Recenzje ok. 2000 albumów. Klasyka, Jazz, Blues, Rock, Pop.

JAZZ

Polski Jazz

KLASYKA

Blues, Rock

POP

PŁYTY: A - Z:
_____________________________
RSS
piątek, 04 listopada 2011


 JACEK KOROHODA: If It Happens /Gowi 2007/
My Manuela; If It Happens; Her Smile; Waltz For R.; Snare Communication Instrumental; Ballad X; My Sweetheart Samba; Snare Communication

Jacek Korohoda to Muzyk niezwykle wszechstronny. Jednym z pierwszych a zarazem najbardziej znaczących w jego biografii artystycznej projektów, była współpraca z Kwartetem Adama Kawończyka (ex Extra Ball). Debiut fonograficzny Jacka to z kolei płyta ''Schi'' (1987) firmowana przez Sucha Orkiestra, zawierająca muzykę filmową i teatralną Krzysztofa Suchodolskiego. Następnie przez 4 lata Korohoda był gitarzystą Big Bandu Jaszczury, z którym koncertował u boku m.in. Zbigniewa Namysłowskiego i Jarka Śmietany. Od 1992 roku jest członkiem legendarnej grupy Prowizorka Jazz Band, z którą nagrał 4 płyty, a w międzyczasie grał też w zespole Marka Grechuty -Anawa. Przez lata współpracował z wieloma Artystami, takimi jak Beata Rybotycka, Włodzimierz Korcz, Kwartet Mo Carta, Wojciech Młynarski, a ostatnio także z Katarzyną Cygan (najnowsza płyta: ''Wiśnia'', 2011), oraz ponownie z Jarkiem Śmietana biorąc udział w projekcie koncertowym Gitarzysty: ''Psychodelic. Music Of Jimi Hendrix'' wraz z m.in. Wojtkiem Karolakiem, Maciejem Sikałą i Adamem Czerwińskim.
W roku 2007 ukazała się pierwsza w pełni autorska płyta Jacka Korohody: ''If It Happens''.
Od początku słychać, iż mamy do czynienia z bardzo przemyślaną dramaturgicznie płytą. Otwierająca płytę kompozycja ''My Manuela'' jest niejako wprowadzeniem w świat widziany oczyma Jacka Korohody, który stara się go nam opisać barwami dźwięków składających się na płytę. Niewątpliwą ozdobą tego nagrania jest oprócz klimatycznych wokaliz chórku, wspaniałe solo Leszka Szczerby (saksofon sopranowy).
Chórki z kolei, których sposób ''zastosowania'' w utworach jest tak charakterystyczny dla nagrań Korohody, stanowią bardzo ważny element utworu tytułowego (jedynego na płycie nie napisanego samodzielnie przez twórcę płyty, lecz wspólnie z grającym na instr.klawiszowych: Grzegorzem Górkiewiczem); pięknej ballady osnutej wokół bardzo prostej melodii okraszonej fajnie brzmiącymi efektami klawiszowymi. Czymś co uważam za bardzo charakterystyczne dla kompozycji Jacka Korohody jest właśnie wspomniana prostota melodyczna, która dopiero dzięki niezwykłym aranżacjom i właściwej, efektownej oprawie sprawia, iż domeną większości nagrań na płycie jest ich niezwykła interpretacja i przekaz w sensie dźwiękowym.
''Her Smile'' to pierwszy jednak ukłon w stronę bardziej zawiłych rozwiązań melodycznych z typowo jazzowymi partiami klawiszy, basu i saksofonu. Całość ''godzi'' jednak piękna, ''swobodna'' linia gitary lidera, wywołująca skojarzenia ze sposobem gry George'a Bensona.
Wokół pięknej partii flugelhornu Bogdana Wysockiego osnute jest kolejne nagranie: ''Waltz For R.'' To prawdziwa perełka dla konserwatywnych miłośników współczesnego jazzu! Jest tu wszystko: piękna partia saksofonu, fragment będący popisem wirtuozerskim kontrabasu (Grzegorz Bąk), ''szczoteczkowa'' perkusja (Sławomir Berny), a nawet pięknie brzmiąca razem z wspomnianym flugelhornem harmonijka ustna (Łukasz Wiśnia Wiśniewski).
Bardzo interesująco brzmią improwizacje fortepianowe oraz ponownie wyśmienity saksofon w ''Snare Communication Instrumental''. Kompozycję tą śmiało umieścić można pośród utworów bardzo reprezentatywnych dla czegoś co zwykło się nazywać w ostatnich latach mainstreamem. Korohoda gra w tym utworze zarówno pięnym czystym jazzowym brzmieniem, jak i rockowymi akordami.
W ''Ballad X'' pojawia się pierwszy raz na płycie (lecz nie ostatni): saksofon tenorowy (L.Szczerba), wokół którego dźwięków osnuta jest znaczna część kolejnej muzycznej opowieści Krakowskiego Gitarzysty -najdłuższa, gdyż trwająca blisko 10 minut.  Właściwie  w sensie wkładu w samo nagranie tego utworu: nie ma lidera -jest to chyba najbardziej ''zespołowe'' nagranie na całej płycie, bowiem gitara Korohody najczęściej ustępuje tu partiom wspomnianego saksofonu czy choćby klawiszom.
''My Sweetheart Samba'' to kolejny ukłon Jacka Korohody w stronę brzmień spod znaku G.Bensona, a zarazem optymistyczne zakończenie podstawowego programu płyty. Wspaniale brzmią ponownie solówki fluherhornu i saksofonu tenorowego a perkusjonalia i beztroskie wokale (J.Motylska i A.Radziwanowska) we właściwy dla samby sposób ubarwiają w tle nastrój fiesty, która jest pewnego rodzaju wyprowadzeniem słuchaczy z klimatów płyty w ''świat zewnętrzny'', który po przesłuchaniu całej płyty wydaje się... hmm... piękniejszy jakby...
Na płycie umieszczono jeszcze raz: ''Snare Communication'' -tym razem w wersji instrumentalno -wokalnej.  

00:09, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2011

 MACIEJ GRZYWACZ, YASUSHI NAKAMURA, CLARENCE PENN: Black Wine /CD 2011, Black Wine/
Zoom Zoom; Even Eights; Brothers; Black Wine; A Song; No Changes; Akurat

Gitarzysta Maciej Grzywacz niejednokrotnie już współpracował z muzykami spoza polskiego środowiska jazzowego (m.in. Avishai Cohen i Tyler Hornby). Nowe trio Grzywacza to skład polsko -amerykańsko -japoński; na kontrabasie gra bowiem Yasushi Nakamura a za perkusją zasiadł Clarence Penn. Ostatni z instrumentalistów jest też współtwórcą w sensie kompozycyjnym najnowszego albumu: ''Black Wine'' wydanego przez specjalnie utworzoną dla tej płyty wytwórnię płytową, bowiem napisał dwa spośród siedmiu wypełniających ją utworów (pozostałe wyszły spod pióra Macieja Grzywacza)
Prawdziwą perełką albumu jest ''Brothers'' zagrany przez Grzywacza w piękny sposób na gitarze klasycznej przy wtórze kontrabasowych impresji i perkusji, której rola w tym utworze polega nie tyle na rytmice, co na tworzeniu odpowiedniego klimatu. O ile w przypadku niektórych nagrań z tego krążka odnieść można wrażenie pewnej surowości i specyfiki wyprawek gitarowych będących bardziej popisem techniki i umiejętnosci manualnych Gitarzysty niż mogących wywołać głębsze emocje, to w przypadku ''Brothers'' można użyć określenia iż to prawdziwy utwór ''z duszą'' pełen emocji i ''tego czegoś'' co wywołuje szybsze bicie serca u wrażliwych słuchaczy.
Tytułowy utwór płyty (druga z kompozycji Penna) stanowi coś w rodzaju hołdu dla stylistyki kojarzącej się jednoznacznie ze sposobem gry Johna Scofielda. Nawiązań do Sco możemy znaleźć na krążku zdecydowanie więcej; w takim choćby ''A Song'' dostrzec można tym razem podobieństwa stricte brzmieniowe przy zastosowaniu już jednak nieco odmiennego indywidualnego sposobu frazowania i akcentowania.
Zdecydowanie atrakcyjniej prezentują się rozimprowizowane i rozbudowane strukturalnie utwory utrzymane w stonowanym klimacie niż te bardziej dynamiczne, choć może bardziej potrafiące zachwycić techniką i precyzją gry lidera. Świetnie słucha się w tym kontekście rozwiniętego tematu: ''No Changes'', który robi wrażenie wyjątkowo ''zespołowego'' na płycie; do głosu w większym niż na ogół stopniu dochodzą rozbudowane partie kontrabasu i zawirowania rytmiczne tworzone przez perkusję.
Choć płyta firmowana jest trzema nazwiskami, nie ma wątpliwości kto jest tu szefem a zarazem pierwszoplanową postacią. Z roku na rok Maciej Grzywacz pretenduje do stania się jednym z najbardziej znaczących i wpływowych polskich gitarzystów, a najnowszy album: ''Black Wine'' zdecydowanie umacnia jego pozycję. Grzywacz jest muzykiem wszechstronnym i często angażuje się bardzo różne stylistycznie i odmienne gatunkowo projekty co zawsze postrzegane jest w przypadku twórczych artystów jako zaleta. Szkoda jednak by było gdyby ''Black Wine'' okazać się miało jedyną pozycją stworzoną w tej konstelacji, bowiem to międzynarodowe trio robi wrażenie perfekcyjnie dopasowanego i potrafiącego osiągnąć jeszcze wiele w tym składzie personalnym.

15:26, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
 ANDRZEJ PRZYBIELSKI: Sesja Open /CD 2011 MOK Bydgoszcz)
Deszczowy; Rotacje II; Afro Blues; O Czasie; Freebop Towarzyski; Góru; Dzień Satyra; Szkic

Nieprawdopodobnym wydaje się fakt, iż zmarły 9 lutego 2011 Andrzej Przybielski nie doczekał się za życia płyty firmowanej własnym nazwiskiem.
Przypomnijmy, iż począwszy od pierwszego ważnego sukcesu w 1968 roku (''Jazz nad Odrą'') muzyk był czynnym artystą ozdabiając partiami trąbki utwory takich wykonawców jak choćby: Helmut Nadolski, Andrzej Kurylewicz, Czesław Niemen, Tomasz Stańko, Stanisław Sojka czy Józef Skrzek. Współtworzył też podczas swej czterdziestokilkuletniej kariery różne formacje muzyczne, spośród których najbardziej znaną była założona przez niego Asocjacja Andrzeja Przybielskiego. Nazwisko artysty pojawiło się na kilkudziesięciu różnych okładkach płyt, nigdy jednak nie ukazała się płyta firmowana jego nazwiskiem.
W roku 2005 udało się wraz z dwoma muzykami tworzącymi wraz z Przybielskim Asocjację (Grzegorz Nadolny -bas i Grzegorz Daroń -perkusja) zarejestrować materiał jaki znalazł się na tej płycie (skład uzupełnił saksofonista Yuriy Ovsayannikov). Andrzej Przybielski bezskutecznie starał się doprowadzić do wydania płyty zawierającej nagrania z tej sesji. Niestety; ''Sesja Open'' ukazała się dopiero po jego śmierci jako swego rodzaju hołd, złożony przez przyjaciół i wielbicieli jego twórczości.
Pośród ośmiu rozimprowizowanych utworów wypełniających płytę znajdziemy wiele cytatów i zapożyczeń częstokroć rozpoznawalnych dopiero po chwili zastanowienia (''Afro Blues''). Grający na saksofonie, pozyskany do składu Y.Ovsyannikov ''rozwija skrzydła'' podczas zagranego w konwencji niemal freejazzowej utworu: ''Freebop Towarzyski'' tworząc zawiłe strukturalnie dialogi z Przybielskim.
Na płycie znajdziemy dużo awangardowych rozwiązań, lecz postawione są one na zasadzie kontrastu obok utworów łatwiejszych w odbiorze, choć również zawierających w sobie dużą dozę zawiłych improwizacji. Niejednokrotnie ze skompliowanych i jakby poplątanych struktur wyłania się melodyka i rytm (np.''Góru'' z wspaniale rozegraną perkusją) by ponownie zstąpić z linii melodycznej w swobodne podróże improwizacyjne.
Obdarzonymi największą melodyką nagraniami są: wspomniany ''Afro Blues'' i utrzymany w konwencji niemalże bebopu: ''Dzień Satyra''. Zarówno zawiłe i trudniejsze w odbiorze utwory wypełniające: ''Sesję Open'', jak i te bardziej osadzone w tradycji muzyki jazzowej kompozycje ukazują w pełni kunszt zarówno lidera projektu jak i każdego z pozostałych muzyków.
Niejednokrotnie po zakończeniu utworu słyszymy zachrypnięty głos Przybielskiego komentującego jednym zdaniem wykonany temat, bądź żartującego. Sprawia to, że pomimo iż nagrań dokonano w studio, mamy wrażenie bezpośredniego uczestniczenia ''żywej'' sesji.
Ostatnie 9 minut płyty wypełnia ''Szkic'', który najbardziej chyba oscyluje wokół estetyki free jazzu. Swobodne impresje saksofonu i trąbki towarzyszą nam przez dobrych klika minut by ustąpić miejsca solowemu popisowi G.Nadolnego niezwykle sprawnie ukazującego pełną tęczę tonacji kontrabasu. 
Płyta jest wyjątkową pozycją fonograficzną na polskim rynku, choćby ze względu na fakt iż jest jedynym albumem tak wybitnej i wyjątkowej postaci polskiego jazzu jaką był Andrzej Przybielski.

15:25, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
 ADAM BAŁDYCH: Magical Theatre /CD 2011 (2010) Fonografika/
Welcome Pill; The Room Of Fear; Party Place; Princess Ballet Room; Devil's Kitchen; Breaking Point (dedicated to K.Furman); The Room Of Imagination; The Game Of Destiny

Są płyty, po których kilkakrotnym dopiero wysłuchaniu jesteśmy w stanie odkryć ich przekaz i dostrzec pełny wachlarz tkwiących w niej brzmień i barw muzycznych. Nową płytę czołowego polskiego skrzypka jazzowego: Adama Bałdycha natomiast pokochałem od pierwszego przesłuchania. Bałdych jest niezwykle zdolnym i docenianym w ostatnich latach kompozytorem muzyki teatralnej, a więc pełniącej rolę ilustracyjną. Być może dlatego właśnie już pierwszy kontakt z materiałem wypełniającym album: ,,Magical Theatre'' okazuje być się być bezbłędnie trafiającym w wyobraźnię a kompozycje pod względem melodyki stają się natychmiast przyswajalne. Nie jest to zarzut mogący świadczyć o braku głębszych doznań podczas obcowania z nową muzyką Adama, lecz jeden z nielicznych przykładów kiedy to muzyka niezwykle ambitna i inteligentna potrafi jednocześnie być bardzo komunikatywną od pierwszego już z nią kontaktu. Stworzenie takiej harmonii pomiędzy graniem skomplikowanych struktur z jednoczesną zdolnością natychmiastowego nawiązania kontaktu z odbiorcą to sztuka udająca się niewielu twórcom dzisiejszego jazzu. ''Magical Theatre'' to płyta, która będąc jednocześnie pozycją od razu łatwą w odbiorze, niesie z sobą  wiele ukrytych barw, jakie odkrywamy po każdym kolejnym jej przesłuchaniu. Prosta melodyka rozpoznawalna już od pierwszych taktów każdego kolejnego nagrania słuchanego po raz kolejny nie okazuje się być natrętną i nużącą swą prostotą, lecz punktem wyjścia do odkrywania coraz to nowych dźwięków wokół niej zbudowanych.
Z chaosu i kakofonii niepokojących dźwięków otwierających album, wyłania się pierwsza z ośmiu (choć właściwie: siedmiu) muzycznych miniaturek wypełniających płytę: ''Welcome Pill''. Dużo gitary i niemal progresywna rockowa instrumentacja utworu sprawiają, iż od razu zostajemy wciągnięci w pejzaże malowane dźwiękami elektrycznych skrzypiec na tle pulsujących elektronicznie przetworzonych partii basowych.
Podobna rockowa estetyka towarzyszy nam od pierwszych dźwięków: ''The Room Of Fear''. Tu jednak mamy w muzyce dużo przestrzeni i miejsca na spokojne impresje akustycznych skrzypiec a pojawiające się krótkie partie fortepianu Pawła Tomaszewskiego są niewątpliwą ozdobą nagrania. Solo kontrabasu (Piotr Zaczek) na tle instrumentów elektronicznych w połowie utworu to pierwsze ''wytchnienie'' na płycie. Elektronikę na płycie Bałdych wykorzystuje w perfekcyjnie dobranej proporcji -jest jej dużo i towarzyszy nam podczas słuchania całego krążka, lecz jednocześnie muzyka potrafi zabrzmieć w sposób bardzo akustyczny. Być może paradoksalne wydawać się może czytanie o akustycznej estetyce utworów z zastosowaniem tak dużej elektroniki. By to dostrzec trzeba po prostu posłuchać tej płyty.
''Party Dance'' otwierają rytmiczne skrzypcowe akordy, a gitara i rockowy progresywny (znowu nasuwa się to określenie!) sposób aranżacji nadają kompozycji niezwykłej siły i mocy. Solowe partie Bałdycha oparte są na strukturach jakie w muzyce rockowej przynależne są gitarze elektrycznej. I znowu ten pozorny kontrast, który tak charakteryzuje utwory Bałdycha: cudownie brzmi rozbudowane akustyczne solo fortepianu w połowie tego niemalże rockowego utworu.
''Princess Ballet Room'' to rzecz napisana przez Adama jakiś czas temu dla potrzeb teatru a w nowej odsłonie na ''Magical Theatre'' ujmuje nastrojem i klimatem budowanym przez wyśmienite partie fortepianu i trąbki Josha Lawrence'a. To zarazem jedne z najbardziej akustycznie brzmiących minut całej płyty. Będąc liderem i autorem całego projektu Adam Bałdych dał niezwykle dużo przestrzeni każdemu z instrumentalistów na płycie, dzięki czemu otrzymaliśmy album może nawet bardziej brzmiący zespołowo niż poprzednie dokonania fonograficzne firmowane nazwą Damage Control. Jest jednak wiele elementów w tej muzyce różniących ją od nagrań wspomnianego zespołu prowadzonego przez Bałdycha. Przede wszystkim nowa estetyka wielu rozwiązań brzmieniowych, zastosowanie pewnych innowacji aranżacyjnych a także niuanse dotyczące konstrukcji kompozycji. Nawet gdyby płyta: ''Magical Theatre'' firmowana była nazwą Damage Control, nie można by odebrać jej inaczej niż jako swego rodzaju innowacja mogąca być postrzegana jako początek nowego rozdziału w dorobku grupy. Długi pobyt Adama w Stanach Zjednoczonych oraz koncerty w nowojorskich klubach z tamtejszymi muzykami musiały odcisnąć piętno na sposobie postrzegania muzyki i myślę że ''Magical Theatre'' jest właśnie tego dowodem. To właśnie zadecydowało chyba o postanowieniu firmowania płyty przez Bałdycha swoim nazwiskiem.
Jest na płycie jednak jeden utwór pochodzący spoza teki kompozytorskiej Bałdycha zaaranżowany i wykonany w sposób charakterystyczny dla zespołu Damage Control: ''Devil's Kitchen'' (kompozycja gitarzysty zespołu: Andrzeja Gondka). Choć podczas przesłuchiwania płyty w żaden sposób nie można uznać, iż nagranie to odbiega w jakimś stopniu od klimatu całości -jest to jednak parę minut najbardziej zbliżone do tego co znamy z płyt grupy. Kompozycyjnie natomiast ''Devil's Kitchen'' może przypominać rozwiązania melodyczne stosowane przez Seiferta, brzmieniowo zaś: doświadczenia Bałdycha zdobyte podczas współpracy przy wspaniałym projekcie Jarka Śmietany: ''A Tribute To Zbigniew Seifert'' (2009), w którym to przypomnijmy wziął udział obok takich skrzypków jak: Jerry Goodman, Didier Lockwood czy Krzesimir Dębski.
''Breaking Point'' rozpoczyna długa impresja fortepianu (doskonały P.Tomaszewski) w klimacie bardzo ilustracyjnym. Skrzypce pojawiają się dopiero po trzech minutach, powoli przejmując rolę pierwszoplanową i wygrywając robiące wrażenie improwizowanych partie, z których wyłania się melodia w połączonym z ''Breaking Point'' utworze: ''The Room Of imagination''. Łagodnie dołącza perkusja i gitara, która po chwili zachwyca nas leniwymi dźwiękami (A.Gondek), pojawia się trąbka J.Lawrence'a... Brzmi to wszystko doskonale, kameralnie i bardzo... akustycznie. Główny motyw melodyczny powtarzany jest wielokrotnie na różne sposoby na zasadzie bolera. Te dwa połączone z sobą utwory tworzą rodzaj suity i zarazem najdłuższej całości na płycie (łącznie 16 i pół minuty).
Dynamiczny ozdobiony riffami gitarowymi i akordami elektrycznych organów: ''The Game Of Destiny'' to doskonałe zakończenie płyty. Jest tu ponownie miejsce na wspaniałą trąbkę Lawrence'a i rockowe solo gitarowe Gondka.
Album zachwyca różnorodnością i zmianami brzmieniowymi potrafiąc pogodzić rockowy pazur z akustycznymi brzmieniami w sposób niezwykle harmonijny i składny. Dzięki takiemu właśnie charakterowi całości ''Magical Theatre'' to płyta niezwykle urozmaicona i potrafiąca jednocześnie zaspokoić gusta oczekujących głębszych doznań słuchaczy oraz tych oczekujących po prostu przyswajalnej melodyki. Rozimprowizowana jazzowo, rockowo progresywna, a jednocześnie przepełniona pięknymi melodiami.

15:23, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 października 2011

 FRIEND 'n' FELLOW: Era Jazzu /CD GM Records/
Home; Cajun Moon; Friend of Mine; Forbidden Wine; I Still Havn't Found What I'm Looking For; Taxi; Light My Fire; What a Wonderful World; Crystal; Far Away

Od czasu do czasu ''Era Jazzu'' wydaje płyty promocyjne wykonawców, jacy koncertują po jej patronatem dołączane do katalogów koncertowych. Płyty wydawane są w digipackach, w charakterystycznych czarnych okładkach z logo ''Ery Jazzu'' i maleńką nazwą wykonawcy. Trochę szkoda, że okładek nie ozdabiają malutkie choćby zdjęcia muzyków -dzięki temu bowiem płyty byłyby po prostu łatwiejsze wizualnie do rozróżnienia.
Duet Friend 'n' Fellow ma na swym koncie juz 10 płyt. Popularność zdobył dzięki takim płytom jak: ''Taxi'' (2001), oraz albumowi: ''Covered'' (2005) zawierającym jak tytuł wskazuje covery utworów pochodzących z repertuaru tak odmiennych gatunkowo wykonawców jak choćby: The Doors, Louis Armstrong czy U2. Osobiście daleki jednak byłbym od nazywania utworów takich jak: ''Light My Fire'', ''What a Wonderful World'' czy ''I Still Havn't Found...'' w wykonaniu Friend'n'Fellow coverami, gdyż interpretacjach tych utworów jakie mamy okazję poznać na tym krążku w większym stopniu ukazuje osobowości artystów i ich indywidualny sposób wykonania niż znane nam aranżacje i interpretacje pierwotnych wykonań. Często bowiem zapis nutowy utworu jest tylko szeregiem znaków zapisanych na pięciolini, a dopiero jego indywidualne potraktowanie stanowi o jego oryginalnosci i niepowtarzalności. Zjawisko to jest jednak domeną tylko największych artystów. Po wysłuchaniu nagrań zamieszczonych na tej kompilacyjnej płytce uważam, iż Friend 'n' Fellow to zjawisko szczególne. Oto bowiem muzycy grający na dwóch gitarach akustycznych tworzą brzmienie, dzięki któremu nawet podczas wykonywania repertuaru stricte rockowego odnosimy wrażenie pełni, w której jakiekolwiek dodatkowe instrumenty byłyby zbyteczne, a wręcz wywołać mogłyby efekt przesytu aranżacyjnego. Najnowszym jak dotąd albumem zespołu jest ''Discovered'' (2010), będący kontynuacją ''Covered''. Duet tworzą: śniadolica Constanze Friend i Thomas Fellow
Twardo brzmiące gitary i mocny kobiecy wokal w ''Home'' rozpoczynającym płytę jest trafnym wprowadzeniem do muzycznego świata Friend'n'Fellow, będącego mieszanką jazzu, bluesa ale też muzyki folk.
''Cajun Moon'' to ukłon w stronę J.J.Cale'a ozdobiony niezwykłą solówką gitary. Myślę ze sam J.J.Cale byłby zachwycony tą wersją unplugged jednej ze swych najsłynniejszych kompozycji.
''Friend of Mine'' to czysty blues, zinterpretowany wokalnie chwilami na wielogłos. Gitary brzmią w sposób nawiązujący do największych akustycznych dokonań takich choćby bluesmanów jak Jerry Ricks czy duet Sonny Terry & Brownie McGhee.
Bardzo jazzowo z kolei brzmi ''Forbidden Wine'' a interesujący klimat tworzy ''Taxi''.
Jak już wspomniałem niezwykle brzmią: ''I Still Havn't Found What I'm Looking For'' i ''Light My Fire'', podczas których poznajemy zupełnie inne oblicze tych utworów. Choć sam Jose Feliciano przed wielu laty nagrał  ''Light My Fire'' z towarzyszeniem gitary akustycznej -wersja Friend 'n' Fellow zaskakuje dynamizmem gitar i agresywnością akordów.
Jedną z najpiękniejszych piosenek swiata: ''What a Wonderful World'' słucha się w tej akustycznej interpretacji okraszonej szczyptą bluesa również doskonale.
Płytę kończą dwa nagrania z albumu ''Crystal'' (2006): niepokojący swym klimatem, tajemniczy utwór tytułowy, oraz: ''Far Away''.
Płyta jest ciekawie skompilowanym zestawem utworów, będącym zgrabnie ułożoną wizytówką duetu.

Tagi: f rock blues
12:57, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 Freddy COLE: Era Jazzu /CD 2007, Telarc/
Wild Is Love; Something Happens To Me; In the Name of Love; Harbor Lights; Take a Little Time to Smile; I Realize Now / I Miss You So

Od czasu do czasu ''Era Jazzu'' wydaje płyty promocyjne wykonawców, jacy koncertują po jej patronatem dołączane do katalogów koncertowych. Płyty wydawane są w digipackach, w charakterystycznych czarnych okładkach z logo ''Ery Jazzu'' i maleńką nazwą wykonawcy. Trochę szkoda, że okładek nie ozdabiają malutkie choćby zdjęcia muzyków -dzięki temu bowiem płyty byłyby po prostu łatwiejsze wizualnie do rozróżnienia. 
Freddy ''King'' Cole to pianista i wokalista nagrywający m.in. dla tak zacnych wytwórnii jak Okeh czy Milestone Records. Najsłynniejsze jego albumy to: "Sings The Music of Michel Legrand", "Freddy Cole Sings Tony Bennett" czy ''gwiazdkowy'': "Merry Go Round" nominowany w 2000 roku do Grammy Award i uznany za jeden z najważniejszych albumów typu "christmas" muzyki jazzowej. Freddy Cole jest młodszym bratem Nat ''King'' Cole'a i stryjem Natalie Cole.
''What Is Love'' otwierający płytę to urocza, utrzymana w klimacie samby piosenka nawiązująca do sposobu interpretacji wokalnej Louisa Armstronga z jednoczesnym ''posmakiem'' klimatów starszego brata Artysty. Freddy Cole to jednak również wyśmienity pianista, dlatego ważnym i zawsze akcentowanym elementem jego utworów są partie fortepianu. Tak jest właśnie w tym utworze.
''In the Name of Love'' umieszczony na płycie jako drugi (w spisie utworów na okładce pomylono kolejność) to przesycona soulem przepiękna pieśń z wspaniałą damską wokalizą i doskonale wkomponowującym się w klimat utworu saksofonem.
W trzecim utworze ''Harbor Nights'' przenosimy się z kolei w klimaty kojarzące się z erotycznymi balladami Barry White'a. Freddy Cole jednak śpiewa w swoim niepowtarzalnym nastroju a nagranie ilustruje niesamowita partia trąbki. To piosenka, która poruszyć może najtwardsze serca kobiet. Niezwykły, ciepły klimat stworzony przez F.Cole sprawia, iż podczas słuchania ''Harbor Lights'' można oderwac się od rzeczywistości i popłynąć w rytmie tej ballady w lepszy świat - świat, rządzony przez wspaniałe dźwięki.
''Take a Little Time To Smile'' jest największym chyba ukłonem Freddy'ego Cole'a w stronę swego starszego brata. Barwa głosu Freddyego jest jednak nieco inna, a i aranżacja tego utworu okraszona cudną gitarą (''plumkającą'' w stylu George'a Bensona) stanowi o indywidualności jazzowej F.Cole'a.
''Szczotkująca'' perkusja, leniwy podkład fortepianu, dyskretna gitara i stateczny kontrabas to atrybuty raczej melorecytowanego przez wokalistę utworu będącego połączeniem dwóch wielkich tematów: ''I Realize Now'' i ''I Miss You So'', dzięki któremu przenosimy się w klimat pustoszejącego nad ranem klubu jazzowego.
Na koniec płyty mamy przykład typowo jazzowego utworu. ''Somethings Happens To Me'' to najdłuższy i najbardziej rozimprowizowany utwór, podczas którego znalazło się miejsce na solówki każdego z muzyków kwartetu Freddy Cole'a. Doskonale brzmią dialogi pianisty z gitarą, perkusja brzmi dynamicznie, a partie kontrabasu zdecydowanie najbardziej chyba własnie wtym utworze synkopują. Doskonałe zakończenie płyty.

Tagi: C Pop
12:54, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 The HOLMES BROTHERS: Feed My Soul /CD 2010 Alligator/
Dark Cloud; Edge Of The Ledge; Feed My Soul; You're The Kind Of Trouble; Something Is Missing; Living Well Is The Best Revenge; I Saw Your Face; I Believe You I Think; Far Weather Friend; Put My Foot Down; I'll Be Back; Plending My Love; Rounding Third; Take Me Away

Trio tworzą dwaj bracia Holmes: Sherman (wokal, bas), Wendell (gitara, pianino, wokal) , oraz perkusista Popsy "the Holmes" Dixon. Na płycie słyszymy jednak wiele innych instrumentów jak choćby wspaniałe, nadające specyficzny klimat wielu utworom organy Hammonda, harmonijkę, tamburyn czy nawet mandolinę.
The Holmes Brothers to formacja, która w niezmienionym składzie nagrywa i koncertuje pod tym szyldem od 1979 roku, choć cała trójka artystów współpracowała wspólnie wówczas już od kilku lat. Dopiero po dziesięciu latach klubowego grania ukazała się pierwsza płyta The Holmes Brothers: ''In The Spirit'' (1989). Wówczas też o trio poczęły pisać muzyczne magazyny, a wielu wielkich artystów starało się pozyskać zespół od współpracy, dzięki czemu usłyszeć ich można na płytach Petera Gabriela czy Vana Morrisona, oraz podczas koncertów m.in. Boba Dylana czy Willie Nelsona.
Płytę ''Feed My Soul'' wydała legendarna wytwórnia Alligator Records specjalizująca się w propagowaniu bluesa i jego najróżniejszych obliczów. The Holmes Brothers to właśnie jedna z gałęzi pochodnych muzyce bluesowej. W nagraniach jakie znalazły sie na płycie więcej jest chyba elementów muzyki soul czy boogie niż klasycznego bluesa. Zarówno w rytmicznych utworach jak i w spokojnych balladach wypełniających płytę, The Holmes Brothers jawią nam się jako zespół grający w swoim oryginalnym stylu czerpiąc stylistycznie zarówno z muzyki soul, gospel jak i rhythm'n'bluesa i jazzu.
Pięknie brzmi tytułowa ballada: ''Feed My Soul'', niezwykle żywiołowe: ''You're The Kind Of Truble'' natomiast jest ukłonem stylistycznym w stronę Blues Brothers.
''Something Is Missing'' to najbliższy chyba muzyce pop utwór na płycie mimo nawiązań do tradycji muzyki soul z połowy lat 70-tych, z kolei w takim: ''Living Well Is The Best Revenge'' wyraźnie słychać muzykę country.
Zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie te spokojne, wyśpiewywane z soulową manierą utwory jak wspomniany: ''Feed My Soul'' czy prawdziwa ozdoba krążka jaką jest: ''I Saw Your Face''.
''Far Weather Friend'' z kolei to klasyczna w swym klimacie pieśń gospel skomponowana przez Wendella Holmesa, zaśpiewana przez niego wraz z chórkiem tylko przy akompaniamencie fortepianu.
Miło słucha się beatlesowskiego ''I'll Be Back'' a wylewna ballada: ''Plending My Love'' robi wrażenie pastiszu miłosnych przebojów soul z lat 60-tych.
Kończąca płytę: ''Take Me Away'' to kolejna klimatyczna ballada utrzymana w klubowym stylu i okraszona doskonałym chórkiem. Jest to też okazja aby usłyszeć falset perkusisty zespołu: Popsy Dixona.
Uniwersalnością muzyki zawartej na tym krążku jest jej ponadczasowość; dzięki zastosowaniu tradycyjnego instrumentarium i ''akustycznej'' aranżacji, słuchając płyty odnosimy wrażenie, iż równie dobrze mogłaby ukazać się 30 lat temu, a i za 20 lat słuchać jej będzie można niczym nowej.

Tagi: H rock blues
12:50, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 października 2011

 KRZYSZTOF HERDZIN TRIO: Capacity /CD 2011 Fusion/
Prayer For El Salvador; Still Searching; Keith And His Teeth; Timebreakaparter; Sleeping Beauty; Children Of Childs

Byłem zaskoczony pierwszym tytułem na płycie. ''Prayer For El Salvador'' -Russela Ferrante? Czy to nie utwór Yellowjackets? Niemożliwe, przecież to kawałek fusion... A jednak. Herdzin odkrywa zupełnie nową estetykę kompozycji adaptując ją w piękny akustyczny sposób, przetwarzając nastrój niepokoju w swego rodzaju ukojenie melodyką i łagodnością przekazu. W środkowej części mamy też pokaz niezwykłej wirtuozerii pianisty zabierającego nas w improwizacyjną podróż dalece odbiegającą od nut zapisanych w kompozycji Ferrante. W szybkim rytmie potęgowanym sekcją tria (Robert Kubiszyn -bass, Cezary Konrad -perkusja) lewitujemy przy dźwiękach charakterystycznego ''twardego'' brzmienia fortepianu Herdzina, który w zawiły melodycznie sposób naprowadza nas ponownie w ramy głownego motywu melodycznego. To właśnie jest istotą improwizacji jazzowej z punktu widzenia słuchacza, kiedy to odbywamy z miejsca głównego motywu melodycznego kompozycji swoistą podróż w nieznane, odkrywane przez naszego przewodnika rejony. Krzysztof Herdzin okazuje się być przewodnikiem doskonałym co udowadnia już w przypadku tej klikunastominutowej interpretacji znanego nam z zupełnie innego oblicza utworu.
Pozostałe pięć rozbudowanych strukturalnie kompozycji to autorskie dzieła jednego z najlepszych polskich pianistów jazzowych opracowane w ramach tria.
''Still Searching'' klimatycznie brzmi jak: ''Lokomotywa'' Brzechwy; rozpędza się powoli acz skutecznie, by w najbardziej dynamicznych momentach zaskakiwać nas zawiłymi partiami fortepianu przy wtórze perfekcyjnej sekcji rytmicznej. Pod koniec jednak zwalnia, wracając do pierwotnej gracji melodyki kojąc nastrój.
Hołdem dla Keitha Jarretta jest kompozycja: ''Keith And His Teeth'' nawiązująca wprawdzie stylistycznie do dokonań Mistrza, lecz nie pozbawiona jednocześnie charakterystyki palców Herdzina. Zupełnie nie-jazzowo brzmi w tym utworze perkusja a R.Kubiszyn sięga w tym utworze po gitarę basową tworząc estetykę kojarzącą się bardziej z muzyką funky niż typowym brzmieniem akustycznego trio i ozdabiając utwór doskonałą solową impresją szarpiąc struny elektrycznego basu.
''Timebreakaparter'' to zbudowany na dynamicznych dźwiękach perkusji utwór charakteryzujący się zmienną rytmiką i tempem. To również okazja do przekonania się o doskonałym warsztacie C.Konrada i R.Kubiszyna oraz ukazanie zespołu jako wzajemnie uzupełniającgo się organizmu budującego poszczególne części płyty. Trio stworzone przez Krzysztofa Herdzina wydaje się być składem idealnym wzajemnie się uzupełniającym i pomimo, iż ''Capacity'' to autorski projekt pianisty, dostrzec należy zespół jako całość, który dzięki takiemu właśnie składowi zdołał wspiąć się na niezwykle wysoki poziom tej płyty.
Tym, którzy mają wątpliwości do tytułu ''jazzowego romantyka'', jaki nadało Herdzinowi wielu krytyków, polecam balladę: ''Sleeping Beauty'', rozpoczynającą się wprawdzie dość niepokojącymi akordami, lecz w dalszej części obnażającą wrażliwość kompozytora i twórcy utworu, który choć słynie z dość ''twardego'' brzmienia potrafi stworzyć ciepły i kojący klimat w sferze konstrukcji estetycznej. Ciepło, miłość a nawet lekki posmak erotyki charakteryzuje ten nastrojowy utwór, nie obdarzony co prawda  jakąś szczególną melodyką lecz tworzący szczególny, osobliwy klimat.
W kończącym płytę: ''Children Of Childs'' mamy okazję usłyszeć doskonałe solo gitarowe i po raz kolejny przekonać się o specyfice projektu: Krzysztof Herdzin Trio, który choć pozornie osadzony jest w estetyce tradycyjnego tria jazzowego, niejednokrotnie wymyka się takiemu zaszufladkowaniu. Na zakończenie płyty mamy bowiem do czynienia z niemal rockowym pazurem zaszczepionym w konwencję jazzu.
Mam cichą nadzieję, iż skład tworzący Krzysztof Herdzin Trio to projekt, który jeszcze nie raz uraczy nas tak doskonałą produkcją jaką jest album: ''Capacity''.

00:52, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 RGG: One /CD 2011 (2010) Fonografika/
One; Around Again; Bell; Spring Walk; Elm; From The Other Hand; Almost Blues; The Truth; Out Of A Row; C.T.; Stop And Think; When My Anger Starts To Cry; On The Way To Road 11

Już sama estetyka okładki płyty i dołączonej do wydawnictwa książeczki utrzymanych w konwencji czarno -białych i barwnych fotografii muzyków oraz zimnych leśnych pejzaży zwiastuje klimat płyty.
W otwierającej płytę kompozycji Maćka Garbowskiego (autora pięciu utworów z płyty): ''One'' wchodzimy w nastrój kontemplacji i zasłuchania. Piękne czyste brzmienie fortepianu tworzy melodię, która doskonale sprawdziłaby się jako temat filmowy i ilustracyjny.
Inaczej brzmi rozimprowizowany temat Carli Bley: ''Around Again''. Tu odzywa się niepokorna natura free tkwiąca w muzykach; agresywne partie fortepianu, przeskakujący akordy kontrabas i nieregularny rytm perkusji odkrywa zupełnie nową estetykę tej kompozycji. Umiejętność zmian nastroju polegająca na radykalnych zmianach klimatu to jeden z największych atrybutów nowej odsłony RGG. W jednej chwili z nostalgii i zadumy muzycy przenoszą nas w ekspresję i dynamizm, co bynajmniej nie powoduje czegoś w rodzaju zerwania ciągłości, a jest w tym przypadku naturalną koleją rzeczy. Nostalgia, zasłuchanie, a po chwili: niepokój i gwałtowne przebudzenie -tak budowany nastrój płyty towarzyszy nam podczas kolejnych precyzyjnie ułożonych kompozycji w programie krążka.
''Bell'' to kolejna charakterystyczna dla kontrabasisty tria kompozycja oparta na pasażach fortepianu przywołująca budowane przez wyobraźnię obrazy i skłaniająca do refleksji. Na uwagę zasługują rozmaite efekty tworzone przez perkusję (dzwonki, skrzypienie, dźwięki przelewanej wody) doskonale ozdabiające całość.
Przemek Raminiak skomponował na płytę trzy utwory. Pierwszym z nich jest temat: ''Spring Walk'' -melodyjna, oparta na zgrabnych akordach fortepianu kompozycja, gdzie jednak dużo miejsca pozostawiono na swobodne improwizacyjne wędrówki kontrabasu w środkowej części. ''Spring Walk'' odwołuje się do tradycji muzyki klasycznej co jest zapewne wynikiem starannego wykształcenia muzycznego jej kompozytora. Pośród twórców współczesnej muzyki jazzowej znajdziemy całe rzesze artystów nie posiadających akademickiego wykształcenia w zakresie kompozycji klasycznej. Często jednak w przypadku absolwentów Akademii Muzycznych można dostrzec wyraźny ślad uzyskanego przed laty tytułu i myślę iż taką właśnie ''nutkę akademizmu'' zawierają w sobie kompozycje Raminiaka na tej płycie.
Kolejnym sięgnięciem po kompozycje ''z zewnątrz'' jest umieszczenie na albumie własnej interpretacji tematu nowojorskiego pianisty Richie Beiracha: ''Elm''. Trochę nagranie to odbiega klimatem od reszty materiału płyty, lecz jest to najprawdopodobniej celowy zabieg a przy okazji ukazanie ogromnych możliwości Raminiaka, którego sposób interpretacji nie bez powodu porównywany jest często przez krytyków do artykulacji samego Keitha Jarretta.
''From The Other Hand'' to temat odwołujący się do tradycji najpiękniejszych ballad jazzowych napisanych na fortepian, a zarazem kolejna kompozycja doskonale mogąca sprawdzić się w roli muzyki ilustracyjnej. Stosunkowo mało tu improwizacji, są za to piękne partie krystalicznie brzmiącego fortepianu i kolejna okazja do zadumy i refleksji.
Najbardziej dynamiczną kompozycją Garbowskiego na tej płycie jest: ''Almost Blues'' stanowiący ukłon Muzyka w stronę tradycji ''jazzowego bluesa'' z charakterystycznie synkopowanym rytmem odwołującym się do największych dokonań gatunku. W sumie nic nowego, a jednak ciekawie brzmi to nagranie w kontekscie całej płyty, jako swoiste ukazanie możliwości poruszania się i w tych rejonach jazzu tria RGG.
''The Truth'' i ''Out Of A Row'' -to kolejne kompozycje Garbowskiego; pierwsza ''scalona'' kojącym brzmieniem klawiszy, druga oparta na brzmieniu grającego smyczkiem kompozytora w kontrapunkcie dla melodyki fortepianu.
Kompozycja zespołowa: ''C.T.'' to z kolei najbardziej chyba oscylujący w rejony free jazzu kawałek. To zaledwie dwie minuty, robiące jednak wrażenie bardzo swobodnej improwizacji.
Tytuł kolejnego utworu: ''Stop And Think'' (P.Raminiak) oddaje w pełni jego nastrój i sposób postrzegania narzucony klimatycznie słuchaczowi. Nostalgia i zamyślenie, podczas których towarzyszą nam improwizowane partie kontrabasu na tle fortepianu, Wszystko to ozdobione jest najróżniejszymi ''przeszkadzajkami'' perkusyjnymi. To zarazem najdłuższe nagranie na płycie (7:42). Zdałem sobie tym samym sprawę z faktu, iż płytę: ''One'' wypełnia 13 bardzo krótkich i zwartych konstrukcyjnie nagrań, co w przypadku tego rodzaju muzyki nie jest rzeczą nagminną. Rzadko bowiem w przypadku jazzowego tria udaje się skonstruować utwory zamknięte w 5 minutach, a jednocześnie rozwinąć improwizowane sola bez sztucznego kompresowania całości. Muzyka RGG, choć tętniąca pełnią improwizacji jest jednocześnie niezwykle zwarta i podporządkowana niedostrzegalnej dla słuchacza dyscyplinie.
Nieporozumieniem mogłoby wydawać się umieszczenie pośród własnych kompozycji muzyków o sprecyzowanej stylistyce takiego tematu jak przebojowy kawałek: "When My Anger Starts to Cry" z repertuaru norweskiego nu-jazzowego duetu Beady Belle. Jest to jednak interpretacja jak najbardziej mieszcząca się na wysokiej półce RGG, pełna fantazji i porywająca.
Płytę kończy jeden z najdoskonalszych utworów jazzowych jaki ukazał się w roku 2011 na polskich płytach: druga na albumie: ''One'' kompozycja zespołowa. Tym razem nie są to jednak wędrówki instrumentalistów w kierunku awangardy czy free, lecz przepiękna melodia: ''On The Way To Road 11''. Pomimo, iż jazz jest muzyką improwizowaną i w zasadzie nie podporządkowaną ściśle melodyce, to jednak najwspanialsze utwory tworzące kanon jazzu powstawały zawsze na bazie (po prostu): ładnych melodii. Taką właśnie jest: ''On The Way...'', na której zbudowano całe nagranie.
''One'' pomimo, iż nie jest płytą odkrywczą i przecierającą jakieś nowe szlaki muzyki improwizowanej, to zdecydowanie jedna z kilku najciekawszych pozycji płytowych polskiego jazzu anno domini 2011.

00:51, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 ESPEN ERIKSEN TRIO: You Had Me At Goodbye /CD 2010 Rune Grammofon/
Anthem; Grinde; In The Woods; Masaka Tsara; Not Even In Brazil; Intermezzo; On The Jar; To Worm It May Concern

Płyta jest autorskim debiutem norweskiego pianisty Espena Eriksena nagranym wraz z sekcją rytmiczną: Lars Tormod Jenset (kontrabas) i Andreas Bye (perkusja). Wypełnia ją osiem kompozycji lidera osadzonych klimacie nowoczesnej muzyki improwizowanej z elementami skandynawskiego folku. To w większości proste kompozycje, którym właściwego charakteru i mocy nadaje dopiero sposób ich interpretacji.
Płyta została dostrzeżona zarówno przez miłośników jazzu jak i krytyków spoza Europy, bowiem pochodzący z niej utwór ''Grinde'' wpisany został na listę ''Critics Choice CD'' amerykańskiego magazynu ''Jazziz'', a pozytywne recenzje albumu ukazały się m.in. w ''BBC Music Magazine'', ''The Independent'' czy na reprezentatywnym portalu ''allaboutjazz.com''.
Od pierwszych taktów otwierającej płytę kompozycji ''Anthem'' ''odpłynąłem'' przy dźwiękach  pięknie, klasycznie brzmiącego fortepianu, ozdobionego dyskretnymi dźwiękami instrumentów perkusyjnych, a gdy po dwóch minutach pojawiła się łagodna impresja kontrabasu, wokół której wirować poczęły dźwięki klawiszy już wiedziałem, że ''You Had Me At Goodbye'' gościć będzie wielokrotnie w kieszeni mojego odtwarzacza.
O ile ''Anthem'' to utwór zachowujący przy swej łagodnosci cechy kompozycji dość melodyjnej, kolejne nagranie: ''Grinde'' przenosi nas w klimacie nostalgii w bardziej zawiłe kompozycyjnie rejony ukazując przy tym możliwości techniczne norweskich instrumentalistów.
Przy ''In The Woods'' można odnieść wrażenie iż słuchamy fortepianu któregoś z naszych polskich wybitnych pianistów jazzowych. Nie ze względu na podobieństwo techniczne, lecz właściwości interpretacji i fantazji wykonawczej, która brzmi tu po prostu swojsko. Piękna kompozycja ''In The Woods'' nosi w sobie znamiona, chciałoby się rzec słowiańskości jazzowego fortepianu odwołującej się do naszego polskiego postrzegania i wrażliwości muzycznej.
Zawiła improwizacyjnie ''Masara Tsara'' to kolejne minuty dla miłośników improwizacji jazzowych. Doskonale ''dryfuje'' kontrabas w tym utworze intensywnie wspomagany rytmicznie przez doskonałe partie perkusji.
Swego rodzaju ''przebojem'' pod względem melodyki i komunikatywności okazuje się piękny utwór: ''On The Jar'' oparty na tworzących główny motyw akordach fortepianowych. W zasadzie każda z kompozycji na płycie nosi znamiona piosenki. Piosenki w dobrym tego słowa znaczeniu -nie zaśpiewanej, lecz zagranej we wspaniały, pełen wyobraźni sposób ozdobiony pięknymi harmoniami.
Uniwersalność tej muzyki sprawia, iż pomimo jak najbardziej jazzowego charakteru ośmiu miniaturek znajdujących się w programie płyty, mamy do czynienia z muzyką bardzo komunikatywną . To ten rodzaj jazzu, któremu nie można zarzucić mizdżenia się w stronę mniej wymagających słuchaczy (czytaj: większości słuchaczy), ale jednocześnie będący muzyką przystępną i przyswajalną bez sztucznego zaniżania poziomu.
Idealna płyta mogąca służyć jako narzędzie przekonania kogoś do fortepianowego jazzu, zaspokajająca też oczekiwania bardziej wymagających słuchaczy. Wielkim atutem tria Eriksena jest fakt, iż wszystkie utwory pianista skomponował sam nie podpierając się klasyką, bądź cudzymi utworami.
Okazuje się iż można tworzyć zupełnie nowe utwory posiadające niepodważalne atuty klasycznych kompozycji, o czym wielu młodych komponujących pianistów jazzowych z Europy najzwyczajniej w świecie zapomina inwestując swój talent w kolejne jazzowe przeróbki Chopina czy Komedy.

Tagi: E jazz
00:50, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 października 2011
 HANNA BANASZAK: Kofta /CD Fonografika/
Radość o poranku; Wyspa (fragment); Samba życia; Kiedy księżyc jest w nowiu; Samba na jedną nutę; Stoisz w kolejce po moje serce; Źródło; Popołudnie; Samba przed rozstaniem; Wołanie Eurydyki; Trzeba marzyć; Samba trawy; Samba w południe; Rozmyślania na dworcu (fragment); Po karnawale; Pamiętajcie o ogrodach

W dwudziestą rocznicę śmierci Jonasza Kofty Hanna Banaszak postanowiła złożyć hołd poecie i autorowi piosenek, które częściowo zostały napisane właśnie dla niej. Do nich należą: ''Samba przed rozstaniem'', ''Wołanie Eurydyki'', ''Samba w południe'', ''Samba trawy'', ''Samba na jedną nutę'', ''Po karnawale'' i ''Kiedy księżyc jest w nowiu'' -wszystkie nagrane w nowych współczesnych wersjach. Oprócz nich Hanna Banaszak postanowiła dołączyć do programu płyty dwie piosenki napisane dla niej przed laty a nigdy przedtem nie nagrane: ''Stoisz w kolejce po moje serce'' oraz ''Samba życia''. Płytę uzupełniły nagrane przez Banaszak najsłynniejsze z piosenek Jonasza Kofty spopularyzowane wcześniej przez innych artystów jak:  ''Radość o poranku'' i nieśmiertelna: ''Pamiętajcie o ogrodach''. W program płyty wpleciono trzy recytacje fragmentów wierszy.
Doskonale słucha się tej płyty, która zachowując charakterystyczny dla Kofty klimat wyprodukowana została w bardzo nowoczesnej konwencji z zastosowaniem najrozmaitszych efektów i groove'wów. Nieprawdopodobnym wydaje się fakt, iż jedna z najpiękniejszych piosenek z płyty została nagrana dopiero teraz. Myślę o ''Stoisz w kolejce po moje serce'', do której muzykę napisał Piotr Kałużny. Jego rola w stworzeniu tej wspaniałej płyty jest nieoceniona bowiem poza napisaniem tej wspaniałej melodii, ozdobił większość nagrań doskonałymi partiami fortepianu oraz co wynika z podziękowań Piosenkarki umieszczonych na okładce: miał istotny wpływ na całokształt projektu.
Niewątpliwą ozdobą płyty poza partiami Kałużnego jest też trąbka jednego z czołowych polskich trębaczy: Jerzego Małka, który doskonale brzmi w takich choćby utworach jak: ''Samba życia'' czy ''Samba przed rozstaniem'' (wspaniałe długie solo w drugiej części).
Na szczególną uwagę zasługuje melorecytowane: ''Popołudnie'', które wprowadza nas w wyjątkowy nastrój nostalgii i zadumy. Głównym atrybutem poza pięknym tekstem jest interpretacja Hanny Banaszak, która swą kobiecością po prostu ...chwyta za serce. Do tego cudne partie fortepianu, skrzypce i gitara klasyczna -wszystko! 
Płyty doskonale słucha się jako całości i choć wydawałoby się, iż te przeróżne samby kojarzyć powinny się z ciepłym klimatem, to w połączeniu z tekstami Kofty, wspaniale słucha się ich w długie jesienne wieczory.
Trudno byłoby sobie wyobrazić płytę złożoną z najważniejszych śpiewanych tekstów Kofty bez: ''Pamiętajcie o ogrodach'' z muzyką Jana Pietrzaka. ''Ogrody'' w bardzo nowoczesnej bluesowej interpretacji kończą ten nastrojowy album.
''Kofta'' Hanny Banaszak to kolejna piękna płyta, z której utwory miast lśnić na antenie radiowej latami, po krótkiej kampanii w Polskim Radio niestety przepadła na polskim rynku. Polski rynek płytowy od zarania dziejów nie rządził się normalnymi prawami; w czasach PRL-u przeceniano wiele longplayów zalegających półki księgarń, a dziś niektóre z nich osiągają na giełdach i aukcjach internetowych zawrotne ceny (jak choćby płyty Novi Singers, czy kroniki ''Jazz Jamboree'', które spotkać można z charakterystyczną fioletową pieczęcią na okładce). Być może czas na pewne płyty wydawane obecnie, również dopiero nastąpi.

Tagi: b Pop
19:12, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 KLAUS LENZ BIG BAND: Hi-De-Ho. Tour -Highlights 2010 /2CD's 2010 Sechzehnzehn/
CD1: Afternoon In Berlin; Moderation; A Little Tune For Eric; Peace; Moderation; I Love The Life I Live; Georgia; Moderation; Serenade Mysterioso; Moderation; Higher; Moderation; Blues fur L.; Night In Tunesia
CD2: The Preacher; Reverend Lee; Rosetta; Moderation; God Bless the Child; Moderation; The Old New Way; Spinning Wheel; Stormy Monday Blues; La Fiesta; Moderation; Hi-De-Ho

Klausa Lenza Jarek Śmietana poznał podczas koncertów jego zespołu w Krakowie jeszcze na początku lat 70-tych, kiedy to Lenz koncertował w Polsce wykonując repertuar w dużej części oparty na repertuarze Blood Sweat And Tears. Wówczas to, podczas jam sessions doszło do współpracy, która jak miało się okazać przetrwała do dnia dzisiejszego. Pierwsze profesjonalne tournee Śmietany odbyło się właśnie z zespołem Lenza na terenie ówczesnego NRD. Pierwszym zapisem fonograficznym Jarka Śmietany, a więc pierwszą okazją do usłyszenia Genialnego Gitarzysty na prawdziwej płycie był natomiast longplay dokumentujący festiwal ''Jazz Jamboree '74 Vol.1''.

Wydawnictwo ''Hi-De-Ho'' zawiera zapis koncertu Big Bandu Klausa Lenza jaki odbył się w Berlinie 31 marca 2010, uzupełniony o jedno nagranie z koncertu w Wurzen pięć dni wcześniej, oraz dwa fragmenty z występu orkiestry w Dreźnie 26 marca.
Koncert rozpoczyna się delikatnymi partiami trąbki przywodzącymi na myśl stylistykę interpretacyjną Chucka Mangione. Gdy pojawiają się partie wibrafonu i delikatne dźwięki gitary Jarka Śmietany, kompozycja Lenza: ''Afternoon In Berlin'' rozwija się ukazując pełnię brzmienia wspaniałego big bandu. Niesłychany kunszt band leadera i trębacza dostrzegalny jest już od pierwszych minut koncertu. Na uwagę zasługują też wspaniałe partie gitary basowej Petera Inagawy oraz doskonałe, rozimprowizowane solo saksofonu altowego Ernsta -Ludwiga Petrowsky'ego ozdabiające to 10-minutowe intro koncertu.
Podczas całego zawartego na dwupłytowym wydawnictwie koncertu, mamy okazję usłyszeć też żywo i entuzjasycznie reagującą publiczność, która nagradza każdą solówkę gromkimi brawami, sprawiając iż podczas słuchania nagrań można odnieść wrażenie bezpośredniego uczestnictwa w wielkim koncercie. Materiał na płytach został doskonale zmontowany i nie pozbawiony zapowiedzi oraz często żartobliwych komentarzy Klausa Lenza. Podczas drugiej jego kompozycji w zestawie: ''A Little Tune For Eric'' mamy okazję usłyszeć piękną solówkę Jarka Śmietany przechodzącą w swobodną impresję gitarową kończącą utwór.
''Peace'' z kolei to kompozycja Horace Silvera, po którą sięgneli muzycy podczas berlińskiego koncertu.
Klaus Lenz współpracuje z wieloma wokalistami. Jednym z nich jest Hansi Klemm, który pojawia się w utworze Willie Dixona: ''I Love The Life I Live'' ozdobionym organami Hammonda i doskonałą jak zwykle gitarą Śmietany. Niezwykle żywiołowo wykonany standard przywodzi na myśl niektóre ostatnie dokonania Jarka Śmietany rozszerzające ramy powszechnie stosowane wobec muzyki nazywanej jazzem. Obdarzony głębokim ''czarnym'' głosem Klemm wykonuje w dalszej części koncertu nieśmiertelną: ''Georgię'' a w tle towarzyszy nam rewelacyjna sekcja dęta z delikatnymi, subtelnymi dźwiękami gitary i pasażami fortepianowymi. Potęga brzmienia doskonałego big bandu robi doprawdy ogromne wrażenie!
Gitara Śmietany jest bardzo znaczącym elementem brzmienia uzyskanego przez zespół Lenza; wspaniałe partie gitary słyszymy m.in. w: ''Serenade Mysterioso''.
Kolejnym ''głosem'' zaproszonym do udziału w koncercie jest współpracująca z Lenzem niemal od początku jego muzycznej kariery wokalistka Uschi Bruning, z którą Klaus Lenz pojawił się w Polsce po raz pierwszy już w 1974 roku na ''Jazz Jamboree''. Z wielką ekspresją Bruning wykonuje standard: ''Higher'', oraz: ''Blues fur L.'' wzbogacony partią saksofonu tenorowego  Konrada Kornera. To niesłychane, iż pośród muzyków byłego NRD istnieje tak wielu doskonałych wirtuozów jazzowych, o których najzwyczajniej w świecie wielu miłośników jazzu zapatrzonych w jazz (nazwijmy go): światowy, oraz zafascynowanych zjawiskiem (oczywiście doskonałego) jazzu w Polsce po prostu nie słyszało. Kolejnymi takimi postaciami wschodnio -niemieckiego jazzu są choćby: wspomniany saksofonista Ernst -Ludwig Petrowsky i trębacz Jens Winter, których partie ozdabiają kolejny nieśmiertelny temat wykonany w Berlinie: ''Night In Tunesia'' -Dizzy Gillespiego zakończony fantastyczną wręcz solówką perkusji (Conny Bauer).
Myślę iż po przemianach politycznych w Europie i otwarciu granic (zarówno w sensie dosłownym jak i stricte muzycznym) polscy miłośnicy Muzyki (w tym również jazzu) niesłusznie odrzucili niejako z kręgu swych zainteresowań muzykę z tzw. dawnego bloku socjalistycznego. Druga sprawa, iż łatwiej dziś usłyszeć (zarówno w radio jak i podczas koncertów) w Polsce wykonawców z tzw. Zachodu niż muzyków z dawnego NRD, Czechosłowacji czy Węgier. To samo dotyczy płyt, a omawiany w tym miejscu album jest żywym tego przykładem, gdyż nie trafił i zapewne już nie trafi na polskie półki sklepów muzycznych. Przed laty nagrania płytowe z NRD czy Czechosłowacji były niemalże jedynymi dostępnymi na naszym rynku fonograficznym pozycjami zza granicy. Dziś natomiast (co stanowi swoiste kuriozum); są trudniej dostępne niż światowe produkcje.
Minęła godzina, skończyła się pierwsza płyta albumu, a ja odnoszę wrażenie iż skończyła się pierwsza strona płyty winylowej i podchodzę do gramofonu by przełożyć ją na drugą stronę. Spoglądam na tytuły utworów z drugiej płyty (strony) czekających na odtworzenie, a tam mnóstwo perełek: jest ''God Bless the Child'', jest ''Spinning Wheel'', ''La Fiesta'' Corei...  Nie. Nie idę zaparzyć herbaty -włączam od razu :) .
Na początek drugiej godziny z Big Bandem Klausa Lenza -tradycyjnie wykonany: ''The Preacher'' Horace Silvera z wspaniałymi solówkami trąbki i saksofonu. Na scenę powraca U.Bruning by odśpiewać z bluesową ekspresją: ''Reverend Lee'', po niej pojawia się ponownie H.Klemm by z niebywałym swingiem zaśpiewać na tle dęciaków i cudownie ''śmietankowo plumkającej'' gitary ''Rosettę''.
Pora na jeden z największych standardów wszechczasów: ''God Bless the Child'' -Billie Holiday w zaskakującej interpretacji. W  części środkowej bowiem mamy do czynienia z niezwykle dynamicznym rytmem zespołu, a utwór okraszony jest żywiołowymi solówkami trąbek i saksofonu oraz partiami Hammondów.
Przed swoją autorską kompozycją: ''The Old New Way'' Lenz opowiada o Jarku Śmietanie, który w tym właśnie utworze błyszczy jazz rockową ekspresją. Jest to utwór zdecydowanie mogący być firmowanym jako: Jarek Śmietana & Klaus Lenz Big Band, gdyż głównymi instrumentami w tym nagraniu są właśnie ''śmietankowa'' gitara i ''lenzowa'' trąbka, a zespół pełni tu rolę czysto akompaniującą. Doskonały duet dwóch muzycznych przyjaciół, którzy wspólnie zagrali podczas swej 40-letniej (!) współpracy setki koncertów, a zarazem ''łakomy kąsek'' dla zaprzysiężonych fanów Śmietany, do których się zdecydowanie zaliczam.
''Spinning Wheel'' to utwór z repertuaru Blood Sweat & Tears ogrywany przez zespół Lenza przez wszystkie dziesięciolecia kariery. Nie mógł zabrzmieć doskonalej w tym wykonaniu! H.Klemm osiągnął wyżyny maestrii wokalnej odśpiewując tekst w pełen charyzmy i ekspresji sposób a rozimprowizowana końcówka utworu pozwoliła całemu zespołowi wyzwolić swe dźwiękowe fantazje.
''Stormy Monday Blues'' to już nagranie z klubu ''Chili'' w Wurzen. Maniera wokalno -interpretacyjna śpiewającej w tym utworze Bruning oraz stylistyka całości utworu nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia. Pojawiły się tu jednak solówki zapowiedzianych przez wokalistkę: Petrowsky'ego i Śmietany, które wybroniły ten utwór.
Słuchając całego albumu mamy wrażenie niezwykłej spójności i pod koniec programu, gdyby nie informacja że dwa ostatnie utwory zarejestrowane zostały już podczas show w Dreźnie, możnaby najzwyczajniej tego nie dostrzec.
''La Fiesta'' Chicka Corei to temat, z którym zmierzyło się już wielu jazzmanów, niezwykle rzadko jednak wychodząc z tego wyzwania zwycięsko. Doskonali instrumentaliści: Hugo Read (saksofon) i Wolfgang Fiedler (organy) oraz cały band pod dyrekcją Lenza sprawili, iż to jedna z najlepszych znanych mi interpretacji tego tematu. Przez ponad 10 minut Klaus Lenz ukazał wszelkie atrybuty tej oryginalnej i rozbudowanej kompozycji. Każdy dźwięk robi tu wrażenie dokładnie przemyślanego i dokładnie opracowanego, choć niniejsza interpretacja nie schlebia bynajmniej atrybutom oryginału. Partie klawiszy niejednokrotnie wybiegają poza ramy tego co Corea ułożył pisząc swój najsłynniejszy chyba utwór, a tak ukochana przez Lenza sekcja dęta wygrywa chwilami również nuty, których nie zapisał pierwotnie kompozytor.
Lenz przedstawia na koniec wszystkich uczestników dwugodzinnego show zapisanego na tych dwóch doskonałych płytach (m.in. ''Jarek Smietana aus Polen'' :) ), po czym zespół wykonuje tytułowy temat wydawnictwa, kompozycję Carol King: ''Hi-De-Ho'' odśpiewaną w wielkim finale przez duet Hansi Klemm & Uschi Bruning i ozdobioną solówką Śmietany. Wspaniały finał i doskonałe zakończenie albumu!
Szkoda, iż te wspaniałe płyty nie zostały rozpowszechnione w naszym kraju. Może warto czasem sięgnąć po muzykę tworzoną i nagrywaną tak przecież niedaleko?

19:11, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 BRAD TERRY feat.JAREK SMIETANA: Brad Terry Plays Gershwin /CD Medialogic/
Rhapsody In Blue (Intro); Our Love Is Here To Stay; Soon; The Man In Love; But Not For Me; It Ain't Necessarily So; I Got Rhythm; They Can't Take Got Away From Me; Someone To Watch Over Me; Love Walked In Summertime

Wspaniała fuzja dwóch wielkich postaci współczesnego jazzu w repertuarze złożonym z najwybitniejszych dokonań George'a Gershwina!
Klarnecista Brad Terry lekcje gry pobierał u samego Benny Goodmana, nic dziwnego iż po śmierci Goodmana w 1986 stał się niejako kontynuatorem jego dzieła. Hołdując tradycji Terry potrafił jednocześnie bardzo intensywnie odcisnąć własne piętno interpretując klasyków... takich choćby jak Gershwin, czego przykładem jest omawiana płyta. Oprócz gry na klarnecie, Brad Terry doskonale gwiżdże co sytuuje go w tej niekonwencjonalnej dziedzinie w pozycji niedoścignionego lidera. Artysta z gwizdu potrafił uczynić pełnoprawny środek wyrazu będący niejako równoprawnym instrumentem. Na niniejszej płycie doskonale brzmią wygwizdywane przez Terry'ego zawiłe struktury melodyczne będące improwizowanymi solówkami w takich utworach jak: ''Soon'', ''Love Walked In'' czy ''They Can't Take Got Away From Me''.
Jarek Śmietana towarzyszący Terry'emu na płycie niezwykle często przejmuje stery lidera okraszając piękne kompozycje Gershwina wspaniałymi solówkami. Jedna z nich ozdabia temat: ''The Man In Love'' czyniąc tą blisko 9-minutową interpretację znanego wszystkim motywu jednym z najpiękniejszych wykonań ostatnich lat na świecie.
Doskonałą sekcję rytmiczną tego akustycznego projektu tworzą: Andrzej Cudzich (kontrabas) i Andrzej Dąbrowski (perkusja). Skład kwartetu wyborny! Nic dziwnego, iż płytę zaliczyć można do kanonu jazzu w kategorii akustycznych kwartetów klasycznego jazzu.
Perkusja Dąbrowskiego brzmi rewelacyjnie w takich tematach jak choćby: ''But Not For Me'' czy stonowany: ''It Ain't Necessarily So'', gdzie wraz z kontrabasem Cudzicha tworzy niejako klimat całego nagrania. W drugim z wymienionych mamy też zagrane w nieosiągalny dla większości gitarzystów swiata sposób ''śmietankowe solo''. Klarnet Terry'ego i gitara Śmietany uzupełniają się doskonale w tych znanych ''od zawsze'' gershwinowskich tematach.
Skoczny i zawadiacki temat: ''I Got Rhythm'' to jedna z najczęściej wykonywanych kompozycji Gershwina a zarazem dzięki wspaniałej progresji akordów nadający się doskonale do tańca. Chciałoby się rzec iż podczas słuchania interpretacji tego utworu przez ten doskonały kwartet: ''uszy nie nadążają'' z wychwyceniem w niesłychanym tempie wykonywanych struktur melodycznych przez Śmietanę. Na domiar mamy tu wspaniale synkopujący kontrabas i zaskakujące króciutkie sola perkusyjne podczas zmian rytmicznych.
Prawdziwe wytchnienie po skocznych szaleństwach następuje podczas: ''They Can't Take Got Away From Me'', wykonanego w sposób może zbyt podręcznikowy i niczym nie zaskakujący (poza wyłamującym się wszelkim klasyfikacjom gwizdowi klarnecisty), jednakże ukazujący w pełnej krasie wirtuozerię zarówno Terry'ego jak i Śmietany tym razem ściśle zawartą w ramach określonej struktury kompozycji.  
Niezwykłym nawiązaniem do klasycznych rozwiązań partii klarnetu spod znaku B.Goodmana jest zastosowanie melodyki w ''Someone To Watch Over Me''. Tu klarnet Terry'ego najbardziej chyba kojarzy się z dokonaniami jego nauczyciela.
W ''Love Walked In'' największą ozdobą jest ponownie gwizdane solo, przy wtórze szczoteczek perkusji i ''wędrujących'' akordów kontrabasu.
Czy można wyobrazić sobie piękniejsze zakończenie gershwinowskiej płyty nagranej przez tak znamienity kwartet niż ''Summertime''? Choć temat ten można znaleźć na różnych płytach Jarka Śmietany jakie ukazały się na przestrzeni wielu lat, za każdym razem mamy do czynienia z jedyną w swoim rodzaju oryginalną i niepowtarzalną interpretacją. Tak jest i na tej płycie; tu każdy z instrumentów gra w sposób przypisany indywidualnie temperamentowi każdego z doskonałych instrumentalistów ukazując niezwykłą harmonię i symbiozę kwartetu.
Doskonała, klasyczna płyta.

czwartek, 13 października 2011


 MEAGRE QUARTET: Mushroom Mousse /2011 (2009)/
Newiusz; Spawarka; bez tytułu; Polniak; Untitled; Siwy; Freak of Nature; Berimbao

Kwartet powołany został do życia w 2008 roku przez  nastolatków: grającego na trąbce: Łukasza Wojtowicza oraz perkusistę: Szymona Gąsiorka. Skład uzupełnili gitarzyści:
Bartosz Krzywulski (gitara, a później bas) oraz Sebastian Goliński. Założeniem zespołu jest granie szeroko pojętej muzyki jazzowej, a dzięki zetknięciu się czterech różnych osobowości ukierunkowanych przed sformowaniem zespołu również w stronę rocka czy nawet heavy metalu, doszło do fuzji dzięki której echa różnych fascynacji stworzyły oryginalne brzmienie. W muzyce Meagre Quartet dostrzec można zarówno echa klasyków jazzu, jak i reprezentantów awangardy, a wszystko to przyprawione jest ''sosem'', w skład którego wchodzą riffy gitarowe czy rockowa wręcz sekcja rytmiczna.
Grupa ma na swym koncie wiele koncertów w takich m.in. miejscach jak ''Blue Note'' w Poznaniu czy ''Rotunda'' w Krakowie. Jest finalistą Międzynarodowego Konkursu Młodych Zespołów Jazzowych ''Jazz Juniors'' w 2008 roku, oraz zdobywcą III nagrody w roku 2010.
''Newiusz'' otwierający debiutancki album Meagre Quartet to bardzo mocny akcent płyty odwołujący się do dokonań współczesnego mainstreamu ''z najwyższej półki''. Zastosowanie klasycznego instrumentarium zespołu (trąbka, gitara, bas, perkusja) z pominięciem instrumentów klawiszowych sprawia, iż bardzo ważnym instrumentem obok wiodącej prym trąbki Łukasza Wojtowicza jest gitara, na której Sebastian Goliński nawiązuje swą wirtuozerią i potraktowaniem instrumentu do największych wirtuozów gatunku jak: George Benson, John Scofield czy Jarek Smietana. W ''Newiuszu'' mamy wspaniałą solówkę Sebastiana popartą doskonałą mantryczną linią basu (Bartosz Krzywulski) i niepokojącym rytmem perkusji Szymona Gąsiorka. Trąbka w ''Newiuszu'' brzmi doskonale wygrywając główny motyw kompozycji choć nie wędrując w tej części płyty w sfery improwizacji.
''Spawarka'' opiera się na głośnym motywie trąbki i akordach gitary kojarzącej się tym razem dzięki brzmieniu z dokonaniami takich wirtuozów instrumentu jak Raphael Rogiński, czyli brzmi twardo i rytmicznie.
Ciekawostką na płycie wydaje mi się natomiast trzeci utwór oznaczony w spisie tytułów rysunkiem grzybka, ochoczo zaśpiewany przy akompaniamencie dzwoneczków przez cały kwartet, w części głównej  przeistaczający się w niezwykle drapieżny, pulsujący transowym rytmem kawałek z niezwykłymi improwizacjami L.Wojtowicza (trąbka) i partią solową basu. To prawdziwe ''mocne uderzenie'' z niemal rockową siłą, w którym pobrzmiewa zarówno duch muzyki alternatywnej jak i... punk rocka.
Klimat jazz rocka jeszcze bardziej dostrzegalny jest w kolejnym na płycie nagraniu: ''Polniak'' zbudowanym na basowym riffie gitarowym i będącym niesłychanym wręcz popisem wirtuozerskim każdego z instrumentalistów.
Nie wiem czy bardziej odpowiada mi tradycyjny klimat takich kompozycji wchodzących w skład programu albumu jak: ''Newiusz'', czy też rockowe oblicze jazzu ukazane w ''Polniaku''. To pierwsze oblicze zespołu jest doskonałym przykładem współczesnego mainstreamu osadzające grupę w gronie bardzo młodych grup ''tradycyjnych'' w gronie takich choćby zespołów jak Marcin Fic Quintet z Wrocławia. Drugie natomiast, ukazujące rockowy pazur umieściłbym w nurcie nazywanym przeze mnie: ''młodzi gniewni polskiego jazzu'' , do którego zaliczam choćby (również debiutującą fonograficznie w tym roku) poznańską grupę Tfaruk Love Communication. W obu jednak nurtach stylistycznych młodzi muzycy z Meagre Quartet ukazują się nam jako obdarzeni niezwykłą fantazją popartą niecodzienną wrażliwością ludzie, czerpiący wielką frajdę z wspólnego tworzenia -po prostu słychać tą ''chemię'' w nagraniach!
''Siwy'' to pierwsza kompozycja zespołu jaka zrodziła się w roku 2008 w głowach piętnastoletniego(!) wówczas trębacza i czternastoletniego (!) perkusisty. To taka perełka na płycie, która mogłaby posłużyć za wizytówkę zespołu po tytułem: ''posłuchajcie co potrafimy''.  Jest to niezwykły popis wirtuozerski każdego z muzyków oparty jednak na głównym temacie. ''Untitled'' i ''Siwy'' to najbardziej free jazzowe fragmenty albumu i jak się okazuje: Meagre Quartet nie bez powodu pozwolił sobie podczas tych kilkunastu (!) minut na odległe od melodyjności rejony muzyki improwizowanej, gdyż i w tej dziedzinie młodzi wirtozi czują się pewnie. Ogromne wrażenie robi zastosowanie iście rockowego brzmienia gitary w finale utworu. Tu naprawdę dzieje się bardzo wiele!
Końcówkę płyty wypełniają klimaty etniczne: ''Freak of Nature'' ozdobiony dźwiękami różnych perkusjonalii, oraz transowy utwór nagrany przy użyciu jednostrunowego instrumentu pochodzenia afrykańskiego o nazwie: berimbao. W wielkim finale pojawia się zaskakująco brzmiąca gitara nawiązująca brzmieniem i melodyką do ...Joy Division!
To niezwykłe zakończenie tej niezwykłej płyty i zarazem jednego z najwspanialszych i zaskakujących debiutów jazzowych tego roku. Zaskakujących, gdyż wiek muzyków wchodzących w skład Meagre Quartet nijak ma się wobec posiadanych przez nich warunków wirtuozersko -kompozycyjnych i ogromnej fantazji, o którą w muzyce jazzowej ostatnio tak trudno.
Doprawdy napawa optymizmem fakt, iż w czasach zaniku jakichkolwiek wartości artystycznych na rzecz tandety i komercji, możemy cieszyć się czymś w rodzaju ''nowej fali młodych gniewnych polskiego jazzu'', do której niewątpliwie zaliczam Meagre Quartet.
Polish jazz not dead

12:31, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

CD 1: So What; Some Day My Prince Will Come; I Thought About You; Teo; Concierto de Aranjuez (Adagio); Will O' The Wisp; The Pan Piper; Pfrancing; Blue In Green; Drad Dog
CD 2: Summertime; All Blues; Stella By Starlight; Fran Dance; My Man's Gone Now; It Ain't Necessarily So; Sid's Ahead; Two Bass Hit; Milestones; On Green Dolphin Street
CD 3: Love For Sale; The Duke; My Ship; Dear Old Stockholm; Tadd's Delight; The Theme; Ah-Leu-Cha; Buzzard Song; Bess, You Is My Woman Now; Straight, No Chaser

 KOMBI: 10 Years. The Best Of Kombi Live /LP 1986/, /CD 2005 (1986)/
Wspomnienia z pleneru; Taniec w słońcu; Królowie życia; Przytul mnie; Wal -Deck;
Kochać cię -za późno; Nasze rendez -vous; Black And White; Słodkiego miłego życia

Mam bardzo osobiste wspomnienia związane z koncertem, którego fragmenty wypełniają ten album. Latem 1986 roku przebywałem na wakacjach w Trójmieście w towarzystwie osoby wówczas mi bliskiej i tak szczęśliwie złożyło się, iż 3 sierpnia w Operze Leśnej w Sopocie 10-lecie istnienia obchodził jeden z najpopularniejszych wtedy zespołów. Gdzieś przepadł mi bilet z tego koncertu, który przechowywałem dobrych kilka lat, gdyż jak zapowiedziano podczas imprezy, uprawniać miał do wstępu na kolejny rocznicowy występ grupy za kolejne 10 lat. Jak wiadomo, w roku 1996 zespół Kombi już nie istniał, a późniejsza reaktywacja grupy bez Sławomira Łosowskiego a wkrótce też i bez perkusisty Jana Pluty, pod łudząco podobną nazwą rzuciła cień na wiarygodność pozostałych w zespole samozwańczych liderów: Grzegorza Skawińskiego i Waldemara Tkaczyka.
W żadnym wypadku nie akceptuję tego co wyczyniają dziś Panowie Skawiński i Tkaczyk pod szyldem brzmiącym niemal identycznie jak nazwa prowadzonego kiedyś przez Sławomira Łosowskiego zespołu, w którego składzie mieli zaszczyt się znaleźć. Nie zmienia to jednak faktu, iż dokonania zespołu Kombi darzyłem wielką sympatią przed laty jako nastolatek, a dziś z perspektywy czasu nadal uważam to co zespół S.Łosowskiego zrobił dla polskiej muzyki rozrywkowej za ważne i znaczące. Muzyka grupy stanowiła bowiem coś w rodzaju pomostu między melodyjną muzyką pop (a nawet disco), a rockiem. Nie mając wówczas nic wspólnego z tandetną i banalną muzyką ''dla mas'' zespół potrafił do tych ''mas'' dotrzeć w sposób inteligentny, przekazując oprócz chwytliwej melodii i wpadającego w ucho refrenu, również wartości ambitniejsze i bardziej wartościowe w dziedzinie melodyki, aranżacji, teksów...
Szkoda iż grupa istniała tak krótko, ale dobrze iż pozostało po niej kilka płyt, po które chętnie od czasu do czasu sięgam.
Po kompaktową edycję jedynej płyty koncertowej Kombi, którą miałem dotąd w kolekcji tylko w wersji analogowej, sięgnąłem dokładnie w dwudziestąpiątą rocznicę jej nagrania
Zawsze bardzo podobał mi się jeden z pierwszych utworów zespołu: ''Wspomnienia z pleneru'', który pierwotnie ukazał sie na singlu. Ta piękna kompozycja Sławomira Łosowskiego otwierała pamiętny koncert i otwiera płytę, uświadamiając nas jednocześnie w bardzo dobitny sposób, iż słuchamy płyty zespołu już niestety nieistniejącego. Jakże piękne utwory pisał Łosowki!
''Taniec w słońcu'' jest kolejnym dowodem niezwykłych możliwości kompozytorskich Łosowskiego i łatwości tworzenia urokliwych i chwytliwych, lecz jednocześnie nie mających nic wspólnego z kiczem melodii, oraz oprawienia ich barwami instrumentów klawiszowych. Co ciekawe, S.Łosowski będąc wirtuozem elektronicznych instrumentów klawiszowych, potrafił tak zaaranżować własne kompozycje aby zostawić dość dużo miejsca na partie gitary, basu i przede wszystkim ''żywą'' perkusję.
''Królowie życia'' to niejako jeden z ''hymnów'' zespołu okupujący swego czasu pierwsze miejsca krajowych list przebojów i grany chętnie podczas wielu dyskotek w latach 80-tych.
Uwagę zwraca instrumentalna wersja ''Przytul mnie'', która w koncertowej wersji zyskuje na sile dzięki zaakcentowanej linii basu Waldemara Tkaczyka i synkopowanej perkusji (Jan Pluta) czyniąc ten utwór jeszcze bardziej funkowym niż w pierwotnej wersji.
Pierwszą stronę płyty gramofonowej zawsze uważałem za bardziej ambitnijeszą i dziś słuchając tego zestawu nagrań na CD nie potrafię wyzwolić się z tego podziału. Tą pierwszą część płyty kończy doskonała improwizacja ''Wal -Deck'' zagrana tylko przez sekcję rytmiczną (Tkaczyk -Pluta). Niesłychane, że po tylu latach brzmi to naprawdę świeżo i robi wrażenie obcowania z naprawdę wielkimi muzykami.
Druga strona, a w przypadku CD traktowana przeze mnie jako druga część płyty to zestaw czterech wielkich przebojów zespołu, których słucha się nadal z wielką przyjemnością. Zawsze lubiłem: ''Kochać cię -za późno'' i ''Black And White'', a nie przepadałem za: ''Nasze rendez -vous'' i ''Słodkiego miłego życia''. Konfrontując po latach swoje typy, stwierdzam iż moje gusta w międzyczasie nie ewoluowały w stronę muzyki z okolic... hmm... biesiadnej, dlatego nadal nie mam ochoty nucić refrenu ostatniego z tytułów. Natomiast nadal podobają mi się efekty brzmieniowe zastosowane w ''Black And White'' oraz pulsujący rytm tego utworu. 
Oryginalna edycja winylowa płyty wydana została przez Wifon w 1986 roku w okładce, na której odwrocie znalazło się pięć fotografii z koncertu. Na skromnie wydanej w 2005 roku przez Polskie Radio edycji kompaktowej, zdjęcia pominięto -szkoda.
Płyta jest jedyną pozycją koncertową w dyskografii zespołu, a więc jedynym ogólnie dostępnym fonograficznym zapisem ukazującym zespół na scenie.

Tagi: k rock blues
12:29, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 października 2011
 AMADOU & MARIAM: Welcome To Mali /CD Because 2008/
Sabali; Ce n'est pas bon; Magossa; Djama; Djuru; Je te kiffe; Masiteladi; Africa; Compagnon de la vie; Unissons -nous; Bozos; I follow you (nia na fin); Welcome To Mali; Batomał Sekebe

Pięknie wydana w digipacku umieszczonym w etui z załączonym plakatem w środku płyta ''Welcome To Mali'' posłużyła niejako za wizytówkę Amadou & Mariam przed  koncertem w Polsce, choć jest to już siódma płyta w dorobku zespołu.
Duet dwojga niewidomych muzyków z afrykańskiego Mali (Mariam Doumba i Amadou Bagayoko) odkrył dla świata Manu Chao. On też podjął się produkcji płyty ''Dimanche r Damako'' (2005), która okazała się wielkim sukcesem: w kilka tygodni dotarła do 2 miejsca francuskiej listy bestsellerów a zespół zdobył najbardziej prestiżowe wyróżnienie : Najlepszy Wykonawca World Music przyznawany we Francji (Les Victoires de la Musique). Amadou & Mariam otwierali też mistrzostwa świata w piłce nożnej w Afryce koncertem dla ponad 60 tys. widzów, wystąpili w 2006 roku na festiwalu Opener a w roku 2011 zostali zaproszeni na ''Galę Ery Jazzu'' do Warszawy.
Płytę rozpoczyna przesycony elektronicznymi brzmieniami utwór: ''Sabali'', który idealnie wpasowuje się swoim klimatem w kanon nowoczesnej muzyki dyskotekowej i brzmień spod znaku electro pop. Chociaż jedynym elementem etnicznym jest chyba tylko język, w jakim dociera do nas przetworzony elektronicznie wokal -to bardzo przyjemne nagranie i potencjalny przebój z płyty a zarazem jedno z kilku zamieszczonych na płycie nagran wyprodukowanych przy współudziale Damona Albarna odpowiedzialnego za brzmienie takich wykonawców jak Blur czy Gorillaz.
''Ce n'est pas bon'' to wykonywany w języku francuskim utwór, jednoznacznie jednak nawiązujący brzmieniem, linią melodyczną oraz rozwiązaniami aranżacyjnymi do muzyki afrykańskiej. Elektronika, która zdominowała tą płytę nie razi, choć niejednokrotnie chciałoby się usłyszeć więcej autentycznych instrumentów z Mali w ich czystym nie przetworzonym elektronicznie brzmieniu.
''Magossa'' to właśnie nagranie, w którym można dostrzec chyba najwięcej egzotycznych instrumentów, oraz cieszyć się melodyką jednoznacznie wywołującą skojarzenia z egzotyczną Afryką; ciekawe, bogate instrumentarium na tle którego egzotyczne linie melodyczne wyśpiewuje w niezrozumiałym dla mnie języku Mariam Doumbia.
''Djama'' rozpoczyna i kończy się szumem płyty winylowej. Jest to ukłon zespołu w stronę muzyki reggae, przesycony charakterystycznym rytmem i zawierający w sobie te tak charakterystyczne wibracje i dubowany rytm.
Gitarowe riffy, głebokie uderzenia instrumentów perkusyjnych i przede wszystkim dźwięki afrykańskiej 21-strunowej harfy zwanej kora to ozdoba ''Djuru''.
Kolejny śpiewany po francusku przez Amadou Bagayoko przygrywającego sobie na elektrycznej gitarze utwór to: ''Je te kiffe'' z ciekawie zaaranżowanymi chórkami w tle.
Na szczególną uwagę zasługuje też balladowy ''Bozos'' śpiewany ponownie przez Amadou, w którym uwagę przykuwa jednak brzmienie afrykańskich skrzypiec: suku i ciekawe rytmy instrumentu perkusyjnego: djembe.
Sekcja smyczkowa doskonale uzupełnia wykonywany w języku angielskim: ''I follow yuo (nia na fin)'', w którym ciekawie brzmi też fortepian i tamburyn. To zarazem najmniej egzotycznie brzmiące nagranie, mieszczące się w kategorii ambitnej odmiany muzyki pop.
Tytułowe ''Welcome To Mali'' posłużyć może za wizytówkę zespołu; jest bowiem esencją tego co znajduje się na całej płycie a jednocześnie kolejnym niezwykle przebojowym utworem z repertuaru Amadou & Mariam. Ciekawa, bogata aranżacja, egzotycznie brzmiące efekty elektroniczne i afrykańska linia melodyczna nawiązaująca do plemiennych śpiewów Malijczyków.
''Sekebe'' to z kolei pięknie roztańczony i rozśpiewany do granic możliwości, radosny utwór podczas którego słuchania ''ulegną'' chyba wszyscy, którzy potrafili obojętnie słuchać wszystkich dotychczasowych nagrań z płyty. Witalność, rozbudowane brzmienie, zastosowanie vocodera w nagraniu, czyni je doskonałym zakończeniem płyty.
Po przerwie umieszczono na krążku jeszcze bonusowe nagranie.
Muzyka Amadou & Mariam to mieszanka tzw afro beatu z brzmieniami elektronicznymi; bardzo barwna i kolorowa jak i zdjęcia zespołu. Dzięki gitarze, na której gra Amadou, kilkakrotnie przypomnialem sobie dokonania Eddy Granta, który pamiętam iż przed laty tworzył również coś co przybliżało światu egzotyczną muzykę w sposób przystępny i ...przebojowy.

Tagi: a Pop
02:17, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 The JOHN SCOFIELD Quartet: Meant To Be /CD 1991 Blue Note/
Big Fan; Keep Me In Mind; Go Blow; Chariots; The Guinness Spot; Mr.Coleman To You; Eisenhower; Meant To Be; Some Nerve; Lost In Space; French Flics

Poczynania muzyczne Johna Scofielda przypominają mi pod względem wachlarza wszechstronnych dokonań: Naszego Jarka Śmietanę. Nie myślę jednak o stylistyce, bowiem obaj Panowie będący jednymi z najlepszych gitarzystów na świecie reprezentują zgoła odmienne stylistycznie i technicznie bieguny w dziedzinie jazzowej muzyki gitarowej. Jednak zarówno każda kolejna płyta jednego jak i drugiego z Muzyków przedstawia zupełnie inne projekty i doprawdy niewielu jest obecnie gitarzystów jazzowych, obdarzonych tak ogromną charyzmą, potrafiącą kazdorazowo zaskakiwać.
Zarówno Scofield jak i Śmietana zaskakują różnorodnością swoich kolejnych projektów i darem pozyskiwania do nagrań największych gigantów jazzu.
Przede mną płyta Scofielda nagrana w kwartecie, w którym drugą wielką gwiazdą jest legendarny saksofonista i klarnecista: Joe Lovano, a wyśmienitą sekcję rytmiczną tworzą: Marc Johnson (bas) i Bill Stewart (perkusja): ''Meant To Be'', wydana w 1991 roku przez kultową wytwórnię Blue Note.
W zasadzie płytę możnaby uznać za album jaki powinien ukazać się pod szyldem Scofield-Lovano Quartet, bowiem wkład Joe Lovano w nagrania zawarte na krążku jest ogromny. Niejednokrotnie gitara Scofielda zaledwie akompaniuje tylko saksofonowi, a takie utwory jak choćby: ''Chariots'' oparte są wręcz w swej konstrukcji na partii saksofonu. Nie jest to wadą tej płyty. Skądże! Jest to jednak płyta konstrukcyjnie ułożona pod saksofon, co jest kolejnym dowodem wszechstronności poczynań Scofielda i klasycznym przykładem jednego z jego kameleonowych oblicz.
Atrybutem albumu jest fakt, iż jest to płyta w pełni akustyczna, pozbawiona jakichkolwiek elektronicznych ''wkrętów'' czy automatów, które choć programowane przez muzyków -pozostają automatami. Pięknie brzmi kontrabas i niezwykle akustycznie brzmiąca perkusja, a takie chwile jak impresja saksofonu kończąca ''The Guiness Spot'' -to jedne z najwspanialszych momentów płyty.
Uwagę zwraca pokaz niezwykłej wirtuozerii lidera na tle ''pląsającej'' perkusji i ''spacerującego'' kontrabasu w dedykowanym Ornette Colemanowi: ''Mr.Coleman To You''. ''Dedykowanemu'' (choć nie ma w książeczce płyty jednoznacznej o tym informacji) poprzez całą konstrukcję i budowę kompozycji oraz sposób gry Lovano. To również jeden z przykładów ukazujący, iż to płyta... saksofonowa.
Żywiołowo i skocznie brzmią poparte doskonałymi partiami sekcji rytmicznej: ''Eisenhower'' i ''Some Nerve''. Zarówno w jednym jak i drugim utworze gitara i saksofon prowadzą może nie tyle dialogi... lecz wzajemnie się zastępują na pierwszym planie, a w finale grają wręcz duet melodyczny. W pierwszym z nich pojawia się na płycie po raz pierwszy możliwość wysłuchania solówek: M.Johnsona (kontrabas) i B.Stewarta (perkusja).  
Dwa wyżej wymienione utwory przepełnione dynamiką, przedziela piękna tytułowa impresja: ''Meant To Be''. Dyskretne szczoteczki, delikatny kontrabas, a na planie pierwszym: gitara w części pierwszej, saksofon w drugiej.
Uwagę zwraca też szczególna, luźna budowa kompozycji: ''Lost In Space'', a ''French Flics'' kończąca płytę po raz kolejny ukazuje nam doskonałość tego projektu; Lovano gra tym razem na klarnecie, pojawia się cudna solówka kontrabasu, perkusja ''szumi'' w tle doskonale, a Sco pogrywa oszczędnie i ze smakiem.
Niezwykłym jest fakt, iż muzycy tej klasy mimo różnorodności swych dokonań potrafią w sposobie gry tak wyraźnie odcisnąć własną indywidualność. Dzięki temu bez względu na to czy słuchamy utworu nagranego przez Scofielda pochodzącego z repertuaru Raya Charlesa, Beatlesów czy nagrania będącego hołdem dla Colemana (z całymi tymi zawiłościami melodycznymi) -Gitarzysta rozpoznawalny jest już od pierwszych dźwięków. Po prostu: cokolwiek i jakkolwiek zagrałby Scofield -będzie brzmieć zawsze jak Scofield, bez względu na to czy mamy do czynienia z płytą akustyczną, czy ''napakowaną'' elektroniką bądź nagraną z dużym bandem. Jedyną rzeczą, jaka może zagrozić Wielkim Gitarzystom i niejako zniszczyć ich indywidualność w nagraniach jest nadużywanie syntezatora gitarowego. Cieszę się, iż John Scofield ma już za sobą etap fascynacji elektronicznymi przetwornikami deformującymi brzmienie gitary elektrycznej i nie ''ugrzązł'' w tych ''zabawkach'' na dłużej jak Pat Metheny czy John McLaughlin, którzy moim skromnym zdaniem... hmm... troszeczkę przesadzili.
Oczywiście: ''Meant To Be'' jest jedną z wielu płyt Johna Scofielda, lecz jest płytą którą po prostu znać wypada. Tym bardziej, iż jest to zarazem jedna z najlepszych płyt... Joe Lovano.

Tagi: jazz s
02:10, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 września 2011

 SUPER DUO: Gitarolo /2011 CD/DVD, Polskie Radio SA/
CD: Latające gwiazdy; Gipsowy król; Farruca; Menuet dla Ewy; Senna anakonda; Rumba h-moll; Tarantos Ali baby; Leblon
DVD: Latające gwiazdy; Senna anakonda; Menuet dla Ewy; Farruca; Leblon

''Gitarolo'' to pierwsza płyta Super Duo wydana po 17-latach milczenia! Osobiście straciłem już nadzieję na reaktywację duetu po tak długim czasie nieobecności na rynku fonograficznym. Tymczasem jest! Całkiem nowa, kompaktowa :) .
Duet: Piotr Soszyński i Przemysław Hałuszczak dokooptował do składu trzeciego muzyka: gitarzystę, wokalistę i aranżera: Grzegorza Kopalę, stając się tym samym... triem. To właśnie G.Kopala odpowiedzialny jest za dzisiejsze, nowe brzmienie Super Duo ozdobione elektronicznymi efektami i wokalizami nawiązującymi do nurtu tzw. ''world music''. Dzięki takim właśnie zabiegom, dzisiejsze produkcje zespołu wydają się być bardziej przystępne a nowe utwory tętnią komunikatywnością w stosunku do obecnej muzycznej rzeczywistości. Co ciekawe; Super Duo rozbudowując swoje brzmienie w obecnym wcieleniu ''udostępniło'' niejako swoje propozycje szerszemu gronu odbiorcow zachowując tym samym swe dotychczasowe atrybuty. Nadal jest to muzyka mogąca zachwycić wielbicieli brzmień spod znaku legendarnej płyty: ''Friday Night In San Francisco'' (McLaughlin- DeLucia -DiMeola), okraszona wieloma zawiłymi partiami gitar i nawiązująca do klimatów flamenco, lecz jednocześnie nawiązuje poprzez elektronikę i częstokroć chwytliwe linie melodyczne do muzyki pop, nadającej się do ''korzystania'' z niej czysto użytkowego. Sztuka pogodzenia ambitniejszych kompozycji z niezwykłą przystępnoscią dla ''mas'' rzadko kiedy udaje się dziś muzykom. Album ''Gitarolo'' błyszczy bogactwem brzmieniowym i wręcz przebojowością takich kompozycji jak choćby: ''Latające gwiazdy'', ''Senna anakonda'' czy ''Leblon'', a jednocześnie potrafi przenieść nas w klimat kameralny i pozwolić zasłuchac się uważnie w takie utwory jak np.: ''Menuet dla Ewy''.
''Latające gwiazdy'' to rytm flamenco, a zastosowanie elektronicznego podkładu i podkreślenie dynamiki poprzez efekty perkusyjne sprawia, iż niezwykłych popisów gitarowych Soszyńskiego i Hałuszczaka słucha się w trakcie tego przebojowego nagrania doskonale. Ozdobą jest też etniczna wokaliza G.Kopali.
''Gipsowy król'' nawiązuje do tego co tak poruszało nas na dawnych płytach zespołu z lat 80-tych, a ponieważ brzmi to dzięki zastosowaniu efektów brzmieniowo -rytmicznych bardzo nowocześnie; utwór jest właśnie takim typowym ''pomostem'' dla wielbicieli zespołu sprzed lat a młodszymi słuchaczami.
''Farruca'' to z kolei bardzo klasycznie i kameralnie brzmiący utwór przywołujący skojarzenia z dokonaniami Johna Williamsa. Nagranie ozdobione jest dyskretną i delikatną wokalizą, będącą ukojeniem pomiędzy wygrywanymi pasażami gitarzystów.
Czując niezwykłego ducha flamenco w takich utworach jak ''Menuet dla Ewy'' trudno uwierzyć, iż słuchamy muzyków z Polski. Ten ''duch'' od zawsze towarzyszył dokonaniom Super Duo, a możliwości gitarzystów tworzących dzisiejsze wcielenie zespołu wydają się być nieograniczone. Doskonałe popisy wirtuozerskie to nie wszystko czym raczą nas podczas słuchania tego krążka Panowie Hałuszczak, Soszyński i Kopala -w tej muzyce po prostu czuć duszę!
''Senna anakonda'' to kolejne po otwierających album ''Latających gwiazdach'' niezwykle ''przebojowe'' (w dobrym tego słowa znaczeniu) nagranie utrzymane w duchu dokonań formacji Sky  stworzonej przed laty przez wspomnianego już wcześniej J.Williamsa. Mamy tu dźwięki perkusji i inne efekty elektroniczne a wokalizy zrealizowane pod koniec utworu w formie wielogłosów potęgują wrażenie głębi brzmieniowej.
Bardzo nowoczesna produkcja płyty jest dowodem na to, iż muzyka grana na gitarach klasycznych niekoniecznie musi kojarzyć się z brzmieniem w rodzaju ''unplugged'', ale może być też po prostu: cieszącymi nas pełnią brzmień i barw nagraniami. Takimi choćby jak: ''Rumba h-moll'' zakończona niezwykłym wręcz dialogiem dwóch gitar brzmiących z dwóch róznych kanałów.
Ukłonem w stronę nieżyjącego od 1997 roku Cezarego Krajewskiego, który wraz z P.Soszyńskim założył zespół w 1984 roku jest zamieszczenie na płycie jego wspólnej z P.Hałuszczakiem kompozycji: ''Tarantos Ali baby''. Utwór tętni niepokojącym rytmem a mi przed oczyma migają klatki z filmów Pedro Almodovara, których poza oglądaniem również bardzo uważnie słucham :) . W środkowej części tego bardzo rozbudowanego utworu trwającego blisko 8 minut: ukojenie -piękna impresja na jedną gitarę zagrana przez P.Hałuszczaka -jednego z najlepszych w Polsce gitarzystów flamenco i latino. ''Tarantos...'' to niewątpliwa perełka na ''Gitarolo''.
Na zakończenie jeszcze jeden ''przebój''. ''Leblon'' to jedyna zamieszczona na płycie kompozycja G.Kopali -wokalizy, sola gitarowe, pulsujący rytm i wpadająca w ucho linia melodyczna.
Zarówno te bardziej rozbudowane  (by nie napisać: bardziej ambitne) utwory znajdujące się na płycie jak i te melodyjne są dowodem na to, iż słusznie Panowie Soszyńki i Hałuszczak zdecydowali się po tak długim okresie milczenia przypomnieć o swoim istnieniu nowym albumem. Możemy jedynie życzyć sobie aby Super Duo z większą częstotliwością odwiedzali studia nagraniowe gdyż jak dotąd w ciągu 27 lat ukazało się zaledwie pięć płyt zespołu.
Dwupłytowe wydawnictwo zawiera płytę CD oraz półgodzinny dysk DVD, na którym umieszczono pięć ciekawie zrealizowanych klipów do utworów z płyty połączone w film, w trakcie którego pojawiają się migawki z prób zespołu, oraz wypowiedzi na temat Super Duo m.in. Krzesimira Dębskiego, Zbigniewa Górnego czy Grzegorza Tomczaka.

Tagi: s
02:39, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 września 2011

 The GLOBETROTTERS: Stop Don't Talk (2009 Soliton)


Stop Don't Talk; Dancing Sandra; Woopi Outro The Way You Make Me Feel; Mercy, Mercy, Mercy; Original Rays; Basara; Done My Time; Amazing Grace; Ariadna's Garden Outro; Sopot 5.00 a.m.

To już czwarta płyta The Globetrotters jaka ukazała się w sprzedaży. Zespół Bernarda Maseli konsekwentnie ''robi swoje'' będąc na polskiej scenie pewnego rodzaju fenomenem, który od kilkunastu już lat będąc niezwykle ciekawym i oryginalnym projektem nie dąży do zdobycia większego rozgłosu i popularności. Maseli jest muzykiem niezwykle wszechstronnym, biorącym udział w rozmaitych projektach innych artystów (jak choćby The Colors Krzysztofa Ścierańskiego) a Kuba Badach na codzień jest wokalistą swojej grupy Poluzjanci. Także dla Jerzego Główczewskiego nazywanego ''jedynym prawdziwym jazzmanem w grupie'' oraz indonezyjczyka Nippy Noya: The Globetrotters jest po prostu jednym z wielu projektów, w jakie są zaangażowani.
Otwierający płytę utwór tytułowy nawiązuje do klimatów znanych nam choćby z płyt Ala Jarreau; funkujący utwór utrzymany raczej w umiarkowanym tempie okraszony jest wokalem K.Badacha przetworzonym w sposób wywołujący złudzenie wielogłosów i często nałożonymi na siebie różnymi wokalizami.
''Dancing Sandra'' to jeden z niewielu (niestety) momentów kiedy możemy cieszyć się naturalnym brzmieniem wibrafonu, nie udającego instrumentów klawiszowych. Tutaj też niezwykle ważne są instrumenty dętę (oczywiście: J.Główczewski, ale także gościnnie w tym jednym nagraniu: Bronisław Duży -trąbka), oraz kontrabas (Andrzej Święs). To jeden z moich ulubionych fragmentów płyty. Wspaniałe dialogi dęciaków, w tle kontrabas i wspaniały ''prawdziwy'' wibrafon. Utwór odwołuje się do najwspanialszych tradycji jazzowych będąc zarazem doskonałym nawiązaniem do dzisiejszego mainstreamu.
Świetnie brzmi saksofon w ''galopującym'' ''Woopi'' -tu brzmienie elektronicznych syntezatorów, z których ochoczo i bez ograniczeń korzysta Maseli może wywoływać skojarzenia z ostatnimi eksperymentami brzmieniowymi Joe Zawinula. Pomysłowo utwór przechodzi płynnie w temat znany nam z repertuaru... Michaela Jacksona: ''The Way You Make Me Feel'', który w sposób jakiego nie powstydziłby się sam Bobby McFerrin wyśpiewuje Kuba Badach.
Popisem niespotykanych możliwosci wokalnych Badacha jest też: ''Mercy, Mercy, Mercy'' wspomnianego J.Zawinula, w którym jednak uważam, iż troszkę przesadzono z ogromem elektroniki ''wpakowanej'' w nagranie. Na szczęście pojawia się wyśmienity (jak zawsze) saksofon Główczewskiego ''ratujący'' całość.
''Original Rays'' rozpoczyna Maseli brzmieniami jakie zdominować miały późniejszą jego płytę: ''The Colors'' (2010). Podczas słuchania tego utworu szczerze zatęskniłem za ''żywą'' perkusją, która mogłaby zabrzmieć doskonale i zupełnie niezależnie od perkusjonaliów. Na szczęście w utworze (po raz drugi na płycie) pojawia się kontrabas goscinnie grającego w trzech spośród dziesięciu utworów wypełniających: ''Stop Don't Talk'': A.Święsa. Skojarzenia? Na pewno Weather Report! The Globetrotters czerpią z doświadczeń Największych potrafiąc jednocześnie przekazać coś własnego i oryginalnego.
Cudownie brzmi klimatyczna ballada: ''Basara''. Piękna i wdzięczna melodia, czysto i prawdziwie brzmiący wibrafon a do tego bogate instrumentarium, bowiem oprócz podstawowego składu mamy tu: gitarę basową (Tomasz Grabowy), klarnet basowy (Piotr Toruński), obój (Katarzyna Zdyb), plus: kwartet smyczkowy! Pojawiają się tutaj też etniczne klimaty poruszające wyobraźnię. Prawdziwa perełeczka, a zarazem nagranie, które wybrałem dla siebie jako bis po przesłuchaniu całej płyty.
W ''Done My Time'' ''kaczkująca'' gitara ozdabia jedyny utwór z albumu mogący zostać nazwanym: piosenką, bowiem posiadający tekst -w sensie zwrotek i refrenu. Jest tu zarówno solo saksofonu jak i rockowo brzmiacej gitary. Nagranie stanowi swego rodzaju odskocznię od klimatów wypełniających resztę albumu.
Niezwykle oryginalna i bardzo etniczna interpretacja ''Amazing Grace'' jest prawdziwym zaskoczeniem a zarazem doskonałym przykładem ogromnej fantazji i wyobraźni muzyków tworzących zjawisko: The Globetrotters. Czy można zrobić coś odkrywczego z ''Amazing Grace''? Okazuje się że tak, co więcej: można przenieść nas słuchaczy w odległe zakątki świata przy pomocy tej melodii... To niesamowite!
Ostatnie dwa utwory dokonane zostały wraz z kwartetem smyczkowym, który został doskonale ''wpasowany'' zarówno w ''Ariadna's Garden'' jak i kończący płytę: ''Sopot 5.00 a.m.''.
W pierwszym z nich mamy też ''prawdziwy'' wibrafon (jaka szkoda, iż tak mało go na płycie), oraz pojawia się instrument w którego brzmienie ostatnio z lubością się wsłuchuję: klarnet basowy (P.Toruński). Jest też okazja by ''odpocząć'' trochę od wokalu Badacha.
Zakończenie płyty brzmi wręcz: fantastycznie! Sekcja smyczkowa, gitara klasyczna, dziewczęcy wokal (Marta Florek), ''grzechotki''... I to wszystko się tak jakby urywa... Jakby zakończenie tej płyty zwiastowało kolejną odsłonę opowieści firmowanej nazwą The Globetrotters... Czekam z niecierpliwoscią!

22:28, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 sierpnia 2011

 RUST: ...Is Calling /CDSP/
Going Down; Show Me; You've Got It All

Rust w 2009 roku został laureatem festiwalu ''Łódźstock'', zdobył nagrodę Grand Prix podczas trzeciego ''Open Air Rock Festival'' w Siedlcach a na ''Fama Rock Festival 2011'' w Iławie zdobył również główną nagrodę. Od pewnego czasu zespół szturmem zdobywa nagrody na różnego rodzaju festiwalach torując sobie drogę na coraz większych i ważniejszych scenach w kraju. Rust ma na swym koncie już jeden album, jednak od czasu jego nagrania zespół przeszedł coś w rodzaju metamorfozy i dzisiejsze oblicze grupy jest zgoła odmienne od tego jakie zespół reprezentował na debiutanckiej płycie ''RusT'n'Roll'' (2009). Zespół chętnie sięga po klasykę rocka ciekawie ją interpretując, dzięki czemu podczas koncertów grupy możemy wysłuchać takich ''kamieni milowych'' rocka jak choćby ''Imigrant Song''.
W nagraniach wypełniających EP'kę słychać zresztą echa klasyki spod znaku Led Zeppelin (choćby partie gitary w ''Show Me''). Jeśli można użyć określenia ''przebój'' w stosunku do hard rocka; na tej płytce jest nim ''Going Down'', który notabene pojawił się już na jednej z radiowych list przebojów.
Mocny, wysoki wokal Michała Przybylskiego oraz doskonale, ciężko brzmiące gitary Szymona Szymkowiaka i Piotra Trybusza, poparte sekcją rytmiczną: Paweł Malinowski (bas) i Łukasz Czechyra (perkusja) tworzą brzmienie będące niezwykłym pomostem pomiędzy klasyką hard rocka a dzisiejszym ciężkim brzmieniem.
Odwoływanie się do tradycji i nadanie jej świeżego oddechu dzisiejszego sposobu postrzegania hard rocka, sprawia iż Rust jest zespołem niezwykle oryginalnym na dzisiejszej scenie rockowej, który najlepsze zapewne ma dopiero przed sobą.

Tagi: R rock blues
03:56, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 JAREK ŚMIETANA & WOJTEK KAROLAK: What's Going On /CD JSR 2006 (2005/2006)/
What's Going On; Hu Hu Ha; De Drums; It's Easy To Remember; Compared To What; Prohibition; Alisia; Pamiętasz była jesień; Time To Sing The Blues; Danny Boy

Bardzo niski wokal Steve Logana drażniący mnie wręcz na niektórych śmietankowych płytach w kompozycji tytułowej, otwierającej album brzmi wyśmienicie. Temat Marvina Gaye zaaranżowany i wykonany przez zespół Śmietany i Karolaka to doskonały początek płyty. Płyty, która wydana w 2006 roku przeszła trochę mało zauważona być może ze względu na niezwykłą wręcz aktywność fonograficzną Jarka Śmietany w tych latach, gdy rozpoczął samodzielne wydawanie swoich albumów. Warto wrócić do tej płyty po kilku latach, gdyż naprawdę jest tu wiele wyśmienitych i ponadczasowych nagrań... Takich jak choćby kompozycja Wojtka Karolaka umieszczona na płycie jako drugi numer. Pan Wojtek od czasu do czasu bardzo wdzięcznie ozdabia płyty nagrane wspólnie z Gitarzystą swoimi cudownymi utworami, w których jako obsługujący jedyne w swoim rodzaju organy Hammonda jest  pierwszoplanową postacią; ''Hu Hu Ha'' to właśnie jedna z takich perełek.
Zaskakująco brzmi ''De Drums'' Keitha Jarretta ozdobiony scretchami i niepokojącymi zdaniami wypowiadanymi w trakcie utworu, które umiejętnie wpleciono w utwór na podobnej zasadzie jak zrobiono to na historycznej ''Ciemnej stronie księżyca''. Cieszy mnie, iż scretche na tym albumie nie są wykorzystane w tak duzym stopniu jak miało to miejsce na późniejszej płycie: ''Revolution'' (2008).
Standard Rogersa i Harta: ''It's Easy To Remember'' zaaranżowany i wykonany został wyśmienicie co jest szczególnie wielką zasługą W.Karolaka, tworzącego tak subtelny klimat na Hammondach.
Dużo Karolaka jest też w ''Compared To What'', podnoszącego temperaturę albumu i przenoszącego nas dzięki rytmice, wokalowi Logana i niezwykłym wibracjom w klimaty kojarzące się z ''Blues Brothers''. Doprawdy trudno usiedzieć bez ruchu słuchając tego utworu, a gdy w drugiej jego części na tle roztańczonych hammondów słyszymy niezwykłą solówkę i dźwięki dwóch gitar nałożonych na siebie, robi się po prostu gorąco.
Wytchnieniem po tych szaleństwach jest wspólna kompozycja liderów projektu: ''Prohibition''. Zarówno Śmietana jak i Karolak urzekają nas swoimi impresjami: jednym razem każdy z osobna, innym razem: swoimi wspólnymi przekomarzaniami się. Na ostatnich płytach Śmietany i Karolaka tych właśnie autorskich kompozycji jest mi trochę mało, dlatego na swój własny użytek do przesłuchań tworzę od czasu do czasu kompilacje złożone z takich właśnie perełek rozrzuconych na różnych albumach.
Na ''What's Going On'' jest jeszcze jedna taka: to kompozycja Jarka ''Alisia'' utrzymana w fajnym klimacie funkowo -soulowym kojarzącym mi się z zamierzchłymi czasami gdy Śmietana nagrywał takie albumy jak choćby ''Sounds & Colours'' (1987). Wówczas nie było jednak w składzie Karolaka, który ozdabia ten utwór zarówno doskonałym podkładem jak i wyśmienitymi solówkami, oraz Steve Logana szarpiącego struny basu.
Nieco inaczej niż przywykłem w nagraniach Śmietany z ostatnich lat brzmi na tym albumie perkusja Krzysztofa Dziedzica; gra jakby delikatniej i subtelniej niż Adam Czerwiński biorący udział w zdecydowanej większości projektów Mistrza. Tą delikatność słychać choćby w temacie ''Pamiętasz była jesień'', który tak uwielbia Jarek Śmietana, ale też w pozostałych nagraniach -Dziedzic gra jakby bardziej melodycznie i dyskretniej niż Czerwiński.
Nawet podczas typowego bluesa: ''Time To Sing The Blues'', perkusja brzmi zupełnie inaczej niż zabrzmiałaby spod pałeczek Adama. Utwór ten to kompozycja Steve Logana, który kompozytorem był ...hmmm... przeciętnym. Wykonana jest jednak w tak doskonały sposób, iż solowe popisy ''twardo'' tym razem traktującego klawisze Karolaka i przyśpiewująca Loganowi gitara są w stanie całkiem skutecznie wybronić ten utwór.
Tradycyjny ''Danny Boy'' to piękna miniaturka kończąca płytę zagrana tylko przez Panów Ś. i K. Doskonałe zakończenie całego albumu będące czymś w rodzaju impresji-kody zamykającej całość.
Naprawdę warto wrócić od czasu do czasu do tej trochę niedocenionej płyty Dwóch Wielkich i jedynych w swoim rodzaju Muzyków jakich mamy zaszczyt mieć w Polsce. 

 JAROSŁAW ŚMIETANA  ZBIGNIEW PALETA: vis-a-vis  /CD JSR 2003 (2002)/
Krakus; Angel Eyes; Armandos Rhumba; Flowers in Mind; Four Brothers; Lush Life; Oberek; Cała jesteś w skowronkach; Blackbird; Island Blues; Pożegnania

Pięknie rozpoczyna się ten album! Kompozycja Michała Urbaniaka: ''Krakus'' to utrzymany w folkowym klimacie utwór o skocznym charakterze, w którym niezwykle brzmiąca gitara Śmietany tworzy duet będący doskonałym popisem wirtuozerskim obu Wielkich Muzyków jaki stworzyli ten album. To zarazem coś w rodzaju wizytówki całej płyty, która zapowiada niezwykłą ucztę dla milosników szkrzypiec i gitary, których różne oblicza poznajemy w dalszych odsłonach albumu.
Romantyczny utwór M.Denny'ego ''Angel Eyes'' odwołuje się trochę w klimacie do brzmień cygańskich a sam Śmietana czyni tu coś w rodzaju ukłonu w stronę Django Rheihardta.
''Armandos Rhumba'' Chicka Corei to zaskakująca interpretacja standardu od zawsze kojarzącego się z zupełnie innym sposobem aranżacji i instrumentacji. Paleta i Śmietana podjęli wyzwanie i zagrali ten słynny temat na swój sposób wychodząc z tej próby zwycięsko.
Jedyną kompozycją Jarosława Smietany umieszczoną na płycie jest temat znany już miłośnikom Gitarzysty z innej wersji. Na ''vis-a-vis'' poznajemy inne oblicze tego utworu, w którym zdecydowanie najważniejszą rolę odgrywają skrzypce Zbigniewa Palety i kontrabas (Tomasz Kupiec). Ciekawie brzmią też perkusjonalia ''obsługiwane'' przez indonezyjczyka Nippy Noya (obecnie członka formacji Bernarda Maseli: The Globetrotters).
''Four Brothers'' to temat, którego moimi ulubionymi wersjami były do czasu usłyszenia płyty ''vis-a-vis'' wykonania zespołu Benny Goodmana (a jakże!) i Manhattan Transfer. Po wysłuchaniu tego albumu, wersję Śmietany i Palety z radością dołączam do tego zestawu.
Billy Strayhorn to legendarna postać na zawsze już chyba będąca kojarzoną z Dukem Ellingtonem i kompozycją: ''Take The A-Train''. Z teki kompozytorskiej Strayhorna twórcy tej płyty wybrali jednak balladę jazzową: ''Lush Life'', która w wersji na gitarę i skrzypce brzmi wyjątkowo wzruszająco.
Kolejnym po ''Krakusie'' Urbaniaka ukłonem w stronę muzyki ludowej jest na płycie: ''Oberek'' wzbogacony pięknie brzmiącymi wokalizami Elżbiety Towarnickiej. W grze Śmietany podczas tego utworu ponownie słychać echa legendarnego Django, a N.Noya wspaniale ubarwia brzmienie tak znanego chyba wszystkim ''Oberka'' bongosami.
Cudowna piosenka Andrzeja Zielińskiego: ''Cała jesteś w skowronkach'' w wersji z tej płyty brzmi doskonale robiąc wrażenie napisanej specjalnie z myślą o instrumentacji na skrzypce. Kilka lat później Śmietana sięgnie ponownie po ten ponadczasowy standard polskiej piosenki na płycie ''Polish Standards'' (2007) nagrywając go w jeszcze inny sposób.  Na albumie ''vis-a-vis'' to utwór iście skrzypcowy, przyprawiony doskonałą perkusją Tomasza Grochota i świetną linią kontrabasu (T.Kupiec).
Jarek Śmietana uwielbia Beatlesów, a to co robi z kompozycjami Lennona i McCartneya sięgając po nie od czasu do czasu na swoich płytach jest najlepszym dowodem miłości Gitarzysty do The Beatles i dowodem na to, iż dawno temu na przełomie lat 60. i 70. gdy zdecydował się pójść drogą jazzową w swych poczynaniach, tak naprawdę nie mógł wyrzec się i odrzucić wszystkich pięknych dźwięków pochodzących spoza ogólnie pojmowanych ram muzyki jazzowej. Z czasem Śmietana stał się Artystą tworzącym pomost między jazzem a muzyką rockową czego dowodem są oprócz nawiązan do The Beatles, Jego wspaniałe projekty z muzyką Hendrixa czy standardami bluesowymi.
Ciekawostką na ''vis-a-vis'' jest ''Island Blues'', w którym Paleta gra na ...pile.
Album kończą ''Pożegnania'' -utwór znany też pod tytułem: ''Pamiętasz była jesień''. To również jedna z ukochanych polskich piosenek Jarka Śmietany chętnie grana przez Niego na koncertach w różnych składach (ponownie sięgnie po ten temat na płycie ''What's Going On'', 2006).
Zbigniew Paleta od 1980 roku mieszka na stałe w Meksyku, dokąd wyemigrował po zakończeniu w Polsce współpracy z Ewą Demarczyk i zespołem Anawa -Marka Grechuty. Z Jarkiem Śmietaną spotkali się właśnie w Meksyku a po koncertowym wykonaniu ''Cała jesteś w skowronkach'', Paleta wymarzył sobie nagranie wspólnej płyty z Jarkiem. Marzenia ziściły się i obaj Artyści spotkali się kilka lat później w Krakowie w kawiarni ''Vis-a-vis'' co pomogło Im zatytułować album. Tym bardziej, iż okazuje się, iż w Świecie Muzyki nawet Kraków i Meksyk są po prostu: vis-a-vis.

czwartek, 25 sierpnia 2011

 Duane EDDY: The Best Of Duane Eddy /LP 1972/
str.1: Firebal Mail; Lonely Boy, Lonely Guitar; The Ballad Of Paladin; Wildwood Flower; Boss Guitar
str.2: (Dance With The) Guitar Man; High Noon; Rebel Rouser; Your Baby's Gone Surfin'; Deep In The Heart Of Texas

Płyta winylowa, wydana przez RCA Camden w roku 1972 zachowana w stanie idealnym!
Mam już w kolekcji kompakt z najsłynniejszymi utworami Duane Eddy'ego wydany współcześnie (''Hits & Rarities'', 1993), jednak płyta sprzed blisko 40 lat zawiera nieco inny zestaw utworów.
Duane Eddy uważany jest za jednego z prekursorów instrumentalnej muzyki rockowej. Jest bez wątpienia jednym z pierwszych wielkich gitarzystów rockowych, a jego technika gry na gitarze zwana ''twang'', polegająca na grze tremolo na basowych strunach gitary elektrycznej przy zastosowaniu pogłosu stała się inspiracją dla  wielu późniejszych gitarzystów rockowych.
Na płycie ''The Best Of Duane Eddy'' mamy do czynienia z muzyką przystępną dla każdego miłośnika brzmień spod znaku The Shadows czy Ricky Kinga. Charakterystycznej gitarze Eddy'ego towarzyszy orkiestra i chórki wyśpiewujące refreny -tytuły poszczególnych kompozycji. Chwilami jest troszkę rockowo, przeważają jednak nagrania utrzymane w sentymentalnym nastroju ocierającym się momentami o estetykę ballad country (''High Noon''). Na płycie nie mogło zabraknąć najsłynniejszego utworu Gitarzysty: ''Rebel Rouser'', jednak legendarny ''Peter Gunn'' nagrany wspólnie z grupą The Art Of Noise, to utwór o którego powstaniu wydawcy płyty w 1972 roku nie mogli jeszcze wiedzieć.

Tagi: E rock blues
22:36, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 Bill HALEY and The Comets: The Golden King Of Rock /LP 1971/
str.1: Razzle Dazzle; Cryin' Time; What'd I Say; Lucille; Kansas City; Rock Around The Clock
str.2: Rip It Up; Rudy's Rock; Caravan; Rock-A-Beatin' Boogie; Shake Rattle And Roll; Whole Lotta Shakin' Goin' On

Nieprawdopodobne, iż można znaleźć jeszcze takie płyty! Wydana 40 lat temu przez angielski Pickwick płyta robiąca wrażenie fabrycznie nowej, zawierająca TAKIE nagrania!
Pstrokata, charakterystyczna dla wydawnictw tej wytwórni okładka robi nieciekawe wrażenie kolejnej kompilacji nagrań jednego z pionierów rock'n'rolla. Tymczasem jest to zapis koncertu, będącego rzadkością wśród kolekcjonerów nagrań z tamtych lat. Zespół Haleya: The Comets wraz z solistami: Gerd Lengstrand, Al Rappa, Rudy Pompili, John 'Bam Bam' Lane i Nick Nastos w wyśmienitej formie! Porywające wersje takich utworów jak: ''What'd I Say'' czy ''Lucille'' śpiewane z niezwykłą energią przez zaproszonych wokalistów zapowiadanych przez lidera zespołu: Billa Haleya grającego na gitarze i śpiewającego zaledwie w sześciu spośród dwunastu utworach to prawdziwy rock'n'rollowy show. Na drugiej stronie płyty podczas utworu ''Rudy's Rock'' słuchamy wyśmienitego saksofonowego solo R.Pompili, natomiast w ''Caravan'': mistrzowskiej solówki perkusisty J.'Bam Bam' Lane'a, który robi wrażenie muzyka rockowego zdecydowanie wyprzedzającego swą epokę. Płyty tej powinni posłuchać ci wszyscy, którzy umieszczają Billa Haleya w przegródce akademickiego rock'n'rolla, uważając go za ''tego grzeczniejszego'' od współczesnych mu Jerry Lee Lewisa czy choćby Chucka Berry. To nie tylko rock'n'roll -to po prostu: rock!
Słuchając tego zgrabnie ułożonego programu koncertu dałem się porwać klimatowi prawdziwego koncertu z wspaniałej minionej epoki, kiedy rock'n'roll był prawdziwą rewolucją obyczajowości. Jakość nagrań wyśmienita, szkoda tylko iż brak na okładce jakichkolwiek informacji o dacie i miejscu tego wspaniałego koncertu.

Tagi: H rock blues
22:34, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »