Recenzje ok. 2500 albumów. Klasyka, Jazz, Blues, Rock, Pop.
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

NOWY ADRES

Od 1 marca wszystkie nowe wpisy
publikowane są pod adresem:

longplay1.blogspot.com

Wpisy z tagiem: b

czwartek, 23 lutego 2012

The Dave BRUBECK Quartet: Time Further Out /LP 1961 / CD 1961 (1996) Columbia/
(LP str.1:) It's A Raggy Waltz; Bluette; Charles Matthew Hallelujah; Far More Blue; (LP str.2: ) Far More Drums; Maori Blues; Unsquare Dance; Bru's Boogie Woogie; Blue Shadows In The Street; (CD bonus tracks:) Slow And Easy (a.k.a. Lawless Mike); It's A Raggy Waltz Live At Carnegie Hall

poniedziałek, 09 stycznia 2012
The BAND OF ENDLESS NOISE: The Blue Nun /CD 2011 Falami/
Disastrous For The Rational Mind; Sugar; Something Wrong With The Rainbow; Bright Red; Reading Twice; Tangoa (This Side Of Punk); The Blue Nun Theme; Rotten Grapes
poniedziałek, 02 stycznia 2012

CHET BAKER: The Most Important Jazz Album Of 1964/1965 /CD 1964 (2003/2011) Blue Note/Roulette Jazz/
Soultrane; Walkin'; Tadd's Delight; Whatever Possess'd Me; Retsim B; Gnid; Ann, Wonderful One; Mating Call; Margerine; Flight To Jordan

CHET BAKER SEXTET: Chet Is Back! /CD 1962 (2010) Sony/RCA/
Well You Needn't; These Foolish Things; Barbados; Star Eyes; Over The Rainbow; Pent Up House; Ballata In Forma Di Blues; Blues In The Closet; bonus tracks: Chetty's Lullaby; So che ti perdero; Motivo su raggio di luna; Il mio domani

CHET BAKER: Chet Baker & Crew /CD 1956 (2003/2011) Blue Note/Pacific Jazz/
To Mickey's Memory; Slightly Above Moderate; Halema; Revelation; Something For Liza; Lucius Lu; Worryin' The Life Out Of Me; Medium Rock; Too Mickey's Memory (alternate take); Jumpin' Off A Clef; Chippyin'; Pawnee Junction; Music To Dance By; Line For Lyons

CHET BAKER: Chet Baker Big Band /CD 1954 (2004/2011 Blue Note/Pacific Jazz/
A Foggy Day; Mythe; Worryin' The Life Out Of Me; Chet; Not Too Slow; Phil's Blues; Darn That Dream; Dinah;V-Line; Tenderly

CHET BAKER: Chet Baker Sings /CD 1954 (1998/2011) Blue Note/Pacific Jazz Records/
That Old Feeling; It's Always You; Like Someone In Love; My Ideal; I've Never Been In Love Before; My Buddy; But Not For Me; Time After Time; I Get Along Without You Very Well; My Funny Valentine; There Will Never Be Another You; The Thrill Is Gone; I Fall In Love To Easily; Look For The Silver Lining

czwartek, 08 grudnia 2011
 ART BLAKEY and the Afro-Drum Ensemble: The African Beat /CD 1994/2011 (1962) Blue Note/
Prayer By Solomon G.Iori; Ife L'ayo (There Is Happiness In Love); Obirin African (Woman Of Africa); Love, The Mystery Of; Ero Ti Nr'ojeje; Ayiko Ayiko (Welcome, Welcome, My Darling); Tobi Ilu 

Album w chwili ukazania się (1962) był jedną z pionierskich płyt ukazującą afrykański folklor w odniesieniu do muzyki jazzowej. Szczerze mówiąc jako takiego jazzu jest tu wyjątkowo mało i płytę tą miłośnicy znanego z produkcji Jazz Messengers Blakey'a traktują jako jedną z kilku ciekawostek w jego bogatej dyskografii. Ciekawostka to niezwykle malownicza i urokliwa, która była w owym czasie czymś w rodzaju muzycznego spełnienia dla perkusisty mającego w swym sposobie gry od zawsze ciągoty ku ludowym afrykańskim rytmom. Perkusja dominuje na tej płycie od początku do końca, stanowiąc podstawę dla linii melodycznych wygrywanych na afrykańskich fletach i piszczałkach. Zespół afrykańskich perkusistów Afro-Drum Ensemble wygrywa najczęściej podkłady rytmiczne pod doskonale grzmiące sola Arta Blakeya. Spośród typowo jazzowego instrumentarium znajdziemy tu jedynie kontrabas (Ahmed Abdul-Malik) i saksofon tenorowy  Yusefa Lateefa w: ''Ayiko Ayiko (Welcome, Welcome, My Darling)''.
Album zawiera kompozycje muzyków afrykańskich i amerykańskich, oparte na rytmach Afryki Zachodniej a melodie jakie do nas docierają oparte są na dźwiękach cymbałów, konga, marakasów i plemiennych śpiewach. Podczas przesłuchiwania płyty towarzyszy nam nastrój transowy i mantryczny.
Trudno wyróżnić tu jakikolwiek utwór lub którąkolwiek z solówek perkusisty. Najdłuższym tematem jest blisko 10-minutowy: ''Love, The Mystery Of'', w pierwszej części oparty na plemiennych śpiewach, w drugiej ukazujący perfekcyjny warsztat perkusyjny lidera projektu. Co wydaje się jednak niezwykle ciekawe: Blakey gra na tej płycie w sposób tak doskonale dla niego charakterystyczny i znany nam z klasycznych jego płyt jazzowych, iż dopiero słuchając tych nagrań odkryć możemy prawdziwe korzenie jego tak rozpoznawalnej w nagraniach klasycznych stylistyki.
Nie jest to płyta, od której powinno się zacząć muzyczną przygodę poznawania dokonań jednego z najwspanialszych jazzowych perkusistów, ale stanowi doskonałe uzupełnienie kolekcji płyt Arta Blakeya, a dla miłośników soczystych i pełnych ekspresji solówek perkusyjnych -to prawdziwa uczta!
11:15, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 ART BLAKEY and the Jazz Messengers: Buhaina's Delight /CD 1992/2011 (1961) Blue Note/
Backstage Sally; Contemplation; Bu's Delight; Reincarnation Blues; Shaky Jake; Moon River; Moon River (Alternate Take); Backstage Sally (Alternate Take); Reincarnation Blues (Alternate Take); Bu's Delight (Alternate Take)

''Buhaina's Delight'' to doskonały skład, w którym mamy okazję usłyszeć ponownie u Blakeya: basistę Jymie Merritta oraz  Cedara Waltona (fortepian) i wyśmienitą sekcję dętą: młodego Freddie Hubbarda , puzonistę Curtisa Fullera i przede wszystkim Wayne Shortera, który niejako zdominował tą płytę (podobnie jak Lee Morgan album: ''Africaine'').
Standardem jest dziś kompozycja Shortera otwierająca płytę: ''Backstage Sally'' będąca typowym przykładem be bopu, natomiast jego przepiękna ballada: ''Contemplation'' stanowi sześciominutową perełkę przesyconą z kolei typowym klimatem klubowym ''bluenotowskich'' nagrań przełomu lat 50-tych i 60-tych.
Na okładce tej historycznej płyty widzimy perkusistę z pałeczkami w ręku w chmurze papierosowego dymu. Jakże niezwykłym kontrastem jest elegancka koszula i marynarka Arta Blakeya w zestawieniu z krótkim dopalającym się petem w ustach. Tak pełna jest kontrastów i cała płyta, która po poruszającej: ''Kontemplacji'' porywa nas skocznymi rytmicznymi partiami całej sekcji dętej w: ''Bu's Delight''. Utwór ten jest kolejnym z serii długich i rozbudowanych, które sukcesywnie po jednym na płycie umieszczał Blakey. Zawarte tu solo perkusyjne jest esencją jego stylu i niezwykłej stylistyki ''drum thunder'' z jaką od zawsze go kojarzymy. Mimo braku Lee Morgana, mamy do czynienia z jak nigdy bogatym brzmieniem dętych, do czego niewątpliwie oprócz Shortera i Hubbarda przyczynił się Fuller, będący też kompozytorem: ''Bu's Delight''
Trzecią kompozycją Shortera w tym zestawie jest utrzymany w umiarkowanym tempie: ''Reincarnation Blues'' ozdobiony solówkami zarówno saksofonu, trąbki Hubbarda oraz trochę jakby mniej eksponowanego niż Walter Davis czy Bobby Timmons podczas poprzednich sesji -Cedara Waltona.
Nowy pianista Messengersów jest autorem kolejnego na płycie utworu: ''Shaky Jake''. Na jakiejkolwiek innej płycie jazzowej z tej epoki mogłaby to być perła, jednak na tak wspaniałym albumie jak ten jest to zaledwie przeciętny kawałek.
Podstawowy program płyty kończy rzecz zaskakująca a zarazem jeden z kilku odważnych eksperymentów na jakie pozwolił sobie w sensie aranżacji Art Blakey: filmowa ballada: ''Moon River'' (H.Mancini/J.Mercer) zagrana w szybkim tempie i ozdobiona długim solem puzonu i impresją Waltona. Dziś nikogo takie rzeczy nie dziwią, ale w 1961 roku było to posunięcie dość odważne.
Zremasterowana edycja płyty zawiera jeszcze 4 utwory, będące alternatywnymi wersjami czterech spośród sześciu nagrań podstawowych. W stosunku do podstawowych wersji, raczej niczym nie zaskakują lecz stanowią ciekawostkę a dla poszukiwaczy skarbów nagraniowych z epoki są na pewno cenną zdobyczą.
Choć daleki byłbym od stawiania: ''Buhaina's Delight'' na równi z: ''Moanin''' (1958), to uważam iż jest to tak czy tak -jedna z najwspanialszych płyt Jazz Messengers oraz album zaliczany bezsprzecznie do kanonu jazzu.

11:14, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 ART BLAKEY and the Jazz Messengers: Africaine /CD 1998/2011 (1959) Blue Note/
Africaine; Lester Left Town; Splendid; Haina; The Midget; Celine

Płyta ''Africaine'' choć nagrana w 1959 roku, wydana została przez Blue Note pierwszy raz dopiero po 20 latach. Powodem tego było jak głoszą encyklopedie niezadowolenie producenta albumu Alfreda Liona z efektu finalnego sesji.To niezwykłe, iż tak doskonałe nagrania czekały tak długo na swą płytową premierę. Mamy tu do czynienia z wyśmienitym składem Jazz Messengers: sekcję dętą stanowią: Wayne Shorter i podobnie jak na historycznym albumie: ''Moanin''': Lee Morgan, przy fortepianie: Walter Davis Jr, a sekcję rytmiczną: Art Blakey -Jymie Merritt uzupełnia grający na kongach: Dizzy Reece. Dzięki bardziej rozbudowanym perkusjonaliom mamy do czynienia z płytą zdecydowanie bardziej perkusyjną i w większym stopniu nasyconą rytmiką niż poprzednie nagrania Blakey'a dla Blue Note.
Już otwierająca album, jedna z dwóch kompozycji Shortera na płycie: ''Africaine'' tętni niebiańskim łomotem perkusji. Jest to zarazem utwór, który stał się wkrótce jednym z najbardziej charakterystycznych dla Jazz Messengers. Warto pamiętać, iż właśnie na płycie ''Africaine'' Wayne Shorter zadebiutował pod flagą Jazz Messengers, a był to debiut doskonały, gdyż Shorter odcisnął swe piętno na klimacie krążka w niezwykle znaczący sposób. W Jazz Messengers Shorter pozostał do 1963 roku.
W drugiej jego kompozycji na albumie: ''Lester Left Town'' mamy do czynienia z niezwykłymi improwizowanymi dialogami z Morganem na tle doskonałego podkładu fortepianu Waltera Davisa i paraliżującymi wręcz partiami perkusyjnymi Blakey'a. Utwór ten to jedna z najczęściej wykonywanych w kolejnych latach kompozycji zespołu podczas koncertów w różnych składach. Oficjalnie ''Lester Left Town'' został sześciokrotnie nagrany i wydany na różnych płytach koncertowych Arta Blakey'a.
Jedyną kompozycją pianisty składu Waltera Davisa Jr. jest na płycie: ''Splendid'' oparty na agresywnych, wysokooktanowych akordach klawiszy, w którym rewelacyjne solo wygrywa Lee Morgan. Nie mogło stać się jednak inaczej -''ostatnie słowo'' należy w tym utworze zdecydowanie do Davisa.
Do Morgana w sensie kompozycyjnym należy natomiast cała druga strona płyty, bowiem wypełniają ją trzy jego kompozycje. Od czasu do czasu Blakey lubił na płytach umieszczać bardziej rozbudowane strukturalnie utwory z położeniem szczególnego akcentu na perkusję i tak jak na ''Moanin''' mieliśmy: ''The Drum Thunder Suite'', tak na ''Africaine'' mamy 10-minutową: ''Hainę'', dającą upust skłonnościom Blakey'a do dominacji. Jednak pomimo wybitnie perkusyjnemu klimatowi tego utworu, swój wkład w dość znacznym stopniu zaznaczyli zarówno w tym nagraniu Morgan jak i Davis.
W umiarkowanym tempie utrzymany: ''The Midget'' ukazuje po raz kolejny na płycie, ogromny potencjał i inwencję Waltera Davisa Jr., oraz po raz pierwszy od początku płyty mamy okazję wysłuchania bardziej rozbudowanej solówki kontrabasu (Jymie Merritt).
Kończąca płytę: ''Celine'' rozpoczyna się charakterystycznym transowym rytmem Blakey'a, jednak na pierwszym planie mamy tu przede wszystkim Shortera i Morgana, który jeśli wierzyć zapiskom sprzed lat kompozycje tą napisał z miłości do swej kobiety. I tu doskonale brzmi fortepian, a Blakey dosłownie miażdży i wgniata w fotel swym ciężkim, afrykańskim brzmieniem, które zwiastować miało to co z The Afro-Drum Ensemble perkusista nagrać miał dopiero za trzy lata.
Jedna z najlepszych sesji The Jazz Messengers z lat 50-tych, która światło dzienne ujrzała dopiero w 1979 roku.

11:13, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 ART BLAKEY and the Jazz Messengers: Moanin' /CD 1999/2011 (1958) Blue Note/
Warm-up And Dialogue Between Lee And Rudy; Moanin'; Are You Real; Along Came Betty; The Drum Thunder Suite; Blues March; Come Rain Or Come Shine; Moanin' (Alternate Take)

Jeden z najsłynniejszych albumów jazzowych wszechczasów, a zarazem jedna z najwspanialszych płyt legendarnej wytwórnii Blue Note, ukazująca tak charakterystycznego ducha kojarzonego od zawsze z logo firmy. Płytę początkowo wydano bez tytułu firmując ją po prostu jako: ''Art Blakey and the Jazz Messengers'', jednak ogromna popularność otwierającego ją bluesa: ''Moanin''' sprawiła iż kolejne powszechnie znane jej edycje wydawane zostały właśnie pod tym tytułem. Pierwsze edycje winylowe z okładką bez tytułu i innym liternictwem osiągają dziś na światowych giełdach płytowych zawrotne ceny.
Zremasterowaną edycję CD z roku 1999 ponownie wydaną przez Blue Note w 2011 roku rozpoczyna fragment rozmowy Lee Morgana i realizatora dźwięku Rudy Van Geldera zarejestrowany w studio.
Właściwym początkiem albumu jest jednak jeden z najbardziej rozpoznawalnych tematów jazzowych świata, do których zaliczyłbym również: ''Take Five'' (Brubeck) czy ''Autumn Leaves'' (Davis). Kompozycja Bobby Timmonsa i Jona Hendricksa: ''Moanin''' stała się niejako wizytówką Jazz Messengers, kojarzoną już zawsze z postacią Arta Blakeya.
Na tej legendarnej płycie jest jeszcze jeden wielki przebój Jazz Messengers: liryczna ballada ''Along Came Betty'' -kompozycja saksofonisty składu: Benny Golsona. Golson jest autorem czterech spośród sześciu utworów na płycie co czyni go obok Blakeya najważniejszą postacią na płycie.
Tak naprawdę dopiero podczas rozpoczynającej drugą stronę longplaya: ''The Drum Thunder Suite'', Art Blakey daje nam do zrozumienia iż liderem projektu jest perkusista. Na tle doskonałych partii perkusji podziwiamy partie saksofonu Golsona i trąbki Morgana, z których dopiero po czterech minutach wyłania się linia melodyczna. Blakey gra bardzo charakterystycznie dla siebie, niemal bez użycia talerzy. Taka właśnie estetyka miała wkrótce stać się jednym z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych elementów jego techniki, której upust miał dać kilka lat później na albumie: ''The African Beat'' (1962).
''Blues March'' to popis wirtuozerii zarówno Morgana jak i Golsona, ale też w większym stopniu niż w pozostałych nagraniach -pianisty tego kwintetu: Bobby'ego Timmonsa, popartego doskonałym brzmieniem basu Jymie Merritta.
Timmons właściwie ''rozgrywa'' się pod koniec albumu; grający dotychczas oszczędnie i dyskretnie, wysuwa się na plan pierwszy w ''Come Rain Or Come Shine'' tworząc solo na przemian z Golsonem i Morganem. Tu również jest okazja do solówki Merritta, tak doskonale na całym albumie współpracującego z liderem.
Płyta doskonała? Zdecydowanie! Legendarna i pomnikowa! Albumem tym Art Blakey wytyczył niewątpliwie wiele nowych ścieżek dla kształtującego się na przełomie lat 50-tych i 60-tych hard bopu.
Edycję kompaktową kończy alternatywna wersja: ''Moanin''' znaleziona w studiach Van Geldera, odznaczająca się nieco inną artykulacją brzmieniową i inaczej brzmiącym solem kontrabasu. Ciekawostka.

11:12, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

 BUSHMAN'S REVENGE: Jitterbug /CD 2010 (2009) Rune Grammofon/
Always In Motion The Future Is; Kill Your Jitterbug Darlings; While My Guitar Gently Breaks; Too Old To Die Young; Wind And Fire; Professor Chaos; Damage Case (Happy Go Lucky Karaoke Version); Personal Poltergeist; Waltz For My Good Man

To już druga płyta norweskiego tria utrzymana w konwencji muzyki dość trudnej do zdefioniowania. Mamy tu bowiem ciężkie, wręcz metalowe riffy gitary ozdobione perkusją i basem tworzącym free jazzowe klimaty. Muzyka ciężka zarówno brzmieniowo jak i klimatycznie chyba najbardziej nawiązująca do czegoś w rodzaju jazz rockowej awangardy. Dziewięć wypełniających płytę utworów to kompozycje muzyków tworzących grupę oraz jeden zaskakujący kawałek, którym jest: ''Damage Case'' z repertuaru ...grupy Motorhead!
Bushman's Revenge zostali dostrzeżeni przez krytyków i mają grono swoich zagorzałych fanów nie tylko w Norwegii. Mimo to jest to zdecydowanie muzyka niszowa, skierowana do określonego grona odbiorców i nie aspirująca w kierunkach mogących okazać się bardziej przystępnymi dla miłośników zarówno jazzu jak i rocka. Połączenie ciężkiego surowego rockowego grania z estetyką free jazzu stawia muzykę Bushman's Revenge w pozycji skierowanej do określonego grona odbiorców w innej również niszowej grupie słuchaczy. 
W muzyce z ''Jitterbug'' dostrzeżemy elementy zarówno punk rocka (''Kill Your Jitterbug Darlings'') jak i bluesa (''While My Guitar Gently Breaks'' ozdobiony dodatkowo dźwiękami organów), oraz nawiązań w kierunku tradycyjnej melodyki (''Too Old To Die Young'').
Słuchając tej płyty nie mogę jednak wyzbyć się wrażenia słuchania nagrań demo... tak jak gdyby z każdym z utworów należało jeszcze coś zrobić przed umieszczeniem ich na oficjalnej płycie. Najprawdopodobnie to ''garażowe'' brzmienie zespołu jest efektem zamierzonym, lecz w połączeniu ze specyfiką tej muzyki, poszczególne utwory robią na mnie wrażenie czegoś w rodzaju luźnych zapisów z próby. Jest dobry pomysł, jest udany zarys nagrania, lecz do ''pełni szczęścia'' tak jakby najzwyczajniej w świecie czegoś brakowało. Taki choćby ''Wind And Fire'' to dobry pomysł na mający dopiero powstać utwór, lecz doprawdy nie robiący szczególnego wrażenia jako gotowe nagranie. Po wysłuchaniu zaledwie kilku utworów płyta mimo agresywnych dźwięków gitary, ekspresyjnych free perkusyjnych uderzeń i labiryntów basowych po prostu zaczyna nużyć, a nawet tworzyć coś w rodzaju uciążliwej kakofonii (''Professor Chaos'' -przy dużej wyobraźni mogący wywołać z kojarzenia ze specyfiką ostatniego wcielenia King Crimson).
Podczas słuchania ''Damage Case'' zastanawiałem się czy traktować to nagranie jako cover czy parodię Motorhead (tym bardziej iż w podtytule umieszczono opis: ''Karaoke Version'').
Najmocniejszymi akcentami płyty są wspomniany: ''Too Old To Die Young'' oraz klimatyczny transowy, skonstruowany w konwencji bolera: ''Personal Poltergeist''. Tu mamy chociaż jakiś określony klimat i konkretną konstrukcję utworów. Szkoda że reszta nagrań z płyty oscyluje w zdecydowanie innych kierunkach.
Na koniec jest jeszcze jedna niespodzianka! ''Waltz For My Good Man''. Gitara brzmi łagodnie, a wygrywane dźwięki nawiązują do klimatów estetyki dawnych nagrań samego Petera Greena! Warto było przebrnąć przez całą płytę by doczekać tego utworu. Niestety, przy tych trzech albumu tym bardziej blakną pozostałe nagrania.
Z wielką nadzieją sięgnę po kolejną płytę Bushman's Revenge.
Zespół tworzą: Even Helte Hermansen (gitara), Rune Nergaard (bass) i Gard Nilssen (perkusja). W dwóch utworach brzmienie tria wzbogacone zostało organami Stale Storlokkena.

Tagi: b jazz
12:31, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 listopada 2011

 CHRIS BARBER / Mr.ACKER BILK: The Best Of Barber And Bilk /LP 1958 Golden Guinea/
str.1 Chris Barber's Jazz Band:
April Showers; Doin' the Crazy Walk; Hushabye; Everybody Loves My Baby; I Can't Give You Anything But Love; Whistling Rufus
str.2 Mr.Acker Bilk and his Paramount Jazz Band: C.R.E. March; Dardanella; Franklin Street Blues; Blaze Away; Easter Parade; Marching Through Georgia

Longplay wydany w Wielkiej Brytanii przez wytwórnię Golden Guinea, na którego pierwszej stronie znajdują się nagrania jazz bandu Chrisa Barbera, na drugiej zaś utwory Mr.Acker Bilka ze swym zespołem. To bardzo częsty przypadek w tamtych latach: dzielenie płyty na dwie strony poświecone każda z osobna innym wykonawcom. Wspaniałe to były czasy, gdy wszystkie płyty miały dwie strony.
Nagrania te zostały już ''oczyszczone cyfrowo'' i wydane na nieszeleszczących kompaktach, ale oryginałem edycyjnym dla nagrań z tamtych lat były, są i zawsze będą wspaniałe płyty gramofonowe. Dlatego z największą przyjemnością opuściłem ramię gramofonu na płytę.
Zespół puzonisty i saksofonisy tenorowego Chrisa Barbera w latach 60-tych był niewątpliwie jedną z najsłynniejszych orkiestr jazzowych Europy. Na niniejszym krążku zebrano 6 najsłynniejszych tematów, spośród których wyjątkowo doskonale brzmią takie choćby tematy jak nieśmiertelny: ''Everybody Loves My Baby'' czy zaśpiewany przez Ottillie Patterson blues: ''I Can't Give You Anything But Love''. Patterson zrobiła wówczas na Barberze tak wielkie wrażenie, iż związek ich został wkrótce przypieczętowany małżeństwem, a jej bluesowy wokal tak zadomowił się w kolejnych dokonaniach jego orkiestry iż postanowiono nazwę zespołu niebawem przemianować z Chris Barber Jazz Band na Chris Barber Blues and Jazz Band. Niewątpliwym atrubutem doskonałego brzmienia nagrań na płycie jest doborowy skład, w którym m.in. na banjo gra legendarny Lonnie Donegan, a na klarnecie Monty Sunshine.
Pan Acker Bilk (Mr.Acker Bilk) uważany jest za europejskiego króla klarnetu i doprawdy trudno znaleźć muzyka, który odcisnął równie wielkie piętno na brzmienie późniejszych wirtuozów tego instrumentu. Pomimo, iż w Stanach Zjednoczonych pojawiło się wielu wybitnych klarnecistów jak choćby: Benny Goodman, Woody Herman czy Artie Shaw, nazwisko Acker Bilk często pada wymieniane pośród nich jednym tchem wśród najbardziej wpływowych instrumentalistów świata.
Warto przypomnieć sobie jego brzmienie z lat 60-tych, słuchając choćby nieśmiertelnej: ''Dardanelli'' czy wybitnie dixielandowych: ''Easter Parade'' i ''Marching Through Georgia'' zestawionych w 20-minutowym secie na drugiej stronie tego krążka.
Wkrótce po wydaniu tych nagrań ukazała się część druga płyty (''The Best Of Barber And Bilk Volume II''), a cztery lata później ukazał się longplay tej samej wytwórnii: ''The Best Of Ball, Barber & Bilk'' (1962, Golden Guinea) uzupełniony o nagrania równie wielkiego brytyjskiego jazzmana: Ernie Balla i okrzyknięty najlepszą płytą brytyjskiego jazzu lat 60-tych.
Zarówno nagrania Chrisa Barbera jak i Mr.Acker Bilka wypełniające te płyty wznawiane są do dnia dzisiejszego w różnych konfiguracjach a jedną z najnowszych ''mutacji'' jest zestaw trzech płyt CD.

Tagi: b jazz
11:42, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2011
 ADAM BAŁDYCH: Magical Theatre /CD 2011 (2010) Fonografika/
Welcome Pill; The Room Of Fear; Party Place; Princess Ballet Room; Devil's Kitchen; Breaking Point (dedicated to K.Furman); The Room Of Imagination; The Game Of Destiny

Są płyty, po których kilkakrotnym dopiero wysłuchaniu jesteśmy w stanie odkryć ich przekaz i dostrzec pełny wachlarz tkwiących w niej brzmień i barw muzycznych. Nową płytę czołowego polskiego skrzypka jazzowego: Adama Bałdycha natomiast pokochałem od pierwszego przesłuchania. Bałdych jest niezwykle zdolnym i docenianym w ostatnich latach kompozytorem muzyki teatralnej, a więc pełniącej rolę ilustracyjną. Być może dlatego właśnie już pierwszy kontakt z materiałem wypełniającym album: ,,Magical Theatre'' okazuje być się być bezbłędnie trafiającym w wyobraźnię a kompozycje pod względem melodyki stają się natychmiast przyswajalne. Nie jest to zarzut mogący świadczyć o braku głębszych doznań podczas obcowania z nową muzyką Adama, lecz jeden z nielicznych przykładów kiedy to muzyka niezwykle ambitna i inteligentna potrafi jednocześnie być bardzo komunikatywną od pierwszego już z nią kontaktu. Stworzenie takiej harmonii pomiędzy graniem skomplikowanych struktur z jednoczesną zdolnością natychmiastowego nawiązania kontaktu z odbiorcą to sztuka udająca się niewielu twórcom dzisiejszego jazzu. ''Magical Theatre'' to płyta, która będąc jednocześnie pozycją od razu łatwą w odbiorze, niesie z sobą  wiele ukrytych barw, jakie odkrywamy po każdym kolejnym jej przesłuchaniu. Prosta melodyka rozpoznawalna już od pierwszych taktów każdego kolejnego nagrania słuchanego po raz kolejny nie okazuje się być natrętną i nużącą swą prostotą, lecz punktem wyjścia do odkrywania coraz to nowych dźwięków wokół niej zbudowanych.
Z chaosu i kakofonii niepokojących dźwięków otwierających album, wyłania się pierwsza z ośmiu (choć właściwie: siedmiu) muzycznych miniaturek wypełniających płytę: ''Welcome Pill''. Dużo gitary i niemal progresywna rockowa instrumentacja utworu sprawiają, iż od razu zostajemy wciągnięci w pejzaże malowane dźwiękami elektrycznych skrzypiec na tle pulsujących elektronicznie przetworzonych partii basowych.
Podobna rockowa estetyka towarzyszy nam od pierwszych dźwięków: ''The Room Of Fear''. Tu jednak mamy w muzyce dużo przestrzeni i miejsca na spokojne impresje akustycznych skrzypiec a pojawiające się krótkie partie fortepianu Pawła Tomaszewskiego są niewątpliwą ozdobą nagrania. Solo kontrabasu (Piotr Zaczek) na tle instrumentów elektronicznych w połowie utworu to pierwsze ''wytchnienie'' na płycie. Elektronikę na płycie Bałdych wykorzystuje w perfekcyjnie dobranej proporcji -jest jej dużo i towarzyszy nam podczas słuchania całego krążka, lecz jednocześnie muzyka potrafi zabrzmieć w sposób bardzo akustyczny. Być może paradoksalne wydawać się może czytanie o akustycznej estetyce utworów z zastosowaniem tak dużej elektroniki. By to dostrzec trzeba po prostu posłuchać tej płyty.
''Party Dance'' otwierają rytmiczne skrzypcowe akordy, a gitara i rockowy progresywny (znowu nasuwa się to określenie!) sposób aranżacji nadają kompozycji niezwykłej siły i mocy. Solowe partie Bałdycha oparte są na strukturach jakie w muzyce rockowej przynależne są gitarze elektrycznej. I znowu ten pozorny kontrast, który tak charakteryzuje utwory Bałdycha: cudownie brzmi rozbudowane akustyczne solo fortepianu w połowie tego niemalże rockowego utworu.
''Princess Ballet Room'' to rzecz napisana przez Adama jakiś czas temu dla potrzeb teatru a w nowej odsłonie na ''Magical Theatre'' ujmuje nastrojem i klimatem budowanym przez wyśmienite partie fortepianu i trąbki Josha Lawrence'a. To zarazem jedne z najbardziej akustycznie brzmiących minut całej płyty. Będąc liderem i autorem całego projektu Adam Bałdych dał niezwykle dużo przestrzeni każdemu z instrumentalistów na płycie, dzięki czemu otrzymaliśmy album może nawet bardziej brzmiący zespołowo niż poprzednie dokonania fonograficzne firmowane nazwą Damage Control. Jest jednak wiele elementów w tej muzyce różniących ją od nagrań wspomnianego zespołu prowadzonego przez Bałdycha. Przede wszystkim nowa estetyka wielu rozwiązań brzmieniowych, zastosowanie pewnych innowacji aranżacyjnych a także niuanse dotyczące konstrukcji kompozycji. Nawet gdyby płyta: ''Magical Theatre'' firmowana była nazwą Damage Control, nie można by odebrać jej inaczej niż jako swego rodzaju innowacja mogąca być postrzegana jako początek nowego rozdziału w dorobku grupy. Długi pobyt Adama w Stanach Zjednoczonych oraz koncerty w nowojorskich klubach z tamtejszymi muzykami musiały odcisnąć piętno na sposobie postrzegania muzyki i myślę że ''Magical Theatre'' jest właśnie tego dowodem. To właśnie zadecydowało chyba o postanowieniu firmowania płyty przez Bałdycha swoim nazwiskiem.
Jest na płycie jednak jeden utwór pochodzący spoza teki kompozytorskiej Bałdycha zaaranżowany i wykonany w sposób charakterystyczny dla zespołu Damage Control: ''Devil's Kitchen'' (kompozycja gitarzysty zespołu: Andrzeja Gondka). Choć podczas przesłuchiwania płyty w żaden sposób nie można uznać, iż nagranie to odbiega w jakimś stopniu od klimatu całości -jest to jednak parę minut najbardziej zbliżone do tego co znamy z płyt grupy. Kompozycyjnie natomiast ''Devil's Kitchen'' może przypominać rozwiązania melodyczne stosowane przez Seiferta, brzmieniowo zaś: doświadczenia Bałdycha zdobyte podczas współpracy przy wspaniałym projekcie Jarka Śmietany: ''A Tribute To Zbigniew Seifert'' (2009), w którym to przypomnijmy wziął udział obok takich skrzypków jak: Jerry Goodman, Didier Lockwood czy Krzesimir Dębski.
''Breaking Point'' rozpoczyna długa impresja fortepianu (doskonały P.Tomaszewski) w klimacie bardzo ilustracyjnym. Skrzypce pojawiają się dopiero po trzech minutach, powoli przejmując rolę pierwszoplanową i wygrywając robiące wrażenie improwizowanych partie, z których wyłania się melodia w połączonym z ''Breaking Point'' utworze: ''The Room Of imagination''. Łagodnie dołącza perkusja i gitara, która po chwili zachwyca nas leniwymi dźwiękami (A.Gondek), pojawia się trąbka J.Lawrence'a... Brzmi to wszystko doskonale, kameralnie i bardzo... akustycznie. Główny motyw melodyczny powtarzany jest wielokrotnie na różne sposoby na zasadzie bolera. Te dwa połączone z sobą utwory tworzą rodzaj suity i zarazem najdłuższej całości na płycie (łącznie 16 i pół minuty).
Dynamiczny ozdobiony riffami gitarowymi i akordami elektrycznych organów: ''The Game Of Destiny'' to doskonałe zakończenie płyty. Jest tu ponownie miejsce na wspaniałą trąbkę Lawrence'a i rockowe solo gitarowe Gondka.
Album zachwyca różnorodnością i zmianami brzmieniowymi potrafiąc pogodzić rockowy pazur z akustycznymi brzmieniami w sposób niezwykle harmonijny i składny. Dzięki takiemu właśnie charakterowi całości ''Magical Theatre'' to płyta niezwykle urozmaicona i potrafiąca jednocześnie zaspokoić gusta oczekujących głębszych doznań słuchaczy oraz tych oczekujących po prostu przyswajalnej melodyki. Rozimprowizowana jazzowo, rockowo progresywna, a jednocześnie przepełniona pięknymi melodiami.

15:23, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 października 2011
 HANNA BANASZAK: Kofta /CD Fonografika/
Radość o poranku; Wyspa (fragment); Samba życia; Kiedy księżyc jest w nowiu; Samba na jedną nutę; Stoisz w kolejce po moje serce; Źródło; Popołudnie; Samba przed rozstaniem; Wołanie Eurydyki; Trzeba marzyć; Samba trawy; Samba w południe; Rozmyślania na dworcu (fragment); Po karnawale; Pamiętajcie o ogrodach

W dwudziestą rocznicę śmierci Jonasza Kofty Hanna Banaszak postanowiła złożyć hołd poecie i autorowi piosenek, które częściowo zostały napisane właśnie dla niej. Do nich należą: ''Samba przed rozstaniem'', ''Wołanie Eurydyki'', ''Samba w południe'', ''Samba trawy'', ''Samba na jedną nutę'', ''Po karnawale'' i ''Kiedy księżyc jest w nowiu'' -wszystkie nagrane w nowych współczesnych wersjach. Oprócz nich Hanna Banaszak postanowiła dołączyć do programu płyty dwie piosenki napisane dla niej przed laty a nigdy przedtem nie nagrane: ''Stoisz w kolejce po moje serce'' oraz ''Samba życia''. Płytę uzupełniły nagrane przez Banaszak najsłynniejsze z piosenek Jonasza Kofty spopularyzowane wcześniej przez innych artystów jak:  ''Radość o poranku'' i nieśmiertelna: ''Pamiętajcie o ogrodach''. W program płyty wpleciono trzy recytacje fragmentów wierszy.
Doskonale słucha się tej płyty, która zachowując charakterystyczny dla Kofty klimat wyprodukowana została w bardzo nowoczesnej konwencji z zastosowaniem najrozmaitszych efektów i groove'wów. Nieprawdopodobnym wydaje się fakt, iż jedna z najpiękniejszych piosenek z płyty została nagrana dopiero teraz. Myślę o ''Stoisz w kolejce po moje serce'', do której muzykę napisał Piotr Kałużny. Jego rola w stworzeniu tej wspaniałej płyty jest nieoceniona bowiem poza napisaniem tej wspaniałej melodii, ozdobił większość nagrań doskonałymi partiami fortepianu oraz co wynika z podziękowań Piosenkarki umieszczonych na okładce: miał istotny wpływ na całokształt projektu.
Niewątpliwą ozdobą płyty poza partiami Kałużnego jest też trąbka jednego z czołowych polskich trębaczy: Jerzego Małka, który doskonale brzmi w takich choćby utworach jak: ''Samba życia'' czy ''Samba przed rozstaniem'' (wspaniałe długie solo w drugiej części).
Na szczególną uwagę zasługuje melorecytowane: ''Popołudnie'', które wprowadza nas w wyjątkowy nastrój nostalgii i zadumy. Głównym atrybutem poza pięknym tekstem jest interpretacja Hanny Banaszak, która swą kobiecością po prostu ...chwyta za serce. Do tego cudne partie fortepianu, skrzypce i gitara klasyczna -wszystko! 
Płyty doskonale słucha się jako całości i choć wydawałoby się, iż te przeróżne samby kojarzyć powinny się z ciepłym klimatem, to w połączeniu z tekstami Kofty, wspaniale słucha się ich w długie jesienne wieczory.
Trudno byłoby sobie wyobrazić płytę złożoną z najważniejszych śpiewanych tekstów Kofty bez: ''Pamiętajcie o ogrodach'' z muzyką Jana Pietrzaka. ''Ogrody'' w bardzo nowoczesnej bluesowej interpretacji kończą ten nastrojowy album.
''Kofta'' Hanny Banaszak to kolejna piękna płyta, z której utwory miast lśnić na antenie radiowej latami, po krótkiej kampanii w Polskim Radio niestety przepadła na polskim rynku. Polski rynek płytowy od zarania dziejów nie rządził się normalnymi prawami; w czasach PRL-u przeceniano wiele longplayów zalegających półki księgarń, a dziś niektóre z nich osiągają na giełdach i aukcjach internetowych zawrotne ceny (jak choćby płyty Novi Singers, czy kroniki ''Jazz Jamboree'', które spotkać można z charakterystyczną fioletową pieczęcią na okładce). Być może czas na pewne płyty wydawane obecnie, również dopiero nastąpi.

Tagi: b Pop
19:12, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2011

 Piotr BARON: ''Kaddish'' /2011 CD/

Kaddish; Philippians 4,4; Modlitwa; John 3,16; Pescador de Hombres; Psalm 51; Soulfood


Kaddish to żydowska modlitwa odmawiana za zmarłych. Tak właśnie zatytułował swoją ósmą płytę autorską wybitny polski saksofonista Piotr Baron.
Tytułowa kompozycja to hołd złożony przyjacielowi i mentorowi Muzyka -Janowi Mazurowi, zmarłemu trzy lata temu dziennikarzowi Polskiego Radia Wrocław, wielkiemu propagatorowi jazzu.
18-minutowa kompozycja ''Kaddish'' rozpoczyna się wzniośle brzmiącymi dźwiękami bębnów wytwarzającymi podniosły i magiczny nastrój, jaki towarzyszyć będzie nam już do końca płyty. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, dzięki czemu  podczas pierwszego przesłuchania może okazać się ''nieprzyswajalna'' dla mniej osłuchanego z jazzem ucha. Kiedy jednak sięgniemy po nią kolejny raz i kolejny -możemy stać się jej ''niewolnikiem'' przez wiele dni (tak było ze mną). W trakcie niezwykłej kompozycji tytułowej albumu mamy okazję wysłuchać solówek wspaniałych muzyków towarzyszących liderowi: Adama Milwiw -Barona (trąbka) czy Michała Barańskiego (kontrabas). Ta niezwykle rozbudowana kompozycja brzmi wyjątkowo progresywnie, tworząc podniosły nastrój dzięki powtarzanemu motywowi melodycznemu i konstrukcji brzmieniowej. Doprawdy piękny hołd złożony przyjacielowi.
Swoje własne, osobiste impresje dotyczące lektury Pisma Świętego, Piotr Baron wyraził w trzech improwizowanych miniaturach na płycie, będących niezwykłymi duetami. Pierwszą z nich  jest ''Philippians 4,4'', w której Baron sięga po klarnet basowy, a towarzyszy mu Michał Barański na kontrabasie.
Dźwiękami fortepianu (Michał Tokaj) rozpoczyna się kolejny kilkunastominutowy utwór: ''Modlitwa''. Tu Piotr Baron sięga po saksofon sopranowy by w części głównej kompozycji przy akompaniamencie cudnie w tle brzmiącego fortepianu ustąpić miejsca dźwiękom flugelhornu. Temat rozwija się w zgoła nieprzewidywalny sposób przy akompaniamencie najróżniejszych instrumentów perkusyjnych (Łukasz Żyta), by w połowie utworu mógł zabrzmieć solo kontrabas. Ta piękna kompozycja pochodzi z teki Darka Oleszkiewicza, a cudna oprawa interpretacyjna będąca dziełem Piotra Barona czyni z niej utwór niezwykły, jedyny, niepowtarzalny... Pięknie brzmi fortepian w finale... jest pięknie. To jeden z tych utworów, o którym zawsze myślę słuchając płyty by po jej zakończeniu -odtworzyć go ponownie.
Następną miniaturą opartą na refleksjach biblijnych lidera jest duet saksofonu tenorowego z perkusją: ''John 3,16''.
Kolejny hołd złożony przez Wielkiego Muzyka to doprawdy rzecz wyjątkowa. ''Pescador de Hombres'' Cesareo Garbarina, znana powszechnie jako ''Barka'' to ukochana pieśń Jana Pawła II. Kiedy dowiedziałem się, iż Piotr Baron ma zamiar nagrać ten utwór -byłem niezmiernie ciekaw efektu -przecież to prosta ,,oazowa'' melodia oparta na kilku zaledwie akordach. Jak wybitnym interpretatorem jest Piotr Baron, możemy przekonać się podczas blisko 9 minut trwania utworu! To niezwykłe co Artysta uczynił z tej pieśni; ''baronowej Barki'' słucha się tak jak gdyby stworzona została specjalnie dla muzyki jazzowej. Pięknie brzmiąca trąbka, improwizacje kontrabasu i wreszcie tak znany i rozpoznawalny motyw tej prostej lecz bardzo urokliwej melodii zagrany na saksofonie -w tej interpretacji po prostu słychać miłość.
''Psalm 51'' to kolejny biblijny ''przerywnik'' zagrany w duecie przez Saksofonistę z M.Tokajem (fortepian). Te miniaturki słuchane indywidualnie zapewne nie robiłyby takiego wrażenia jak podczas przesłuchiwania całej płyty, będącej kompozycją zwartą i zamkniętą. Płyta jako całość skomponowana jest bowiem niezwykle starannie tworząc rodzaj zamkniętej suity, w której każda poszczególna część musi znajdować się dokładnie w tym a nie innym miejscu. Wrażenie pewnego rodzaju konceptualizmu całości potwierdza 9-minutowe zakończenie tej niezwykłej fascynującej muzycznej opowieści Artysty: ''Soulfood'' (dedykowany Bennie Maupinowi). Wszechstronny Muzyk sięga po klarnet basowy a klimat utworu budują różnorakie instrumenty perkusyjne, ciekawe dźwięki fortepianu i oryginalnie brzmiący ludowy instrument australijskich aborygenów didgeridoo (aerofon).
Niezwykła płyta, niezwykle wciągająca i absorbująca bez reszty. To jeden z tych krążków, którego każde kolejne przesłuchanie przynosi nowe doznania i wrażenia. Słuchając kilkakrotnie tej płyty za każdym razem usłyszałem na niej coś nowego, a teraz pisząc tą recenzję po raz kolejny dochodzę do wniosku że ,,pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze''. Po prostu gorąco polecam wysłuchanie tej płyty... oczywiście przynajmniej kilkakrotne.

20:07, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 czerwca 2011

 BILLY BRAGG: Mr Love & Justice (CD 2008)

I Keep Faith; I Almost Killed You; M For Me; The Beach Is Free; Sing Their Souls Back Home; You Make Me Brave; Something Happened; Mr.Love & Justice; If You Ever Leave; O Freedom; The Johnny Carcinogenic Show; Farm Boy

Choć kariera muzyczna BILLY BRAGGA trwa już 30 lat, Artysta zawsze jest gdzieś z boku, nie wymieniany jednym tchem wraz z innymi muzykami. Ta niezależność Bragga spowodowała, iż od pewnego czasu Muzyk zaczął sam wydawać od czasu do czasu swoje płyty. ,,Od czasu do czasu'' -bowiem ,,Mr Love & Justice'' to pierwsza jego płyta od sześciu lat.
Od zawsze głęboko zaangażowany politycznie w tekstach często porusza tematy dyskwalifikujące jego piosenki dla szerszego grona odbiorców czyniąc je częstokroć wielkimi hymnami, lecz dla ograniczonego grona słuchaczy związanych poglądowo z działaniami politycznymi. Na szczęście potrafi też zaśpiewać o zwykłych codziennych sprawach. Na najnowszej jak dotąd jego płycie znajdziemy przystępne dla wszystkich: ,,I Keep Faith'', bluesowo -folkową: ,,Sing Their Souls Back Home'' i wiele innych piosenek nie ,,zaangażowanych politycznie''.
Do moich ulubionych piosenek Bragga należy od lat: ,,Greetings From The New Brunette''  z lat 80-tych. Wówczas to charakter utworów Bragga nosił znamię akustycznych brzmień i był chyba mniej ,,drapeżny'' niż w ostatnich latach. Ostatnia bowiem płyta BILLY BRAGGA zawiera dużo dobrze rozumianego ,,brudu'' gitarowego wziętego jakby z płyt NEILA YOUNGA (choćby ,,Something Happened''), ale też prowokująca chwilami skojarzenia z klimatami znanymi z płyt ELVISA COSTELLO (,,Mr Love & Justice'' czy ,,The Johnny Carcinogenic Show'' z wspaniałymi chórkami).
Do dawniejszych akustycznych brzmień odwołuje się świetnie brzmiąca ballada: ,,If You Ever Leave'', która równie dobrze mogłaby znaleźć się na płycie sprzed dwudziestuparu lat.
W ,,O Freedom'' duże wrażenie wywołuje zastosowanie elektrycznego buzuki. W ogóle warto zwrócić uwagę na ciekawy zestaw instrumentów jakie usłyszeć można na płycie, wśród których znajdują się m.in. mandolina, cymbały, tamburyn oraz kilka tak nazwanych w opisie książeczki CD, że brak odpowiedniej czcionki by przepisać ich nazwę (jedna z tych dziwnych rzeczy, na których grają muzycy jest głównym instrumentem w kończącym płytę: ,,Farm Boy'' -co to u licha jest?)
Szkoda że tak mało jest w Polsce słuchaczy znających twórczość tego oryginalnego artysty. Taki choćby ,,I Keep Faith'' to przecież murowany przebój! Piosenka wpadająca w ucho od pierwszego słuchania; charakterystyczne surowe brzmienie, miły tekst, melodyjny refren poparty chórkami (na dodatek: gościnnie w chórkach słyszymy Roberta Whyatta). Czego chcieć więcej?

Tagi: b rock blues
20:34, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 BAY CITY ROLLERS: S-a-t-u-r-d-a-y Night /CD 2005 (1974-1978)/

Saturday Night; Bye Bye Baby; Angel Angel; Shang-A-Lang; It's A Game; You Made Me Believe In Magic; I Only Want To Be With You; Be My Baby; Just A Little Love; Ain't It Strange; Summerlove Sensation; There Goes My Baby; Rock 'n Roll Love Letter; Another Rainy Day In New York City

BAY CITY ROLLERS to niezwykle popularna w połowie lat 70-tych pop-rockowa grupa, której muzyka idealnie trafiała w gusta nastolatków (szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie popularność grupy była największa).
Choć grupa powstała już w 1967 roku, popularność zyskała dopiero w 1973 roku, dzięki przebojowi ,,Saturday Night'' (top hit -zarówno w Europie jak i USA), który posłużył za tytuł omawianej tu płyty. Muzyka tej szkockiej grupy stanowiła pomost pomiędzy konwencją wczesnych Beatlesów, a muzyki określanej mianem glam rock (spod której to znaku wywodziły się takie zespoły jak SWEET czy SMOKIE). Apogeum popularności grupy przypadł na lata 1974-75, wówczas to na rynku ukazały się przebojowe albumy: ,,Once Upon A Star'' i ,,Wouldn't You Like It?'' (1975).
Na uwagę zasługuje ciekawy, kolorowy image zespołu, którego członkami byli przystojni chłopcy ubrani w odzież w szkocką kratę, oraz bardzo atrakcyjna forma edycyjna wydawnictw płytowych grupy, do których dołączano książeczki, plakaty itp. Wydawano również pięknie ilustrowany i wzbogacany dodatkowymi plakatami ,,Fan Magazin'' poświęcony grupie.
Zespół rozpadł się w 1981 roku, a późniejszą jego reaktywacją była grupa ROLLERS, która nagrała wspaniały album ,,Ricochet'' (1981). Płyta jednak przeszła niezauważona i nie zdołała wzniecić ponownego zainteresowania zespołem.
W drugiej połowie lat 80-tych na listach przebojów pojawił się frontman i wokalista zespołu: Les McKeown, który w kooperacji z Dieterem Bohlenem (MODERN TALKING) nagrał zupełnie nowy materiał utrzymany w klimacie muzyki disco.
Jeden z największych przebojów zespołu: ,,Bye Bye Baby'' został w 2003 roku przypomniany w filmie: ,,To właśnie miłość'' (,,Love Actually'' -z gwiazdorską obsadą: m.in. L.Neeson, H.Grant i C.Firth).
Repertuar omawianej płyty to bardzo trafna selekcja najsłynniejszych i najbardziej charakterystycznych dla zespołu piosenek, wśród których nie zabrakło: rytmicznego, ozdobionego rockowym brzmieniem gitar ,,Saturday Night'' z charakterystycznym skandowaniem: ,,S-a-t-u-r-d-a-y!'' (stąd pisownia w tytule płyty), uroczej i ciągle tak samo podobającej mi się piosenki ,,Bye Bye Baby'', ,,It's A Game'' czy ,,Summerlove Sensation''.
Niby to tylko proste (chciałoby się rzec: prymitywne) piosenki stworzone jako twór czysto użytkowy i pozbawiony głębszych ambicji, a jednak po 35. latach słucha się tych nagrań bardzo przyjemnie. Przecież również wczesne piosenki Beatlesów, pozbawione były na pozór większych ambicji a jednak po tylu latach nadal chce się tego słuchać. Ciekaw jestem czy dzisiejszych komercyjnych produkcji muzykopodobnych da się słuchać z równą przyjemnością za 30-35 lat...

20:28, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 czerwca 2011

 SHIRLEY BASSEY: That's What Friends Are For (CD 2003)
How Do You Keep The Music Playing?; He Was Beatiful; The Power Of Love; Still; All I Ask Of You; I Want To kNow What Love Is; The Wind Beneath My Wings; Yesterday; That's What Friends Are For; Sorry Seems To Be The Hardest Word; Greatest Love Of All; Dio Come Ti Amo (Oh Gid How Much I Love You)

Wielki Głos -Wielka Dama Swiatowej Piosenki! Kobieta, dla której obejrzałem trzy filmy o przygodach Jamesa Bonda, tylko by usłyszeć w nich Jej głos :-) .
Płytę z 2003 roku Artystka poświęciła piosenkom pochodzącym pierwotnie z repertuaru swoich muzycznych przyjaciół, takich jak: Jennifer Rush, FOREIGNER, The BEATLES, DIONNIE WARWICK, ELTON JOHN, WHITNEY HOUSTON, The COMMODORES i innych.
Słuchając Jej wielkiego, mocnego głosu doprawdy wierzę, iż tak jak śpiewa w pierwszej piosence na płycie (,,How Do You Keep The Music Playing?''): ,,The Music Is Never End!''.
Jest niezwykłą interpretatorką, dzięki czemu płyta brzmi bardzo spójnie i w żadnym wypadku nie robi wrażenia albumu zawierającego covery. Szkoda jednak, iż zabrakło na płycie brzmienia prawdziwej orkiestry, na tle której ten jeden z największych głosów swiatowej piosenki brzmi najlepiej. Plastikowe brzmienie instrumentów elektronicznych drażni od początku płyty -doprawdy Pani Bassey zasługuje przecież na wielką orkiestrę pod batutą wielkiego maestro! Szkoda. W pamięci mam ciągle Jej płyty z lat 70-tych i 80-tych, na których głosowi Bassey dobra orkiestra dodawała jeszcze większego dostojeństwa. Pomimo to płyty słucha się przyjemnie; zapomnieć można o tym iż ,,The Power Of Love'' była wielkim przebojem J.Rush, a takie ,,Still'' śpiewał kiedyś facet. Niezwykła ekspresja i prawdziwe uczucia jakie SHIRLEY BASSEY przekazuje w piosenkach, wzrusza i wywołuje emocje podczas słuchania. ,,All I Ask Of You'' pochodzące z ,,Phantom Of The Opera'' Andrewa Lloyd Webbera wzrusza, a hit ,,I Want To Know What Love Is'' pamiętany z ,,męskiej'' wersji FOREIGNER, w kobiecej interpretacji Tej Kobiety zyskuje zupełnie inny wymiar. Co za głos! Co za dynamizm!
Wielkim szacunkiem darzę Jej wersję ,,Something'' Beatlesów, uważając ją za najlepszą spośród mi znanych (poza oryginałem). Na płycie ,,That's What Friends Are For'' umieszczono kolejny klasyk The BEATLES: ,,Yesterday''. Cóż, niestety brak odpowiedniej aranżacji na dużą orkiestrę zniszczył to nagranie, czyniąc je po prostu przeciętnym. Podobnie odbieram utwór tytułowy, w oryginale wykonany przez D.Warwick, E.Johna, S.Wondera i G.Knight; tutaj nagranie ratuje ciekawie brzmiący saksofon i zmiany rytmiczne. Nic nie ratuje natomiast nowej wersji przepięknej w oryginale piosenki ELTONA JOHNA: ,,Sorry Seems To Be The Hardest Word'' zniszczonej płaskim brzmieniem instrumentów elektronicznych, które na siłę, z żałosnym skutkiem próbują imitować brzmienie orkiestry. Twierdzę, iż wersja a capella tego nagrania zabrzmiałaby zdecydowanie lepiej.
Ciekawie brzmi ,,Greatest Love Of All'' zaśpiewane wielkim głosem lecz o zupełnie innej barwie niż wspaniały głos WHITNEY HOUSTON.
Podsumowując: płyta byłaby wyśmienita, gdyby zdecydowano się zainwestować w nagranie jej z prawdziwą orkiestrą. Jakże niegodnie i tandetnie oprawiono to wybitne dzieło sztuki jakim jest Głos SHIRLEY BASSEY.
,,Dio Come Ti Amo'' wycisza się kończąc płytę a ostatnie słowa jakie wyśpiewuje S.Bassey to wyciszające się wyznanie: ,,I Love You''... byłoby to piękne zakończenie płyty, tylko co do cholery robią tam te elektroniczne wstawki przywodzące na myśl złote lata ,,new romantic''?

Tagi: b Pop
19:56, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 kwietnia 2011

Pieśń niepokorna; Noc nad Norwidem; Konie już czekają przed domem;
Pożegnanie z cyganerią; Najdłuższa droga; I tylko gwiazda -blask jej znikomy;
tylko na CD: Komentarz do pewnej legendy

Pisząc o inspiracjach norwidowskich w muzyce rockowej, nie sposób pominąć wczesnego (najlepszego) okresu działalności zespołu BUDKA SUFLERA, kiedy teksty dla zespołu pisał Adam Sikorski. Spod jego pióra wyszedł jeden z najpiękniejszych tekstów polskiej muzyki rockowej, z dramatyczną pasją wyśpiewany przez KRZYSZTOFA CUGOWSKIEGO (tak: kiedyś Cugowski potrafił z pasją interpretować teksty... kiedyś...). ,,Noc nad Norwidem'' to jednoznaczny hołd dla Poety, lecz takim jest też klimat większości utworów z drugiej płyty grupy BUDKA SUFLERA ,,Przechodniem byłem między wami...'' (1976), osadzony w XIX-wiecznych realiach tekstowych współcześnie zaaranżowanych jako utwory rockowe. Tekst ,,Nocy nad Norwidem'' skierowany jest bezposrednio do nieżyjącego Poety i podejmuje temat nie mającego miejsca pogrzebu Norwida.

Płytę zespołu BUDKA SUFLERA ,,Przechodniem byłem między wami...'' dzięki Mojemu Bratu poznałem już jako dziecko w 1976 roku, wielokrotnie słuchając jej ze szpulowego magnetofonu ZK 120. Potrafiłem przytoczyć wiele cytatów z tekstów na niej zawartych bez ich zrozumienia, uważając iż coś jest z tymi tekstami nie tak...  Po kilku latach osłuchania się  z tym albumem począłem odkrywać dopiero jego piękno dzięki zrozumieniu tekstów, a znane aranżacje i rozwiązania melodyczne zyskały w mojej świadomości zupełnie inny wymiar.
 To przykre, ale myślę iż dzisiejsze dokonania BUDKI SUFLERA dzięki ograniczeniu ambicji do stworzenia chwytliwych melodii i prostych refrenów zrozumiałe są nawet dla niemowlęcia. Wytrwale bywam na koncertach Budki, jeśli tylko nadarza się okazja uparcie wypatrując choćby cienia Tamtego Zespołu (relacje z koncertów 2010 czytaj: 13.0627.08), który w połowie lat 70. był obok SBB grupą reprezentującą ambitną odmianę muzyki rockowej. Był.
Wspomniany album zespołu uważam za niezwykle ,,norwidowski'' nie tylko ze względu na ,,Noc nad Norwidem''. Większość tekstów A.Sikorskiego utrzymana w klimacie XIX-wiecznej rzeczywistości oprawiona jest w klimatyczną muzykę ozdobioną wieloma solówkami gitary i saksofonu, a Romulad Lipko dzięki zastosowaniu szerokiej gamy instrumentów klawiszowych uzyskiwał efekt sekcji smyczkowej wspaniale ozdabiającej płytę.
To jedna z najwspanialszych płyt polskiego rocka wszech czasów. 

Tagi: b rock blues
19:45, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

Happy Song; Goin' Back West; Jambo / Hakuna Matata (No Problems); Kalimba De Luna; Felicidad (Margherita); Gadda-Da-Vida; Children Of Paradise; Ma Baker; Time To Remember; De La De La; Papa Chico; Lady Godiva; Hooray! Hooray! It's A Holi-Holiday; Boney M. On 45

Zremasterowana edycja płyty BONEY M. z okresu gdy grupę opuścił zmarły pod koniec ub.roku Bobby Farrell (CZYTAJ), którego zastąpił Reggie Tsiboe. Wówczas okres największego prosperity zespół miał już za sobą. Nie było to bynajmniej spowodowane zejściem poniżej pewnego poziomu w zakresie inteligentnej muzyki dyskotekowej opartej na oryginalnym brzmieniu czy doborze ciekawego repertuaru zaadaptowanego na potrzeby muzyki tanecznej drugiej połowy lat 70. W pierwszej połowie lat 80. to rynek zmienił swe oczekiwania a konwencja wypracowana w studiach nagraniowych producenta i ,,ojca grupy BONEY M.' ' -Franka Fariana po prostu się ,,przejadła''. Mimo to udało się na krótki czas ,,reanimować'' popularność zespołu tą płytą i wylansować z niej kilka zgrabnych przebojów jak: ,,Happy Song'' (tu pojawił się ,,gościnnie'' B.Farrell) i ,,Kalimba De Luna'', wykazujące w brzmieniu pewne wprowadzone nowości i rozwiązania brzmieniowe, a nawet utrzymaną w dawnym, charakterystycznym dla ,,dawnego'' BONEY M. stylu, piosenkę: ,,Felicidad (Margherita)''.
F.Farian od zawsze na płytach grupy umieszczał covery wielu klasycznych utworów czerpane z nierzadko dość odległych muzyce dyskotekowej źródeł (,,Heart Of Gold'' -NEIL YOUNG, ,,Have You Ever See The Rain'' -CREEDENCE CLEARWATER REVIVAL i wiele innych), przybliżając tym samym w bardziej przystępny sposób ,,bujającym'' się bezmyślnie w dyskotekach, Wielkich Klasyków -chwała mu za to! Na płycie ,,Kalimba De Luna'' znalazła się wspaniale wyprodukowana wersja utworu ,,Gadda-Da-Vida'' z repertuaru IRON BUTTERFLY! 
Na krążku pojawia się też najprawdziwszy rap w utworze ,,Jambo / Hakuna Matata (No Problems)'' (było to na długo przed wylansowaniem hasła ,,Hakuna Matata'' w filmie ,,Król Lew'' :) ), a także samplowany w typowo hip hopowy(!) sposób utwór ,,De La De La''. Nie są to atrybuty kojarzone z muzyką zespołu, ale przedsiębiorczy Farian za wszelką cenę chciał poprzez innowacje utrzymać BONEY M. na tzw. topie.
Trochę irytowały mnie różnego rodzaju mixy starych nagrań zespołu umieszczane na nowych płytach. Niestety na tym albumie proceder ten miał również miejsce w postaci utrzymanego w klimacie niby-techno nagrania będącego transkrypcją ,,Ma Baker'' (z przewijającymi się samplami z ,,Gadda-Da-Vida'').
Klimat tradycyjnej melodyjnej piosenki pojawia się w ,,Time To Remember'' (charakterystyczny i sprawdzający się w takich klimatach głos Liz Mitchell).
Omawiana edycja płyty wydanej pierwotnie w 1984 roku pochodzi z roku 2007, kiedy to ukazało się nakładem Hansa BMG, osiem zremasterowanych i uzupełnionych bonusami płyt z dyskografii grupy (poza albumem z utworami świątecznymi). Ta staranna pod względem wydawniczym i brzmieniowym edycja płyty ,,Kalimba De Luna'' zawiera jako bonus przebój ,,Hooray! Hooray! It's A Holi-Holiday'' nie wydany na żadnym katalogowym albumie, oraz blisko pięcio minutową składankę (którą to już z kolei) wielkich przebojów pochodzących z singli, zatytułowaną: ,,Boney M. On 45''
Za ,,klasyczne'' płyty BONEY M. uważam cztery pierwsze albumy: ,,Take The Heat Off Me'' (1976), ,,Love For Sale'' (1977), ,,Nightflight To Venus'' (1978) i ,,Oceans Of Fantasy'' (1979). Omawianą płytę jako wnoszącą wiele nowych brzmień i rozwiązań, umieściłbym jako charakterystyczną dla drugiego etapu działalności, wraz z krążkami: ,,Boonoonoonoos'' (1981), ,,Ten Thousand Lightyears'' (1984) i ,,Eye Dance'' (1985), stawiając ją jednak w klasyfikacji na pierwszej pozycji jeśli chodzi o atrakcyjność materiału.
Pamiętam okres największej chwały zespołu i z wielką przyjemnością wywołałem po raz kolejny ,,ducha przeszłosci'' obcując przez godzinę z zespołem, w którego koncercie w oryginalnym składzie miałem przyjemność uczestniczyć... hmmm... w 1979 roku!
W roku bierzącym ukazała się nowa płyta zespołu, na której jednak próżno szukać dawnych brzmień. Płyta ta dedykowana jest Bobby Farrellowi a jej tytuł -uwaga: ,,Barbra Streisand'' (tak, to nie ,,chochlik'').

Tagi: b Pop
19:43, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

str.1: Coniunctio I
str.2: A Visit To Aunty Margaret For A Cup Of Tea; Perhaps We'll Probably Take The Dog Out; Coniunctio II

Tą płytę ,,kupiłem w ciemno''. Okładka, rok wydania i instrumentarium skłoniły mnie do zainwestowania w album nagrany przez fuzję dwóch zespołów z Czechosłowacji.
Myśląc o muzyce z krajów ,,dawnego bloku socjalistycznego'' często wspominamy o zespołach rockowych z Węgier, Jugosławii czy NRD. Tymczasem również w Czechosłowacji na przełomie lat 60. i 70. w muzyce rockowej i rockowo -jazzowej działy się naprawdę fantastyczne rzeczy (jakże odległe od późniejszych plastikowych i ciężkich do strawienia płyt z lat 80.). Wspomnę tu o longplayach takich zespołów jak: The FRAMUS FIVE (,,Blues In Soul'' -cudowny, bluesowy album nie ustępujący produkcjom z za ,,kurtyny'' -1968), The PROGRESS ORGANIZATION (płyta: ,,Barnodaj'' -1971) czy choćby owiany już legendą progresywny zespół COLLEGIUM MUSICUM (rewelacyjny dwupłytowy album ,,Konvergencie'' -1971).
Zespół The BLUE EFFECT (znany też pod nazwą MODRY EFEKT) jak dowiedziałem się już po nabyciu płyty, to kolejna grupa na początku lat 70. zaliczana do czołówki progresywnego czechosłowackiego rocka (był tam czymś w rodzaju naszego wczesnego SBB). Płyta ,,Coniunctio'' jest fuzją grupy BLUE EFFECT z grupą jazzową The Q JAZZ PRAGUE -efekt oszałamiający!

Tagi: b rock blues
19:41, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

Hanging On The Telephone; One Way Or Another; Picture This; Fade Away (And Radiate); Pretty Baby; I Know But I Don't Know; 11:59; Will Anything Happen; Sunday Girl; Heart Of Glass; I'm Gonna Love You Too; Just Go Away; bonus tracks: What I Heard; Girlie Girlie; Mother (to download)

Najnowszą płytę grupy BLONDIE: ,,Panic Of Girls'', promowano poprzez dołączenie do ,,The Mail On Sunday'' pełnego albumu (tak: całego!): ,,Parallel Lines'' uzupełnionego o bonusy w postaci dwóch utworów zapowiadających nowy album. Myślę jednak, iż promując w ten sposób nową płytę zespołu BLONDIE, wydawca przyczynił się do ,,przyhamowania'' sprzedaży albumu ,,Parallel Lines'' -chyba najbardziej przebojowej płyty zawierającej takie przeboje zespołu jak: ,,Heart Of Glass'', ,,Hanging On The Telephone'' czy ,,Sunday Girl''. Wiadomo bowiem, iż ,,przeciętny słuchacz'' mając już ten album w wersji ,,gazetowej'' nie dokona zakupu normalnej edycji. Chyba że... chyba że nasza polska mentalność różni się od brytyjskiej i problem ten dotyczyłby tylko naszego rynku.
,,Parallel Lines''... wiadomo: klasyczny, trzeci album grupy BLONDIE, niezwykle przebojowy lecz mniej ,,drapieżny'' niż poprzednie dwie płyty nagrane w okresie, gdy zespół kojarzono jeszcze z punkowym brzmieniem. A nowe utwory? Są dwa: przeciętny ,,What I Heard'' i przemiły kawałek reggae spopularyzowany ongiś przez SOPHIĘ GEORGE (płyta ,,Fresh''): ,,Girlie Girlie''. Wolę jednak tamto wykonanie tej piosenki :) .
Tagi: b rock blues
19:40, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

str.A: Moonlight Serenade; Little Brown Jug; Serenade In Blue; I've Got A Gal In Kalamazoo; In The Mood
str.B: Stardust; Pensylvania 6-5000; Perfidia; Chattanooga Choo-Choo; American Patrol

Przed 25.laty BIG WARSAW BAND ,,pod wodzą'' Stanisława Fiałkowskiego porwał się na nagranie płyty z największymi standardami mistrza swingu Glenna Millera. Jak pamiętam; płyta owego czasu cieszyła się dużym powodzeniem, a jak przekonałem się po upływie ćwierćwieku: do dnia dzisiejszego brzmi wyśmienicie. Nic nie może równać się z klimatem słynnej ,,Serenady księżycowej'' (,,Moonlight Serenade''), czy urokiem ,,Little Brown Jug'', a nieśmiertelny ,,In The Mood'' zawsze wywołuje te same emocje. Wspaniałe brzmienie warszawskiego big bandu z gościnnym udziałem w czterech utworach Andrzeja Rosiewicza, sprawia iż tej płyty winylowej z połowy lat 80. wciąż słucha się z równą przyjemnością.

19:38, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

str.A: I co z tego masz?; Kto ci na to pozwolił?; Nie drażnij mnie!; Nie ma jak, nie ma gdzie; Tak jak gdyby ktoś; Zrobię wszystko co zechcesz
str.B: Na zawsze Ty; Trzy czwarte roku; Tokio; Przynajmniej nie mów nic; Tak chcę!

Nie chce się wierzyć, iż w tym roku minie 25 lat od premiery tej płyty, choć muszę zauważyć iż brzmienie bardzo wyeksponowanych instrumentów klawiszowych robi chwilami nieco archaiczne wrażenie. Taka była jednak estetyka lat 80. a EWA BEM to Artystka nigdy nie zostająca w tyle, zawsze nadążająca za rynkiem muzycznym (vide: ostatnia jak dotąd, wspaniała płyta ,,Kakadu'').
Całą muzykę na płytę ,,I co z tego masz?'' napisał Winicjusz Chróst. On też zagrał na klawiszach i gitarze w utworach opatrzonych (cóż... raz lepszymi -raz gorszymi) tekstami W.Jagielskiego. Ogromne wrażenie robi gitara W.Chrósta brzmiąca w niektórych utworach wspólnie z basem Krzysztofa Ścierańskiego doprawdy wspaniale a Andrzej Przybielski i jego trąbka (z tłumikiem a la Miles Davis) dopełnia całości.
W utworze ,,Zrobię wszystko co zechcesz'' dzięki ,,szarpanemu'' stylowi K.Ścierańskiego i zastosowaniu vocodera zniekształcającego głos EWY BEM  nie mogę oprzeć się skojarzeniom z wspólnymi dokonaniami (również z lat 80.) Gerorge Duka i Stanleya Clarke. Najmniej oparła się czasowi tytułowa piosenka, której słuchając nie mogę uwierzyć, iż od czasu jej nagrania minęło ćwierć wieku!

Tagi: b polish jazz
19:37, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10 ... 11