; Next Time I Fall; You're The Inspiration; 25 Or 6 To 4; Have You Ever Been In Love


Właściciel jednego z najbardziej rozpoznawalnych głosów w muzyce rockowej w 1985 roku zdecydował się opuścić szeregi CHICAGO i realizować swe muzyczne inspiracje solo. Już rok później ukazała się jego wspaniała płyta, która jest moim ulubionym jego krążkiem: ,,Solitude / Solitaire'' (1986) i gości od czasu do czasu w kieszeni mojego odtwarzacza. Płyta w Stanach zyskała tytuł ,,platynowej''.
Cetera nigdy jednak do końca nie uwolnił się z ram CHICAGO i zawsze już chyba kojarzony będzie z tą grupą. Sam zresztą nie zabiega o to by miało być inaczej, wykonując na koncertach materiał pochodzący w większości z repertuaru zespołu.
Tak było też w Salt Lake City (Utah) 19 października 2003 roku podczas koncertu na trasie ,,Peter Cetera's Symphonic Tour'', gdzie wraz z Utah Symphonic Orchestra i własnym zespołem oraz wspomagającą go wokalnie Kim Keyes wykonał najsłynniejsze swoje utwory pochodzące zarówno z repertuaru solowego jak i przebogatego dorobku grupy CHICAGO. Wszystkie kompozycje zostały na nowo zaaranżowane dla potrzeb Orkiestry Symfonicznej, lecz nie pozbawiono ich charakterystycznego nastroju i klimatu, znanego od lat z pierwotnych wykonań i nagrań płytowych.
Pięknie zabrzmiały wykonane wraz z orkiestrą tak znane choćby od lat tytuły jak: przepiękna ballada: ,,If You Leave Me Now'', pochodzący z solowego dorobku Cetery przebój: ,,Glory Of Love'', monumentalnie opracowane: ,,25 Or 6 To 4'' (choć w tym przypadku zdecydowanie wolę wersję oryginalną z niezastąpioną sekcją dętą), czy przede wszystkim wzruszająca: ,,Hard To Say I'm Sorry'' -wykonana wraz z wspaniałą instrumentalną kodą znaną z dużej płyty (a ,,wyciętą'' w wersji singlowej), która oszałamiająco zabrzmiała w wykonaniu Utah Symphonic Orchestra.
Przekaz wideo koncertu pozbawiony jest jakichkolwiek efektów dodatkowych -za co w tym wypadku jestem wdzięczny realizatorom. Nie mogę natomiast (po raz kolejny oglądając koncert na DVD) zrozumieć: jak można tak: sfuszerować, spartaczyć, skopać, zawalić... (dalej ingerowałaby chyba cenzura) ...montaż?! Szlag mnie trafia gdy głos Cetery dziękującego za owacje po wykonanym utworze zostaje w połowie słowa urwany, a kolejny utwór rozpoczyna się od drugiej nuty! Czy naprawdę tak trudno to płynnie i starannie zmontować?! Przecież ludzie biorący gdzieś w Stanach grube pieniądze za to -są chyba świadomi tego, iż ich ,,twór'' ,,pójdzie w świat'' i ktoś to przecież będzie oglądał i tego słuchał... być może przez lata całe. Brak umiejętności, niechlujstwo, niedbalstwo? A może po prostu najzwyczajniejszy brak szacunku dla wrażliwych słuchaczy (widzów)? PETER CETERA -na szóstkę! Realizatorzy montażu -poniżej jakiejkolwiek noty.

21:35, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 maja 2011

 CARAVAN: Here Am I (CD 2005 /2000/)

Here Am I; Chiefs And Indians; Can You Here Me?; All The Way; Very Smelly Grubby Little Oak; Love In Your Eye

Dla mnie grupa CARAVAN to przede wszystkim rewelacyjna płyta: ,,In The Land Of Grey And Pink'', będąca trzecim albumem zespołu z roku 1971, po który od czasu do czasu sięgam. Przyznam się jednak, iż nie byłem ,,na bieżąco'' w okresie reaktywacji zespołu w latach 90-tych. Z tym większą ciekawością sięgnąłem po płytę będącą reedycją albumu ,,Surprise Supplies'' (2000), nagranego na żywo w 1999 roku.  Z składu jaki pamiętam z płyty ,,In The Land ...'' pozostali: Pye Hastings (gitara, śpiew) i Richard Coughlan (perkusja).
Mimo to, już od pierwszych dźwięków albumu słychać iż rozwiązany na początku lat 80-tych, a reaktywowany 10 lat później zespół to nadal niewątpliwie jedna z największych grup rocka progresywnego jaka pojawiła się w historii i zarazem jedna z najbardziej niedocenionych grup w Kraju nad Wisłą. Zespół przez lata zachował charakterystyczne brzmienie tworzące coś w rodzaju mariażu muzyki folk z jazzem, podanego w iście rockowym sosie. W grupie pojawiły się wspaniale brzmiące skrzypce (G.Richardson) przywołujące na myśl dokonania grupy KANSAS (choćby fajne solo w utworze ,,Can You Here Me?'').
CARAVAN od czasu do czasu raczył nas dłuższymi formami w rodzaju suit rockowych. Na tym koncertowym albumie nie mogło być inaczej. Gdy wybrzmiała piękna ballada ozdobiona partiami fletu (,,All The Way''), pojawiły się dwie nieco dłuższe, kilkunastominutowe formy. Pierwsza z nich to zapowiedziana przez Hastingsa: ,,Very Smelly Grubby Little Oak'' -bajkowo rozbudowana suita, w której znalazło się miejsce zarówno na elektroniczne pejzaże (J.Schelhaas), solo fletu jak również na nieco dłuższe niż w pozostałych kompozycjach solo saksofonu. Drugi z dłuższych utworów wypełniających drugą część albumu to kończący całość 17-minutowy: ,,Love In Your Eye'' -to już prawdziwa uczta dla miłosników progresywnego brzmienia. Improwizujący na tle klawiszowo -skrzypcowych podkładów flet wywołuje skojarzenia z wczesnymi dokonaniami KING CRIMSON, a elektroniczne opracowanie tego dzieła przywołuje ducha PINK FLOYD z okresu ,,Echoes''.
Szkoda trochę, iż wyśmienitą okładkę pierwotnej edycji zastąpiono jakimś dziwolągiem plasycznym. Również jakość techniczna nagrań pozostawia wiele do życzenia, gdyż radość słuchania psuje wysoki poziom szumów. Czekam na lepszą edycję tej płyty, gdyż ta, która ukazała się w roku 2005 jest niestety wyjątkowo niechlujna a wkładka do CD pozbawiona jest jakichkolwiek informacji o tym gdzie, kiedy i w jakim składzie dokonano nagrań (wszystkie informacje zawarte w tekscie znalazłem w innych źródłach).
Polecam gorąco tą płytę, choć niekoniecznie w tym wydaniu z roku 2005 (seria ,,Noble Prices'').

Tagi: 1 C rock blues
21:19, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 kwietnia 2011

str.A: Femme Fatale; Zingaro; Serena
str.B: A Thousand Times; Out Of The Night

1). Wspaniała płyta, wspaniałego nieodżałowanego gitarzysty z Węgier, który zrobił oszałamiającą karierę na świecie. To on jest kompozytorem słynnej ,,Gypsy Queen'' spopularyzowanej przez SANTANĘ. Niniejsza płyta jest ostatnim krążkiem wydanym za życia Gitarzysty, który zmarł w 1982 roku w Budapeszcie. Na płycie usłyszymy też legendarnego pianistę Chicka Corea i jego zespół (rewelacyjna orkiestracja przywodząca na myśl historyczny już album ,,Return To Forever'' Corei, lub może ze względu na rozmach -,,Children Of Sanchez'' CHUCKA MANGIONE, w utworze: ,,A Thousand Times''). Szczególną uwagę zwraca też utwór tytułowy płyty (to druga z zaledwie dwóch kompozycji autorskich Gabora Szabo na tej płycie).
Doskonale znam dwa inne albumy Gitarzysty: ,,Small World'' (1972) i ,,Belsta River'' (nagrana z udziałem m.in. Włodka Gulgowskiego -1978), gdyż mam je na półce i często do nich wracam. Płytę ,,Femme Fatale'' z przyjemnością dołączam do swojej kolekcji.

2). Gabor Szabo -węgierski gitarzysta i kompozytor, zmarły w 1982 roku, powszechnie znany jako kompozytor ''Gypsy Queen'' wylansowanej przez Carlosa Santanę, ale przede wszystkim wyśmienity gitarzysta mający na swym koncie mnóstwo doskonałych płyty nagranych jako leader. Takim właśnie albumem jest: ''Femme Fatale'' nagrana w roku 1981 na kilka miesięcy przed śmiercią. W nagraniach uczestniczył m.in. sam Chick Corea, który pojawia się bardzo wyraźnie na stronie drugiej tej płyty. Płyta nagrana została w USA w roku 1981.

Longplay otwiera tytułowa kompozycja samego Gabora Szabo: ''Femme Fatale''... i są to najbardziej dynamiczne minuty pierwszej strony tej płyty oscylujące chwilami na granicy jazz rock. Pozostałe dwa nagrania to rzeczy zdecydowanie spokojniejsze z przewodnią rolą gitary akustycznej. Pierwsza z nich to kompozycja legendarnego Antonio Carlosa Jobima: ''Zingaro'', a stronę kończy krótka ''Serana'' napisana przez Jamesa Harrah.
Druga stronę płyty wypełniają dwa nagrania. To tylko 17 minut. Najpierw ''A Thousand Times'' kompozycja Gabora Szabo z rewelacyjną orkiestracją przywodząca na myśl historyczny już album ,,Return To Forever'' Corei, i drugi utwór -kompozycja właśnie Chicka Corei: ''Out Of The Night''. Tylko gitara i fortepian Chicka Corei -perełka!
Oto jedna z tych płyt, które pomimo swej doskonałości nie doczekały się właściwego miejsca w tzw kanonie płytowym, ale ma bardzo znaczące miejsce w moim prywatnym rankingu ukochanych płyt.

23:23, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

str.1: Hymn Of The Seventh Galaxy; After The Cosmic Rain; Captain Senor Mouse
str.2: Theme To The Mothership; Space Circus Part I / Part II; The Game Maker

 ,,Hymn Of The Seventh Galaxy'' (1973) przynosi wiele zmian w porównaniu z dwoma pierwszymi albumami zespołu. Chwilami aż trudno uznać tą płytę za album tej samej formacji, która zarejestrowała dwa pierwsze tak odmienne od niej albumy. To zdecydowanie kolejny etap muzycznych poszukiwań C.Corei z zespołem. Z poprzedniego składu oprócz lidera pozostał tylko (ale też i: ,,aż'') STANLEY CLARKE (zamienił jednak kontrabas na elektryczną gitarę basową). Na perkusji gra wspaniały Lenny White, a zamiast saksofonu i fletu pojawia się bardzo rockowa gitara Billa Connorsa. Nie ma też wokalu. Dla wszystkich oczekujących kontyuacji dwóch pierwszych albumów, płyta będzie rozczarowaniem. Natomiast dla nie słyszących płyty wcześniej, a uwielbiających fussion i jazz-rockowe brzmienia... płyta może okazać się objawieniem.
Otrzymujemy płytę w zupełnie innym nastroju, jednakże wspaniałą i niezwykle ,,drapieżną''. Tu już nie ma damskich wokaliz, bajecznych dźwięków fletu i nastrojowych klimatów. Jest jazz-rock w czystej postaci, tak często pojawiający się w muzyce fussion. Dynamiczny utwór tytułowy jest zaledwie przygrywką do następującego po nim blisko 9-minutowego ,,After The Cosmic Rain'' z jeszcze bardziej rockowymi partiami gitary Connorsa, będącego kompozycją S.Clarke'a (resztę materiału napisał Corea).
Nie ma wytchnienia podczas kolejnego (również 9-minutowego) ,,Captain Senor Mouse'' w galopującym rytmie. Arsenał lidera został poszerzony o wiele innych instrumentów klawiszowych, tworząc nowocześniejsze (przypominam: jest rok 1973) brzmienia elektroniczne. W ,,Captain Senor Mouse'' słyszymy jednak również tak archaiczny instrument w muzyce jazzowej (rockowej?) jak klawesyn... brzmi wspaniale!
Drugą stronę płyty winylowej ,,Hymn Of The Seventh Galaxy'' wypełniają również trzy kompozycje. Płytę zdecydowanie zdominowali gitarzyści, co słychać również w ,,Theme To The Mothership'', podczas którego C.Corea jest zaledwie akompaniatorem dla solowych popisów B.Connorsa i S.Clarke'a, pozwalającym sobie zaledwie na jedną solówkę w drugiej części utworu.
Dwuczęściowa miniaturka ,,Space Circus'' to funkujący (głównie dzięki Clarke'owi) kawałek oparty na pomimo wszystko dość monotonnym riffie basowym.
,,The Game Maker'', będący zakończeniem tej płyty to dzięki zawiłym pasażom gitarowym progresywny w odbiorze utwór, mogący wywołać skojarzenia z Mahavishnu Orchestra i Johnem McLaughlinem.
Płyta zdecydowanie udana, lecz jakże odmienna od dwóch pierwszych albumów formacji CHICKA COREI.
...I tylko na rewersie okładki zarys wizerunku mewy bądź rybitwy przypomina nam pierwszy album ,,Return To Forever''.

23:03, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

You're Everything; Light As A Feather; Captain Marvel; 500 Miles High; Children's Song; Spain

Drugą płytą grupy CHICK COREA AND RETURN TO FOREVER jest nagrany w dokładnie tym samym składzie co pierwsza płyta kilka miesięcy wcześniej -album ,,Light As A Feather'' (1972). Płyta zawiera 6 utworów: 3 dłuższe ok. 10-minutowe i trzy krótsze jazzowe miniaturki. Nie ma więc tutaj tak monumentalnie rozbudowanej kompozycji jak wypełniająca drugą stronę pierwszego albumu formacji.
Płytę otwiera ,,You're Everything'' -w sumie przeciętny jazzowy utworek zaśpiewany tym razem w jakby ,,innym duchu'' przez F.Purim.
Wszystkie teksty na album (podobnie jak w przypadku pierwszej płyty), napisał N.Potter. Wyjątkiem jest druga na płycie kompozycja, będąca zarazem tytułem płyty: ,,Light As A Feather'', do której słowa napisała sama wokalistka udzielająca się na tej płycie również jako ,,obsługująca'' różnego rodzaju perkusyjne przeszkadzajki wspaniale wzbogacające brzmienie płyty. W utworze tytułowym płyty słuchamy wyśmienitych partii basowych STANLEYA CLARKE'A ,,pojedynkujących'' się w połowie nagrania z klawiszami Corei... no i ten śpiew FLORY PURIM zespajający i jakby godzący te wszystkie ,,przekomarzania się'' instrumentów pod koniec. Świetny utwór!
Nawiązaniem klimatycznym do ,,La Fiesta'' z albumu ,,Return To Forever'' wydaje się być ,,Captain Marvel'' z pląsającym basem, ,,lewitującym'' fletem i wokalizą -refrenem. Perkusja wspaniałego AIRTO MOREIRY w tym utworze w wyjątkowo bogaty sposób została uzupełniona ,,przeszkadzajkami'' Pani Flory (napracowała się bardzo podczas tych pięciu minut :) ).
Czas na drugi dłuższy utwór: ,,500 Miles High''. Krótki, aczkolwiek urokliwy tekst zaśpiewany na początku utworu jest punktem wyjscia do rozbudowanych improwizacji JOE FARRELLA i CHICKA COREI ubarwianych w tle tymi najróżniejszymi ,,stukaniami'' FLORY PURIM. Tego wyśmienicie się słucha! Kiedy saksofon milknie a klawisze ograniczają się do dyskretnego akompaniamentu: na planie pierwszym pojawia się kontrabas Clarke'a. Po chwili ,,maszyna dźwięków'' rusza dalej a krótki odśpiewany fragment tekstu, który rozpoczął kompozycje, zwieńcza ją w wielkim stylu.
,,Children's Song'' to delikatny uroczy i łagodny przerywnik utrzymany w ,,pozytywkowym'' nastroju, pozwalający na ,,wzięcie oddechu'' przed 10-minutowym finałem.
,,Spain'' rozpoczyna cytat z ,,Concerto D'Aranjuez'' Joaquina Rodrigo, przekształcający się w jazzową fiestę, znowu wywołującą skojarzenia do finału poprzedniej płyty zespołu. Po raz kolejny: piękna wokaliza i beztroski a jednocześnie skłaniający do lekkiej zadumu nastrój.
Wielka szkoda, że skład RETURN TO FOREVER, w którym dokonano nagrań na dwa pierwsze albumy formacji -nie utrzymał się na kolejnych płytach.

Tagi: C Chick Corea R
23:02, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

str.I: Return To Forever; Crystal Silence; What Game Shall We Play Today
str.II: Sometime Ago - La Fiesta

Płytą, od czasu której usłyszenia zainteresowałem się muzyką CHICKA COREI był pierwszy album jego formacji, będący jednocześnie tytułem płyty: ,,Return To Forever'' (1972). Licencyjną płytę wydaną w ówczesnym Związku Radzieckim nakładem tamtejszej wytwórni Melodija, otrzymałem w latach 80. drogą korespondencyjną od mego znajomego, z którym prowadziłem wymianę licencyjnych longplayów wydawanych w Polsce, na wydawane za wschodnią granicą a niedostępne u nas. Wobec ,,astronomicznych'' w tamtych czasach cen płyt światowych wykonawców -trzeba było sobie jakoś radzić i zdobywać niedostępne w Polsce nagrania płytowe różnymi kanałami. Wiedziałem wówczas tylko tyle, iż to znany jazzowy pianista mający na swym koncie m.in. nagranie płyty ,,Bitches Brew'' (1969) z MILESEM DAVISEM. Przypomnę, iż były to czasy gdy muzyka nie była tak powszechnie dostępna jak dziś, a oferta księgarnii i sklepów muzycznych (nie było wówczas jako takich: sklepów płytowych) pozostawiała wiele (hmm... bardzo wiele!) do życzenia. Gdy usłyszałem tą płytę -przeżyłem  coś w rodzaju muzycznego objawienia. Oto bowiem porwała mnie muzyka powszechnie uważana za elitarną i nieprzystępną dla każdego: jazz. Postanowiłem, kiedy tylko będzie to w zasięgu moich możliwości -zaopatrzyć się w oryginalną edycję płyty, wydaną przez kultową wytwórnię ECM. Udało się to 10 lat później :) .
Otwierający płytę, tytułowy ,,Return To Forever'' z wokalizą Flory Purim: raz melodyjną, innym razem wręcz zadziorną a nawet przeistaczającą się w dramatyczny krzyk, wywołał u mnie skojarzenia z czymś w rodzaju ilustracji muzycznej do ambitnego filmu grozy. Stąd może skojarzenia z ,,Rosemary's Baby'' KOMEDY, choć ten 12-minutowy utwór odznacza się zdecydowanie większą dawką ekspresji i dramatyzmu niż kołysanka z filmu Polańskiego.
Drugi na płycie to ,,Crystal Silence'' zbudowany wokół partii saksofonu sopranowego (Joe Farrell), z leniwie snującymi się dźwiękami elektrycznego fortepianu kompozytora całej płyty: CHICKA COREI.
Ostatnie cztery i pół minuty pierwszej strony płyty to przeurocza piosenka utrzymana w rytmie samby: ,,What Game Shall We Play Today'', zaśpiewana oczywiście przez Florę Purim. W roku 1972 nie funkcjonowało jeszcze pojęcie ,,smooth jazz'', dziś jednak śmiało możnaby zdefiniować ten piękny utwór tym określeniem. Beztroska i z bajeczną lekkością zaśpiewana piosenka (słowa: Neville Potter) ubarwiona jest wspaniałymi solówkami fletu potęgującego efekt lekkości i radosnej ekstazy).
Prawdziwym jazzowym misterium jest strona druga płyty wypełniona dwuwątkową suitą: ,,Sometime Ago -La Fiesta''. Przez pierwszych kilka minut nic nie zwiastuje rozwinięcia się kompozycji w kierunku jaki obiera później. W trakcie trwania suity pojawia się kolejna urokliwa partia wokalna Flory Purim (,,Sometime Ago''). W zasadzie spokojnie z suity możnaby wyciąć kolejną (po ,,What Game Shall We Play Today'') uroczą piosenkę jazzową. Tym razem jednak w zdecydowanie szybszym rytmie, jeszcze barwniej okraszoną dźwiękami fletu i elektrycznego pianina z wspaniałą partią kontrabasu STANLEYA CLARKE'A. W drugiej części suity porywa nas niezwykła ,,La Fiesta''. Tutaj J.Farrell odkłada flet i ponownie sięga po saksofon, tutaj pojawiają się kastaniety, tutaj wibruje kontrabas Clarke'a w szybkim rytmie... Wielki, podniosły finał robiący doprawdy wrażenie prawdziwej jazzowej fiesty. Cytaty z tego utworu wiele razy pojawiały się później na różnych płytach (m.in. na omawianym przeze mnie jakiś czas temu i wcześniej wspomnianym albumie C.Corei i GABORA SZABO: ,,Femme Fatale'' 1981, czy ostatnim wspólnym dokonaniu Corei i GARY BURTONA: ,,The New Crystal Silence'', 2008). ,,La Fiesta'' była też inspiracją dla wielu muzyków tworzących utwory o podobnej strukturze dynamicznej w późniejszych latach (choćby CHUCK MANGIONE: ,,Children Of Sanchez'', 1978).
Myślę, iż w przypadku tego albumu nie będzie nadużyciem tak zdewaluowane ostatnio określenie: kultowy. Osobiście otaczam ,,kultem'' ten album jako całość, będącą niezwykle nowatorską pozycją, wyznaczającą w późniejszym okresie wiele kierunków fussion-jazzu. Również okładka tej płyty ma dla mnie kultowy charakter; często widząc nad taflą jeziora unoszącą się rybitwę -skojarzenia mam jednoznaczne a w głowie słyszę: ,,What Game Shall We Play Today'' :) .

Jako kolekcjoner płyt, zawsze miałem problemy z skatalogowaniem tej płyty pod względem wykonawcy. Płytę firmuje bowiem nazwisko CHICKA COREI, jednakże jej tytuł jest zarazem nazwą zespołu, która pojawia się na kolejnych albumach. Ostatecznie uznałem, iż jest to: CHICK COREA & RETURN TO FOREVER: ,,Return To Forever'' :) .
Zespół RETURN TO FOREVER nagrał osiem wyśmienitych płyt, które zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie niż firmowane jako solowe albumy: płyty CHICKA COREI. Dlatego na zawsze pozostanę wierny pełnej dyskografii grupy, a ,,solowy'' dorobek płytowy jej twórcy traktuję wybiórczo, wybierając z niego niektóre pozycje.
Nie jestem, jak się okazuje odosobniony w takim podejsciu do solowej twórczości Corei, bowiem około 40% jego albumów jak obliczyli statystycy otrzymało w amerykańskich magazynach jazzowych noty poniżej: 6, w skali: 1-10.

23:01, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

str.1: Side Saddle; The Westminster Waltz; Roulette; The Birthday Cakewalk; Pixilated Penguin; Mack The Knife
str.2: Snow Coach; Trampolina; Wedding Of The Painted Doll; Sam's Song (A Happy Tune); Golden Guilders; Matador From Trinidad

Prawdziwa perełka i zabytek klasy A! Zewnętrznie klejona okładka z lakierowaną tylko pierwszą stroną, gramatura płyty oraz jej label i koperta wewnętrzna (z zapowiedziami kolejnych płyt wytwórni i jej katalogiem) są wiarygodną metryką, z której wynika iż płyta jest tak stara że ...nawet ode mnie starsza :) . Na nagranej, rzecz jasna, w monofonicznej jeszcze technice płycie z Wielkiej Brytanii znajdziemy 12 wyśmienitych utworów zmarłego w 2000 roku pianisty RUSSA CONWAYA wraz z akompaniamentem zespołu pod dyrekcją Geoffa Love (m.in. słynny ,,Mack The Knife'').
Całkiem przyjemna muzyka, która kojarzyć może się z ilustracjami muzycznymi do niemych filmów. Nazwa znanej mi już dzięki innym płytom wytwórni, która ,,wypuściła'' przed 45. (!) laty ten w idealnym stanie zachowany po dzień dzisiejszy krążek, niech będzie mottem tej krótkiej recenzji: ,,Music For Pleasure'' a do tego piękna, stylowa okładka!

Tagi: C
20:23, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

Nostalgia; Loops; Pustynna burza; Piasek pustyni /inside: Bułgarski blues; Żegnaj Kuba; Afrykański blues / Footprints; Wykryto pewne nieprawidłowości; I Towers You; Edesseg

Projekt Krzysztofa Ścierańskiego ,,Music Painters'' (,,Malarze Muzyki'') liczy sobie już kilka lat. Początkowo zespół tworzyli oprócz lidera: Jose Torres i Bernard Maseli (okres ten dokumentują płyty: ,,Live'', oraz ,,Inna bajka''). Kolejnym wcieleniem ,,Malarzy Muzyki'' był skład uzupełniony o Marka Raduli, w którym Torresa zastąpił Paul Wertico (ex PAT METHENY Group, SBB). W aktualnym składzie na perkusji Wertico zastąpił Przemek Kuczyński i w tej konfiguracji K.Ścierański postanowił udokumentować fonograficznie kilka ostatnich lat muzycznych poszukiwań nagrywając studyjne opracowania granych na koncertach kompozycji. 23 pażdziernika 2010 roku ukazała się płyta kwartetu, firmowana i zatytułowana: ,,The Colors''.

Płyta zaczyna się gitarową frazą Marka Raduli, która towarzyszyć nam będzie w tle całego pierwszego nagrania (,,Nostalgia''). Po chwili rozbrzmiewać zaczyna bas Ścierańskiego, wchodzi perkusja i na blisko 10 minut wpadamy w transowy klimat utworu. Nagranie brzmi bardzo progresywnie, a Raduli tworzy niezwykle zawiłe struktury melodyczne. W połowie utworu chwila wytchnienia, elektroniczno-wibrafonowe pasaże... i dryfujemy dalej: teraz na plan pierwszy wysuwają się dżwięki midi a w tle charakterystycznie szarpane struny basowe i powtarzana niczym mantra od początku utworu fraza gitary. Wspaniały klimat!
,,Loops'' wprowadza nas w bardziej funkowy nastrój, poprzez wyeksponowaną do roli instrumentu solowego gitarę basową K.Ścierańskiego (skojarzenia ze sposobem gry STANLEY'A CLARKE'A). Tu również jest miejsce dla rozbudowanego sola na instrumentach elektronicznych, oraz tym razem spokojniejszej i bardziej stonowanej gitary Marka Raduli, lecz głównym instrumentem jest bas. Uwielbiam ten sposób gry na gitarze basowej! ,,Loops'' kończy solo perkusyjne i powrót do głównego motywu melodycznego.

Kolejnym nagraniem na płycie jest utwór, który miałem ostatnio okazję usłyszeć trzykrotnie na trzech koncertach Marka Raduli i Krzysztofa Ścierańskiego z grupą LABORATORIUM. Wersja płytowa zdecydowanie różni się od ,,laboratoryjnych'' wykonań koncertowych. Dalekowschodni, orientalny klimat ,,Pustynnej burzy'' potęgują dźwięki imitujące sitar i zdeformowany głos. Linia melodyczna kompozycji wywołuje jednoznaczne skojarzenia z muzyką arabską. To zdecydowanie jedna z najlepszych kompozycji Ścierańskiego wszechczasów!
Pozostajemy na pustyni, bowiem kolejne nagranie nosi tytuł: ,,Piasek pustyni''. Podobnie arabsko brzmiąca struktura wywołuje klimaty kojarzące mi się z ,,pustynną'' płytą grupy CAMEL: ,,Rajaz'', nawet gitara M.Raduli gra jakby podobne do A.Latimera frazy. Oczyma wyobraźni widzę rząd wielbłądów sunący karawaną przez pustynię. Trochę może ,,wyrwany z kontekstu'' jest wpleciony w utwór: ,,Bułgarski blues'', który tak naprawdę nie jest bluesem, lecz piękną impresją zagraną na gitarze basowej. Piękną! Może trochę szkoda tego wątku Panie Krzysztofie? Może byłby z tego wspaniały samoistny utwór?
,,Żegnaj Kuba'' -dedykowany zmarłemu przyjacielowi i ,,dobremu duchowi'' wcześniejszych ,,kolorowych'' poczynań -Kubie Florkowi to najspokojniejszy na krążku utwór, podczas którego najpiękniejsze części stanowią fragmenty z gitarą basową na pierwszym planie. Piękny, nastrojowy klimat psuje trochę ,,piszczące'' solo B.Maseli w środku utworu, ale na szczęście po chwili wraca ta jedyna w swoim rodzaju gitara Ścierańskiego, wzbudzająca tak niezwykłe emocje.
Egzotyczna wokaliza rozpoczyna ,,Afrykański blues''... Tak -to bardzo etniczna płyta. Krzysztof Ścierański zabiera nas na niej poprzez klimaty kompozycji w egzotyczne rejony globu jednocześnie sprawiając, iż płyta jest od 1 do 7 utworu jednolita i robi wrażenie zwartej, programowej całości. Egzotyczne ,,przeszkadzajki'' i stonowana perkusja P.Kuczyńskiego wprowadzają nas w kolejny utwór połączony pod numerem 6 w spisie nagrań z ,,Afrykańskim bluesem'': ,,Footprints''. To jedyna kompozycja na płycie nie napisana przez Ścierańskiego. Nasz najlepszy basista sięgnął do teki kompozytorskiej Wayne Shortera, aby przedstawić swoją wersję utworu a może raczej impresje na jej temat.
,,Wykryto pewne nieprawidłowości'' to kolejne na płycie nagranie, które miłośnicy K.Ścierańskiego uważać będą za dokonanie solowe basisty  z zespołem towarzyszącym. Krzysztof Ścierański napisał całą płytę, a że jest gitarzystą basowym -oczywistym wydaje się fakt iż pisze muzykę pod kątem tego instrumentu. Stąd dominujący w większości nagrań bas. ,,Wykryto pewne nieprawidłowości'' to jeden z niewielu utworów, w których nie drażni mnie brzmienie instrumentów B.Maseli, brzmiących tutaj dyskretnie i nie wysuwających się ani na moment na pierwszy plan. Traktuję ten krążek jako płytę gitarową, dlatego niektóre momenty płyty gdy B.Maseli wygrywa zbyt długo swoje przetworzone elektronicznie do granic przyzwoitości solo, po prostu mnie irytują.
Podczas jednej z niedawnych rozmów z K.Ścierańskim ośmieliłem się zauważyć, iż ostatnie dwa utwory na płycie ,,The Colors'' odbiegają od reszty pod względem zarówno struktury kompozycji jak i samego sposobu rejestracji i nie mogę wyzbyć się wrażenia, iż właściwa płyta kończy się na utworze ,,Wykryto...'', a pozostałe dwie ścieżki to tzw ,,bonus tracki'', a więc nagrania dodatkowe. Jak przyznał Pan Krzysztof: dwa ostatnie utwory zostały skomponowane i nagrane ,,na szybko'', natomiast reszta płyty składa się z rzeczy ogrywanych już wielokrotnie na koncertach i modyfikowanych. No cóż: utrzymany w klimacie funky ,,I Towers You'' może i wywołuje podczas słuchania rytmiczne ruchy kończyn dolnych, ale po jego przesłuchaniu nic nie zostaje w pamięci. Kończący płytę ,,Edesseg'' zbudowany na jednym basowym riffie to także utwór, któremu w sumie nic nie można zarzucić, oprócz tego że jest ...przeciętny, a po wysłuchaniu siedmiu wybitnych nagrań z tej płyty -ta ,,przeciętność'' wypada blado.
Na 9 nagrań -7 wybitnych i 2 przeciętne... hmmm... życzyłbym sobie jak najwięcej takich płyt jeszcze usłyszeć.

20:22, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
Str.1: Girl (Why You Wanna Make Me Blue); (Love Is Like A) Heatwave; Uptight (Everything's Alright); Some Of Your Lovin'; In My Lonely Room
Str.2: Take Me In Your Arms (Rock Me For A Little While); Blame It On The Sun; Papa Was A Rolling Stone; Never Dreamed You'd Leave In Summer
Str.3: Standing In The Shadows Of Love; Do I Love You; Jimmy Mack; Something About You; Love Is Here And Now You're Gone
Str.4: Loving You Is Sweeter Than Ever; Going To A Go-Go; Talkin About My Baby; Going Back
 
Oberwało się PHILOWI COLLINSOWI za tą płytę. Od krytyków, od fanów... Trochę sam jest sobie winien Pan Collins. Po wydaniu poprzedniej płyty zapowiedział wycofanie się i ruszył na wielkie pożegnalne tournee zatytułowane zresztą jednoznacznie: ,,Farewell Tour''. Nagle po ośmiu latach od ostatniego studyjnego albumu ukazuje się kolejna, oficjalna, nowa płyta PHILA COLLINSA, której zawartość budzi wiele kontrowersji.

Artysta od zawsze składał hołd czarnej muzyce i brzmieniu wytwórni Tamla Motown dając temu wyraz niejednokrotnie angażując do swych nagrań sekcje dęte (EARTH, WIND AND FIRE), czy nawet nagrywając duet z PHILIPEM BAILEY (,,Easy Lover''). Muszę przyznać, iż ,,dęciaki'' u Collinsa robiły zawsze na mnie wielkie wrażenie (choćby powalający wręcz początek płyty ,,...But Seriously''). Tym razem jednak PHIL COLLINS sięgnął bezpośrednio po klasyczne utwory ze swoich ulubionych płyt dzieciństwa i młodości (stąd zabawne wręcz zdjęcie na okładce albumu). Wśród tytułów zawartych na tym dwupłytowym (w wersji winylowej) albumie, który zdecydowałem się po długim zastanowieniu dołączyć do swej płytoteki, znajdziemy kawałki pochodzące pierwotnie z repertuaru takich wykonawców jak The TEMPTATIONS (otwierający album ,,Girl (Why You Wanna Make Me Blue)'' i zawsze wspaniale brzmiące ,,Papa Was A Rolling Stone''), STEVIE WONDER (,,Uptight (Everything's Alright)" oraz ,,Blame It On The Sun''), The SUPREMES (,,Love Is Here and Now You're Gone''), FOUR TOPS (,,Standing In The Shadows Of Love" i ,,Loving You Is Sweeter Than Ever") czy DUSTY SPRINGFIELD (tytułowy, kończący album: ,,Going Back''). Do nagrania tego wyjątkowego albumu Collins zaprosił wielu muzyków sesyjnych, którzy uczestniczyli podczas nagrywania pierwotnych wersji tych utworów przed laty (m.in. Bob Babbitt, Eddie Willis i Ray Monette), dzięki czemu uzyskał brzmienie bardzo zbliżone do oryginałów. Tu nasuwa się pewna refleksja: po co nagrywać coś co przypominać ma oryginał jeśli jest się Artystą tej klasy co PHIL COLLINS? Jeśli jest się Muzykiem, który przed laty współtworzył jedną z największych rockowych grup świata? Jeśli jest się twórcą takiego albumu jak ,,Face Value''?
Myślę, iż ten album jest bez wątpienia hołdem, tylko nie jestem pewien komu złożonym: twórcom niepowtarzalnego, kultowego brzmienia Tamla Motown czy dziecięcym marzeniom małego Phila z długą grzywką, który nieśmiało spogląda z okładki płyty?
To nie jest zła płyta! Collinsowi naprawdę udało się odtworzyć klimat przełomu lat 60. i 70. uzyskując wspaniałe brzmienie i odświeżyć takie kawałki jak: ,,Going to a Go-Go" czy ,,Jimmy Mack''. Być może dzięki temu albumowi taneczna odmiana muzyki soul przeżyje jakiś renesans i zyska nowe grono miłośników? Może dzięki tej płycie  wielu słuchaczy szerzej zainteresuje się tym jedynym w swoim rodzaju brzmieniem złotych lat Tamla Motown?
Jeszcze jedna refleksja... Coraz więcej Muzyków (Wielkich Muzyków) nagrywa nowe płyty, nie tworząc nowej Muzyki lecz nagrywając rzeczy, które już zostały wielokrotnie nagrane przez innych, bądź przez nich samych (ostatnie poczynania STINGA, RODA STEWARTA, a nawet HERBIEGO HANCOCKA, na naszej rodzimej scenie podobna tendencja: JAREK ŚMIETANA po płycie z utworami Hendrixa nagrywa standardy bluesowe itp itd). Czy to taki przejściowy okres, czy może następuje własnie przełom o którym jakiś czas temu mówił mi jeden z Wielkich Muzyków krajowej sceny twierdząc iż zakres kombinacji najróżniejszych dźwięków jest przecież ograniczony i w końcu dojdziemy do miejsca, w którym nie uda się już stworzyć nowej (choćby najbardziej skomplikowanej) melodii nie podobnej do innych?
Pisząc o nowej (?) płycie PHILA COLLINSA wspomniałem o Jego szczytowym solowym osiągnięciu -albumie ,,Face Value''  (1981) -ale przecież i tam znalazł się cover (,,Tommorow Never Knows''). Czy muzycy w przyszłości będą jeszcze tworzyć muzykę, czy tylko ją przetwarzać?
PHIL COLLINS nagrał dobry album. Perfekcyjnie odtworzył brzmienie oryginalnych nagrań, niczym ...BRACIA nagrywając utwory grupy QUEEN.
Stylowe koperty płyt winylowych wydawnictwa wywołują skojarzenia z latami minionymi, z przeszłością... Z pewnością sprowokował mnie Pan do sięgnięcia po oryginalne wersje utworów, które przypomniał Pan na tym albumie. Dziękuję Panu, Mr.Collins. A tak poza tym? Co nowego Panie Collins?

Tagi: C rock blues
20:20, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
Travelin' Alone; Rockin' Chair; River Runs Dep; Judgement Day; How Deep Is The Ocean; My Very Good Friend The Milkman; Can't Hold Out Much Longer; That's No Way To Get Along; Everything Will Be Allright; Diamonds Made From Rain; When Somebody Thinks You're Wonderful; Hard Times Blues; Run Back To Your Side; Autumn Leaves.
It's In The Way That You Use It; Run; Tearing Us Apart; Bad Influence; Walk Away; Hung Up On Your Love; Take A Chance; Hold On; Miss You; Holy Mother; Behind The Mask; Grand Illusion
Od bardzo dawna już posiadam wersję winylową tej płyty i jak dotąd nie było ,,okazji'' nabycia jej w wersji CD, o co przyznaję: szczególnie nie zabiegałem, będąc wiernym idei kolekcjonowania przede wszystkim płyt gramofonowych, ograniczając się do zdobywania tylko tych płyt CD swoich ulubionych wykonawców, które nie mają odpowiednika na winylu. Poza tym: wg mojej osobistej i subiektywnej opinii: nie jest to płyta wybitna. Niedawna jednak okazja dołączenia tej płyty do kolekcji okazała się być podwójną okazją, jako że w tym roku mija okrągłe 25-lecie od jej premiery.

Osobiście nie przepadam za muzycznym obliczem ERICA CLAPTONA z lat 80. i 90., nazywając na własny użytek ten okres twórczości Wspaniałego Gitarzysty -,,okresem piosenkarskim''. Wówczas to bowiem CLAPTON robił wrażenie muzyka za wszelką cenę starającego się o najwyższe notowania swych utworów na listach przebojów, co notabene: udawało mu się niejednokrotnie osiągnąć. Moim (mimo wszystko) ulubionym albumem z tego okresu jest wydany trzy lata później niż ,,August'' -,,Journeyman'' (1989), zaś płytą której zdecydowanie unikam -koszmarny ,,Pilgrim'' (1998). Omawiany ,,August'' plasuje się gdzieś pośrodku, choć bliżej mu do ,,Podróżnika'' niż dna osiągniętego na ,,Pielgrzymie''.
W drugiej połowie lat 80. ERIC CLAPTON i PHIL COLLINS byli bardzo blisko siebie artystycznie -często zdarzało się im wspólnie koncertować i nagrywać... Ba! Dochodziło do tego, iż oglądając w krótkim czasie na DVD kilka różnych koncertów obu panów z tego okresu, zastanawiałem się czyj koncert znajduje się w kieszeni odtwarzacza; Czy jest to koncert Claptona, na którym za bębnami siedzi Collins i ,,przy okazji'' wykonuje kilka swoich kompozycji? Czy to koncert Collinsa w którego zespole gra Clapton i okazjonalnie ,,wtrąca'' w program występu swoje utwory? Słychać to również na autorskich płytach obydwu muzyków z tamtych lat (Claptona słyszymy m.in. na bardzo popularnej płycie Collinsa -,,...But Seriously'', 1988, a Collinsa na wspomnianym ,,Journeyman''), lecz większe chyba piętno odcisnął P.Collins na płytach E.Claptona -nie odwrotnie . W tym okresie ERIC CLAPTON ,,integrował'' się artystycznie nie tylko z Collinsem, że wspomnę tu choćby TINĘ TURNER, u której często ,,gościł'' zarówno na płytach jak i na koncertach (,,Tina Live In Europe'', 1988). Na omawianej płycie ERICA CLAPTONA: ,,August'' -słyszymy i Tinę, i Phila (Collins jest też głównym producentem tego krążka).
Zanim wysłuchałem po raz pierwszy w domowym zaciszu (sic!) płyty ,,August'' z nośnika cyfrowego, ,,wyłuskałem'' z półki płytę winylową by po raz kolejny przekonać się o wyższości edytorskiej płyty gramofonowej, nad kompaktem. Piękna rozkładana okładka, a wewnątrz m.in. zdjęcia, których próżno szukać w książeczce CD (tylko skąd się wziął RINGO STARR na pozowanej fotce skoro nie brał udziału w nagraniu płyty? -pewnie wpadł akurat przy okazji do studia :) ).
Na edycji CD jednak znajduje się jeden dodatkowy utwór, którego nie ma na winylu (kończący płytę: ,,Grand Illusion'').

Płytę rozpoczyna przebojowy ,,It's In The Way That You Use It'' z gościnnym udziałem GARY BROOKERA, pochodzący z filmu ,,Kolor pieniędzy''. W zasadzie określenie: ,,przebojowy '' dotyczyć może każdego nagrania na tej płycie.
Drugi numer na płycie rozpoczyna się typowo dla... PHILA COLLINSA, partiami dęciaków, na których grają m.in. MICHAEL (saksofon) i RANDY (trąbka) BRECKEROWIE (,,Run'').
Pora na duet z TINĄ TURNER: ,,Tearing Us Apart''. Ten utwór znalazł się w wersji koncertowej również na albumie ...TINY TURNER: ,,Tina Live In Europe'' (1988). Wybijany przez komputer pulsujący rytm, lecz... Mamy tu świetne gitarowe solo Mistrza Claptona, co na tej płycie zdarza się niestety rzadko.
Następnym iście ,,collinsowym'' nagraniem jest ,,Bad Influrence'', gdzie nawet wokal Claptona brzmi chwilowo łudząco podobnie do charakterystycznego tembru głosu P.Collinsa. No i sekcja dęta, która również sprawia, iż byłoby to całkiem niezłe nagranie gdyby ...firmował je PHIL COLLINS a nie ERIC CLAPTON. Długa lecz przeciętna solówka Głównego Gitarzysty ozdabiająca utwór to zdecydowanie za mało by uznać go za wybitne dokonanie jednego z największych gitarzystów świata.
Następny przebój z płyty to ,,Walk Away'' przesycony brzmieniem instrumentów klawiszowych. Bardzo miła i wpadająca w ucho melodia, pogłos wokalu... tylko gdzie gitara? No dobrze: udany utwór... taki do zagrania na dancingu, do zatańczenia we dwoje -gdybym tylko słuchając go mógł zapomnieć o tym, iż firmuje go Gitarzysta grający kiedyś w CREAM  i JOHN MAYALL'S BLUESBREAKERS.
,,Hung Up On Your Love''. Niestety rozwiązania elektroniczne wykorzystane w nagraniu nie wytrzymały próby czasu i po latach brzmienie tego utworu robi wrażenie niezwykle archaicznego.
,,Take A Chance''. Znowu ukochane przez Collinsa dęciaki od początku utworu na planie pierwszym. Zwrotka, refren, chórki, krótka solówka i... nie zostaje w pamięci nic co mogłoby spowodować chęć odtworzenia ponownie tego nagrania.
Perkusja Collinsa i jego charakterystyczny sposób gry dominuje w ,,Hold On'', czyniąc z tego nagrania chyba najbardziej ,,collinsowe'' z całej płyty. To niezwykłe jak Clapton został na tym krążku zdominowany przez P.Collinsa... acha: w chórkach słyszymy m.in. ponownie T.Turner.
Na basie gra na całej płycie sam Nathan East, lecz niestety nie dane mu było zabłysnąć i choć na chwilę wysunąć się na plan pierwszy -to ,,nie ta bajka''.
,,Miss You'': ponownie dominująca perkusja i sekcja dęta, ale... jest gitara! Jeśli chcemy słuchać tej płyty ze względu na postać Claptona -gitarzysty, polecam uwadze towarzyszącą nam od początku do końca gitarę w tym nagraniu ,,wycinającą'' w tle te dźwięki, za które świat pokochał ERICA CLAPTONA.
,,Holy Mother'' z kolei, to kolejna ,,piosenka'', która klimatem kojarzyć się może ze słynną ,,Tears In Heaven''. Tutaj również jest fajna solówka i byłby to niezły przerywnik na którejś mniej ,,przebojowej'' a bardziej ,,gitarowej'' płycie Claptona.
,,Behind The Mask'' sprawdzał się pewnie 25 lat temu w dyskotekach, odtwarzany pomiędzy nagraniami FRANKIE GOES TO HOLLYWOOD i PET SHOP BOYS. Słuchając dzis tego nagrania, po raz kolejny można przekonać się jak okrutnie czas obszedł się z niektórymi brzmieniami lat 80.
Płyta winylowa kończy się już w tym miejscu, lecz na CD umieszczono jeszcze ,,Grand Illusion'' z ,,bajecznie'' brzmiącymi chórkami i charakterystycznymi ,,przejściami'' perkusyjnymi PHILA COLLINSA.

Reasumując: ,,w swoim rodzaju'' to może i dobra płyta. ERICA CLAPTONA bardziej jednak cenię jako wspaniałego gitarzystę niż twórcę przebojów. Cieszę się więc, iż po niej udało się Claptonowi ponownie ,,wspiąć na wyżyny'', po latach wydając tak wspaniałe krążki jak: ,,Riding With The King'' z B.B.KINGIEM (2000), rewelacyjny ,,Reptile'' (2001), ,,Back Home'' (2005), ,,The Road To Escondido'' z J.J.CALE'M (2006), czy choćby ostatni jak dotąd: podwójny (w wersji winylowej :) ) album zatytułowany po prostu: ,,Clapton'' (2010)

20:17, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

str.1: Freefall; Supertwister; Nimrodel - The Procession - The White Rider
str.2: Earthrise; Lady Fantasy (Encounter; Smiles For You; Lady Fantasy)


Jedna z najbardziej rozpoznawalnych i charakterystycznych okładek muzyki rockowej lat 70. kojarząca się z papierosami i nazwą jednej z największych grup rockowych świata.
Nie miałem nigdy tej płyty w oryginalnej wersji winylowej, więc nabywając niedawno pierwsze wydanie longplaya z 1974 roku nadrobiłem jedną z największych moich zaległości kolekcjonerskich! Miałem pierwsze wydanie CD tego albumu (z charakterystycznym granatowo-czerwonym paskiem wytwórni Deram na grzbiecie), które w 2002 roku zamieniłem na zremasterowaną edycję z 30 dodatkowymi minutami materiału bezceremonialnie ,,naruszającymi'' pierwotny zamysł zespołu tworzącego bądź co bądź 40-minutową w zamyśle płytę. Moje poczucie estetyki kolekcjonerskiej bardzo ucierpiało nawskutek połaszenia się na nowoczesny remastering nagrań i dodatkowe nagrania bonusowe. Tym bardziej więc cieszę się iż udało mi się właśnie zdobyć tą płytę w niemal idealnym stanie, w wersji w jakiej ukazała się w sprzedaży po raz pierwszy 37 lat temu w oryginalnej brytyjskiej kopercie wewnętrznej, wyposażoną w wkładkę z zdjęciami i opisem, opatrzoną biało-czerwonym labelem Deram.
Cóż można napisać o muzyce z tej płyty? To tak jakbym zamierzał zrecenzować coś tak doskonałego jak portret Mony Lizy. Wciąż te same emocje i pomimo upływu lat te same wzruszenia i uniesienia podczas słuchania choćby 13-minutowej ,,Lady Fantasy''. To chyba najlepszy z możliwych skład CAMELA z Dougiem Fergusonem na basie, Andy Wardem za bębnami, Peterem Bardensem przy klawiszach i tym jednym, jedynym gitarzystą który tak poruszająco potrafi łkać przy pomocy gitary -Andy Latimerem.
Jeśli ktoś zapyta Was o definicję rocka progresywnego lat 70. -śmiało można udzielić odpowiedzi: ,,CAMEL: Mirage''. Tu jest wszystko czego oczekiwać można po rocku progresywnym lat 70. Kwintesencja gatunku.

Tagi: C
20:14, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »