Recenzje ok. 2000 albumów. Klasyka, Jazz, Blues, Rock, Pop.

JAZZ

Polski Jazz

KLASYKA

Blues, Rock

POP

PŁYTY: A - Z:
_____________________________
RSS
poniedziałek, 21 listopada 2011

 CHRIS BARBER / Mr.ACKER BILK: The Best Of Barber And Bilk /LP 1958 Golden Guinea/
str.1 Chris Barber's Jazz Band:
April Showers; Doin' the Crazy Walk; Hushabye; Everybody Loves My Baby; I Can't Give You Anything But Love; Whistling Rufus
str.2 Mr.Acker Bilk and his Paramount Jazz Band: C.R.E. March; Dardanella; Franklin Street Blues; Blaze Away; Easter Parade; Marching Through Georgia

Longplay wydany w Wielkiej Brytanii przez wytwórnię Golden Guinea, na którego pierwszej stronie znajdują się nagrania jazz bandu Chrisa Barbera, na drugiej zaś utwory Mr.Acker Bilka ze swym zespołem. To bardzo częsty przypadek w tamtych latach: dzielenie płyty na dwie strony poświecone każda z osobna innym wykonawcom. Wspaniałe to były czasy, gdy wszystkie płyty miały dwie strony.
Nagrania te zostały już ''oczyszczone cyfrowo'' i wydane na nieszeleszczących kompaktach, ale oryginałem edycyjnym dla nagrań z tamtych lat były, są i zawsze będą wspaniałe płyty gramofonowe. Dlatego z największą przyjemnością opuściłem ramię gramofonu na płytę.
Zespół puzonisty i saksofonisy tenorowego Chrisa Barbera w latach 60-tych był niewątpliwie jedną z najsłynniejszych orkiestr jazzowych Europy. Na niniejszym krążku zebrano 6 najsłynniejszych tematów, spośród których wyjątkowo doskonale brzmią takie choćby tematy jak nieśmiertelny: ''Everybody Loves My Baby'' czy zaśpiewany przez Ottillie Patterson blues: ''I Can't Give You Anything But Love''. Patterson zrobiła wówczas na Barberze tak wielkie wrażenie, iż związek ich został wkrótce przypieczętowany małżeństwem, a jej bluesowy wokal tak zadomowił się w kolejnych dokonaniach jego orkiestry iż postanowiono nazwę zespołu niebawem przemianować z Chris Barber Jazz Band na Chris Barber Blues and Jazz Band. Niewątpliwym atrubutem doskonałego brzmienia nagrań na płycie jest doborowy skład, w którym m.in. na banjo gra legendarny Lonnie Donegan, a na klarnecie Monty Sunshine.
Pan Acker Bilk (Mr.Acker Bilk) uważany jest za europejskiego króla klarnetu i doprawdy trudno znaleźć muzyka, który odcisnął równie wielkie piętno na brzmienie późniejszych wirtuozów tego instrumentu. Pomimo, iż w Stanach Zjednoczonych pojawiło się wielu wybitnych klarnecistów jak choćby: Benny Goodman, Woody Herman czy Artie Shaw, nazwisko Acker Bilk często pada wymieniane pośród nich jednym tchem wśród najbardziej wpływowych instrumentalistów świata.
Warto przypomnieć sobie jego brzmienie z lat 60-tych, słuchając choćby nieśmiertelnej: ''Dardanelli'' czy wybitnie dixielandowych: ''Easter Parade'' i ''Marching Through Georgia'' zestawionych w 20-minutowym secie na drugiej stronie tego krążka.
Wkrótce po wydaniu tych nagrań ukazała się część druga płyty (''The Best Of Barber And Bilk Volume II''), a cztery lata później ukazał się longplay tej samej wytwórnii: ''The Best Of Ball, Barber & Bilk'' (1962, Golden Guinea) uzupełniony o nagrania równie wielkiego brytyjskiego jazzmana: Ernie Balla i okrzyknięty najlepszą płytą brytyjskiego jazzu lat 60-tych.
Zarówno nagrania Chrisa Barbera jak i Mr.Acker Bilka wypełniające te płyty wznawiane są do dnia dzisiejszego w różnych konfiguracjach a jedną z najnowszych ''mutacji'' jest zestaw trzech płyt CD.

Tagi: b jazz
11:42, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »


 various: Moonlight Serenade. 20 Great Big Band Hits /LP/
str.1: Glenn Miller: Moonlight Serenade; Count Basie: One O'Clock Jump; Benny Goodman: Let's Dance; Gene Krupa vocal Irene Daye: Drum Boogie; Lionel Hampton: Flying Home; Tommy Dorsey: Opus One; Woody Herman: Four Brothers; Les Brown vocal Doris Day: Sentimental Journey; Charlie Barnet: Skyliner; Artie Shaw: Frenesi
str.2: Benny Goodman: A String Of Pearls; Duke Ellington: Take The A-Train; Tommy Dorsey vocal Frank Sinatra: This Love Of Mine; Lionel Hampton vocals Lionel Hampton & Curly Hammer: Hey! Ba-Ba-Re-Bob; Gene Krupa vocal Anita O'Day: Tea For Two; Woody Herman: Woodchopper's Ball; Benny Goodman: Memories Of You; Les Brown: I've Got My Love To Keep Me Warm; Harry James: Two O'Clock Jump; Glenn Miller vocal Tex Beneke and The Modernaires: Chattanooga Choo Choo

Godzinne spotkanie z tym co najpiękniejsze i zarazem najsłynniejsze w świecie jazzowej muzyki big bandowej. Obok takich ''kamieni milowych'' jazzu jak: ''Moonlight Serenade'' , ''Opus One'', ''Tea For Two'' czy w końcu ''Take The A-Train'', mamy okazję wysłuchać też tych ''mniej ogranych'' a również urokliwych tematów (np. ''Frenesi'' Artie Shawa).
Wśród instrumentalnych nagrań big bandów pod przewodnictwem takich legend jazzu jak: Glenn Miller, Duke Ellington, Count Basie, Benny Goodman, Lionel Hampton czy Woody Herman, znajdziemy też utwory z udziałem wybitnych głosów ''złotej ery swingu'' jak: Doris Day czy Frank Sinatra.
Płyty słucha się doskonale, gdyż jest doprawdy perfekcyjnie ułożoną kompilacją a rozmieszczenie nagrań w tej konfiguracji tworzy urozmaicony i nie mogący w żadnym wypadku
nużyć program, nawet tych słuchaczy, którzy wolą być może bardziej nowoczesne brzmienia. Co więcej; myślę iż ta właśnie składanka jest idealną płytą dla słuchających na co dzień innych brzmień melomanów, jako mała podręczna encyklopedia największych na świecie zespołów big bandowych wszech czasów. Szkoda tylko, iż ta estetycznie wydana płyta winylowa, pozbawiona jest jakichkolwiek informacji edycyjnych i dyskograficznych, dotyczących zamieszczonych nagrań, które pochodzą przecież z różnych lat i dokonane zostały w różnych składach. Fakt ten dziwi tym bardziej, iż płytę firmuje wydawnictwo o zobowiązującej i winnej zyskiwać zaufanie nazwie: Big Band Era.

Tagi: jazz
11:41, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2011

 CLASSIC JAZZ QUARTET: Branle /CD 2003 Comes/
Pavane; Concerto Part I; Concerto Part II; Branle; Arabesque; Contrapunctus; Poloviezan Dances; Badinerie; Prelude; Two Minutes

Poznański Classic Jazz Quartet powstał w 2000 roku z inicjatywy flecistki: Lidii Sieczkowskiej, która do współpracy w tworzeniu projektu pozyskała pianistę: Piotra Kałużnego oraz kontrabasistę: Zbigniewa Wrombla. Wkrótce kwartet uzupełnił grający na perkusji Krzysztof Przybyłowicz. Od tej pory muzycy współpracują w niezmienionym składzie wykonując repertuar oparty częściowo na muzyce klasycznej Bacha, Chopina czy Debussy'ego zbudowany w formie jazzowych transkrypcji oraz traktujący niejednokrotnie klasykę zaledwie jako punkt wyjścia. Zespół powstał w roku okrągłej 250 rocznicy śmierci J.S.Bacha i pierwszymi utworami jakie ''wziął na warsztat'' były właśnie dzieła Bacha. Z czasem jednak Muzycy sięgać poczęli po takich kompozytorów jak: Debussy czy Borodin opracowując ich miniatury w klimatach jazzowych. Owocem pierwszego okresu działalności kwartetu jest płyta: ''Branle'', która tytuł swój zawdzięcza kompozycji Le Roya z XVI wieku.
Pomysł transkrypcji muzyki klasycznej nie wydaje się odkrywczy, co więcej: dzięki kilku niezbyt udanym dotychczasowym próbom zaadoptowania klasyki dla potrzeb jazzowego słuchacza -wywoływać może złe skojarzenia. A jednak propozycje Classic Jazz Quartet wypadają wyjątkowo interesująco. Przede wszystkim mamy do czynienia z czterema wyjątkowymi Artystami, którzy doskonale potrafią odnaleźć się zarówno w estetyce muzyki stricte klasycznej (L.Sieczkowska) jak i są doskonałymi wirtuozami jazzowymi (Z.Wrombel i K.Przybyłowicz) oraz wybitnymi kompozytorami i aranżerami (P.Kałużny). Fuzja tak wyśmienitych osobowości w połączeniu z częstokroć dość wyszukanymi kompozycjami klasycznymi (jak choćby miniatura Bacha: ''Contrapunctus'') różni znacząco nagrania Classic Jazz Quartet od innych tego typu dokonań, jakie w okresie mody na transkrypcje zalewały rynek muzyczny.
Pośród 10 utworów aż 6 pochodzi z teki kompozytorskiej Jana Sebastiana Bacha a mimo to słuchając płyty odnosimy wrażenie obcowania z repertuarem bardzo urozmaiconym.
Wyjątkowo wdzięcznymi pod względem estetyki jazzowej okazały się: ''Concerto Part I / Part II'', gdzie partie fortepianowe P.Kałużnego daleko wykraczają poza znane schematy kompozycyjne a Z.Wrombel potrafił wyjątkowo zaznaczyć swoje indywidualne brzmienie.
W tytułowym utworze płyty także szczególną uwagę zwraca własnie solo Zbyszka i akordowa artykulacja P.Kałużnego.
Chociaż flet na płycie pełni głównie rolę czysto melodyjną, jest tu także miejsce na bardziej swobodne impresje i pokaz wyobraźni interpretacyjnej L.Sieczkowskiej w: ''Arabesque'' czy  ''Contrapunctus''. Drugi z wymienionych utworów ukazany został w estetyce niemal free jazzu poprzez swobodne improwizacje i rozbudowane partie solowe.
Oczywiście są na płycie momenty, podczas których duch jazzu opuszcza nas ustępując miejsca melodyce kompozycji (''Pavane'' czy ''Badinerie'') będąc ograniczonym niejako ''z natury'' ramami kompozycji, lecz dzięki temu płyta okazuje się być recitalem bardziej komunikatywnym i przystępnym jako całość.
Nawet jednak tak proste w swej konstrukcji i melodyjne kompozycje jak: ''Poloviezan Dances'' -Borodina, zespół potrafił ukazać w wyjątkowej estetyce jazzowego kwartetu.
''Prelude'' -Bacha to w interpretacji Classic Jazz Quartet prawdziwa jazzowa perła! Kompozycja Jana Sebastiana w tym przypadku jest zaledwie punktem wyjścia dla wirtuozerskich popisów każdego z instrumentalistów. Po agresywnej solówce Przybyłowicza, pojawia się penetrujący sfery improwizacji kontrabas a całość wieńczy impresja fortepianu.
Wszelkie granice zasad tradycyjnie pojmowanej transkrypcji zostają przekroczone jednak w kończącej album kompozycji Bacha: ''Two Minutes'' (trwającej notabene 6 minut) zagranej solo na kontrabasie. Tutaj Zbyszek Wrombel porywa nas w swoim charakterystycznym i rozpoznawalnym stylu w świat własnego spojrzenia na tą klasyczną miniaturkę podczas dalece posuniętych improwizacji osnutych wokół podstawowego tematu, który tak naprawdę jednoznacznie rozpoznany może być chyba dopiero na samym końcu utworu.
Płyty słucha się doskonale, pomimo iż jako całość robić może wrażenie trochę nierównej pod względem sposobu jazzowej transkrypcji.
Osobiście podzieliłbym ta płytę na dwie części: pierwszą, akcentującą melodykę i konstrukcję pierwowzorów kompozycji (m.in.: ''Pavane'', ''Badinerie'' czy: ''Poloviezan Dances'') i drugą, gdzie królują swobodne improwizacje i luźne impresje osnute wokół podstawowej struktury klasycznych miniatur (m.in. ''Two Minutes'' i ''Prelude'').

01:50, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
 CLASSIC JAZZ QUARTET & MACIEJ STRZELCZYK: Wieniawski /CD 2006 TMHW/
Souvenir de Posen; Etude E major Op.18; Etude E minor Op.18; Concerto D minor: Romance, Allegro moderato; Kujawiak A minor Op.3; Legende Op.17; Reverie F sharp minor; Polonaise brillante D major; Concerto F sharp minor: Preghiera; Allegro de sonate Op.2

Poznański Classic Jazz Quartet powstał w 2000 roku z inicjatywy flecistki: Lidii Sieczkowskiej, która do współpracy w tworzeniu projektu pozyskała pianistę: Piotra Kałużnego oraz kontrabasistę: Zbigniewa Wrombla. Wkrótce kwartet uzupełnił grający na perkusji Krzysztof Przybyłowicz. Od tej pory muzycy współpracują w niezmienionym składzie wykonując repertuar oparty częściowo na muzyce klasycznej Bacha, Chopina czy Debussy'ego zbudowany w formie jazzowych transkrypcji oraz traktujący niejednokrotnie klasykę zaledwie jako punkt wyjścia. Zespół powstał w roku okrągłej 250 rocznicy śmierci J.S.Bacha i pierwszymi utworami jakie ''wziął na warsztat'' były właśnie dzieła Bacha. Z czasem jednak Muzycy sięgać poczęli po takich kompozytorów jak: Debussy czy Borodin opracowując ich miniatury w klimatach jazzowych.

W roku 2006 z okazji XIII Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. H. Wieniawskiego ukazał się trzeci album formacji wypełniony w całości kompozycjami Wieniawskiego. Jest to pierwsza w historii próba przetransponowania muzyki Wieniawskiego na stylistykę jazzową w formie całej płyty.
Trudno wyobrazić sobie muzykę Wieniawskiego bez skrzypiec, dlatego na tej płycie brzmienie Classic Jazz Quartet wzbogacił gościnnie czołowy polski wiolinista jazzowy: Maciej Strzelczyk.
Już od pierwszych dźwięków płyty zostajemy zaskoczeni estetyką typowego mainstreamu. Śmiem twierdzić, iż osobom nie znającym twórczości Henryka Wieniawskiego do głowy nie przyszłoby podczas słuchania otwierającej płytę: ''Souvenir de Posen'' czy: ''Legende'', iż pochodzą z teki XIX wiecznego polskiego kompozytora.
Podobnie jest także w przypadku: ''Etiudy A moll'', gdzie olśniewa interpretacja M.Strzelczyka zbudowana na rytmicznych pulsacjach jazzowych, czy w trakcie słuchania fragmentów: ''Koncertu D moll'', gdzie linie melodyczne skrzypiec nawiązują jednoznacznie pod względem synkopowania i artykulacji do najwybitniejszych dokonań wiolonistyki jazzowej (''Romance''). W drugiej części tego koncertu natomiast (''Allegro moderato''), mamy do czynienia z doskonale zbudowanym dialogiem skrzypiec i fletu. Muszę się przyznać, iż zanim włączyłem tą płytę, obawiałem się zestawienia fletu i skrzypiec jako dwóch solowych instrumentów w tej konstelacji. Okazało się iż w wielu nagraniach L.Sieczkowska wraz z M.Strzelczykiem potrafili stworzyć doskonale uzupełniający się duet instrumentów tak przecież różniących się od siebie.
Swoistym eksperymentem na płycie okazało się wykonanie: ''Kujawiaka'' w formie ballady jazzowej (fortepian solo), które jednak ze względu na specyfikę melodyczną kompozycji wypada najmniej przekonująco z całego krążka.
Bez skrzypiec Muzycy obyli się podczas: ''Reverie'', który pomiędzy podzieloną na dwie części podstawową linią melodyczną zagraną na flecie zawiera mistrzowskie impresje P.Kałużnego.
Jeden z najsłynniejszych tematów Wieniawskiego: ''Polonaise brillante'' zaskakuje feelingiem i swobodą interpretacji. Obawiałem się tego utworu, ogrywanego do granic możliwości przez różnych skrzypków, przeglądając przed włączeniem płyty jej program. Tymczasem interpretacja M.Strzelczyka i Classic Jazz Quartet to prawdziwa niespodzianka. Główny motyw melodyczny jest tu bowiem zaledwie punktem wyjścia do jazzowych impresji (po raz kolejny: wyśmienity P.Kałużny).
Trochę ''mało słyszalnym'' wydaje się na tym krążku Zbyszek Wrombel, który tak doskonale zaznaczył swe piętno na płycie: ''Branle'' (2003). Nie ma tu tak rozbudowanych partii kontrabasu, na które być może specyfika repertuaru nie zostawiła wystarczająco przestrzeni.
''Allegro de sonate'' kończące płytę to kolejny temat, mogący uchodzić w tej interpretacji za współczesną jazzową kompozycję. Rozpoczęty solem fortepianu, rozwija się w mainstreamowy sposób ozdobiony po raz kolejny niezwykle swobodnym potraktowaniem melodyki przez Macieja Strzelczyka.
Słyszałem opinię, iż gdyby Wieniawski żył i grał po dziś dzień -jego płyty brzmiałyby właśnie tak. Bardzo prawdopodobne.
Po płytę powinni sięgnąć wszyscy miłośnicy Wieniawskiego jak i fani współczesnego jazzu, których w tym akurat przypadku nie powinno zrażać określenie: transkrypcja. Jeśli zraża: zapomnijcie o tym i posłuchajcie tej płyty po prostu jako albumu z doskonałym współczesnym polskim jazzem.

01:49, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 KRZYSZTOF KRAWCZYK: The Shadow Of Your Smile -Amerykańskie Piosenki część 2 /CD 2005, ITI/
Unforgettable; Steppin Out With My Baby; Blue Moon; Singin' In The Rain; The Shadow Of Your Smile; Night And Day; When I Fall In Love; When You're Smiling; Sentimental Journey; Kiss; For Sentimental Reasons; Moon River

To już druga płyta Krawczyka zawierająca standardy amerykańskiej piosenki. Pierwsza ukazała się rok wcześniej i wówczas wydawało się, iż zainspirowany poczynaniami Roda Stewarta oraz wspólnym z nim występem podczas koncertu w Polsce Krawczyk poprzestanie na jednym albumie w klimacie ''American Songbook''. Piosenkarz postanowił jednak wzorem swego brytyjskiego kolegi odciąć jeszcze jeden kupon od tego tematu. Czy to dobrze? Oczywiście tak, gdyż otrzymujemy kolejny zestaw pięknych amerykańskich tematów w interpretacji Pierwszego Męskiego Głosu Polskiej Piosenki, lecz z drugiej strony nie życzyłbym sobie aby Krawczyk podobnie jak Stewart ugrzązł w niekończącym się serialu amerykańskich piosenek na dobre, zupełnie zapominając o nowym repertuarze. Tym bardziej, iż dzięki monotematyczności ostatnich płyt Roda Stewarta, zdecydowanie odczuwam przesyt i miast cieszyć się kolejną porcją standardów na kolejnej jego płycie, podczas słuchania najzwyczajniej zaczynam się nudzić. Szkoda zatem byłoby gdyby Naszego Krawczyka spotkał podobny los i miast cieszyć się jego charyzmą, na kolejnych płytach słuchalibyśmy znanych do bólu piosenek, których byłby zaledwie poprawnym interpretatorem.
Płyta podobnie jak poprzedniczka, nagrana jest na najwyższym światowym poziomie, podobnie jak pierwsza przynosi ciekawy, urozmaicony repertuar, ale... no właśnie: wymieniając kolejne jej zalety powtarzałbym: ''podobnie jak pierwsza płyta''.
Jest tu ciekawa, choć nie zaskakująca jakąś wymyślną interpretacją wersja: ''Unforgettable'' Nat King Cole'a, ''When I Fall In Love'' z wspaniałym solem fortepianowym Piotra Kałużnego czy szczególnie urocza w interpretacji Krawczyka: ''Sentimental Journey''.
Perełeczkami na płycie są: tytułowa ''The Shadow Of Your Smile'' ozdobiona wspaniałą partią skrzypiec samego Michała Urbaniaka, oraz następująca zaraz po niej: ''Night And Day'', gdzie słyszymy raz jeszcze ikonę polskiego jazzu grającą tym razem na saksofonie. Choćby dla tych dwóch nagrań warto wejść w posiadanie tej płyty, poza tym Urbaniak i Kałużny to nie jedyne wielkie nazwiska biorące udział w tym projekcie. ''Lista płac'' wydrukowana wewnątrz digipaku, jest doprawdy imponująca; znajdziemy tam bowiem takich muzyków jak choćby Zbigniew Wrombel (kontrabas) czy Ryszard Kniat (instr. klawiszowe). Wracając do Michała Urbaniaka; artyści poznali się w jednym z klubów jazzowych Nowego Jorku, podczas 10-letniego pobytu Krawczyka w Stanach co również stanowi bardzo amerykański akcent podkreślający charakter płyty.
Choć we wstępie napisanym w książeczce przez Andrzeja Kosmalę dowiadujemy się, iż 12 nagrań wypełniających ten krążek to utwory, które niejako odrzucone zostały podczas składania repertuaru na poprzedni ''amerykański album'' i płyta jest zaledwie ''suplementem'' do pierwszej, nie odnoszę wrażenia iż słucham ''odrzutów'', a takie momenty jak przecudne solo trąbki Krzysztofa Lityńskiego w ''For Sentimental Reasons'', czy doskonale brzmiąca sekcja smyczków w kończącej płytę jednej z najpiękniejszych piosenek świata: ''Moon River'' (z filmu ''Śniadanie u Tiffanyego'') utwierdzają mnie w przekonaniu, iż mimo wszystko wydanie tej płyty było słusznym posunięciem.

Tagi: k Pop
01:47, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 listopada 2011
 SBB: Iron Curtain /CD 2009 Metal Mind/
Iron Curtain; Defilada; Camelele; Rozmowa z mistrzem; Opowieść; Błogosławione dni; Sunrise; Góry tańczące; Dopóki żyje matka jesteś dzieckiem

''Iron Curtain'' to kolejny krążek legendy polskiego rocka wydany w okresie, który zawsze traktował będę jako drugi rozdział w twórczosci zespołu. Grupa pozostając zespołem preferującym bardzo ambitną odmianę muzyki rockowej coraz częściej w tym ''drugim rozdziale'' swej działalności rezygnować zaczęła z bardziej rozbudowanych, długich form wypowiedzi na rzecz kompozycji krótszych i bardziej zwięzłych w strukturze konstrukcji. Jest to też okres stabilizacji składu -wydaje się bowiem, iż po współpracujących czasowo z zespołem Paulu Wertico i Mirosławie Muzykancie, Gabor Nemeth okazuje się być tym właściwym muzykiem. Celowo nie użyłem określenia: ''perkusista'' wobec Nemetha, gdyż z chwilą wstąpienia w szeregi SBB wniósł wkład w muzykę zespołu dalece wybiegający poza ramy po prostu: perkusisty. Choć na ''Iron Curtain'' jest współkompozytorem zaledwie jednego utworu, bierze czynny udział w tworzeniu kolejnych płyt pod względem ich aranżacji a charyzma jaka towarzyszy mu podczas koncertów z SBB sprawia, iż odnosi się doprawdy wrażenie niezwykłego zespolenia z triem, jakie miało w przeszłości miejsce jedynie w przypadku pierwszego ''pałkarza'' SBB: Jerzego Piotrowskiego.
Nigdy nie uważałem Józefa Skrzeka za wybitnego wokalistę, dlatego zapewne rozpoczynająca album, tytułowa piosenka utrzymana w oazowym klimacie nie trafia do mnie zupełnie. Następująca po niej ''Defilada'' natomiast jest dla mnie kilkuminutową esencją tego co w SBB kocham od zawsze: podniosły, monumentalny klimat utworu zbudowany na brzmieniach organów, ''błądząca'' gitara Apostolisa Anthimosa i dramatyczna wokaliza w finale. Jeśli chodzi o bardziej tradycyjne ''piosenkowe'' klimaty, doskonale wypada nastrojowa: ''Camelele'': gitara Athimosa ''pływa'' delikatnie, wokal Skrzeka ogranicza się niemal do melorecytacji, jest doskonałe solo fortepianu, jest solo gitary, a Nemeth w tym utworze wspaniale, bez specjalnych udziwnień a jednak we własnym rozpoznawalnym stylu nadaje rytm całości.
Słabiej w moim odczuciu wypadają: ''Rozmowa z mistrzem'' i ''Opowieść'', natomiast niepokojący nastrój i transowy klimat: ''Błogosławionych dni'' sprawia, iż często wracam do tego nagrania by odtworzyć je indywidualnie z tej płyty. Doskonale brzmi fortepian, cudna gitara ''płacze'' w charakterystyczny i kochany przeze mnie od zawsze sposób u Anthimosa, a najróżniejsze instrumenty perkusyjne, których dźwiękami raczy nas Nemeth sprawiają, iż właśnie ten utwór traktować możemy jako popis jego niezwykłego polotu i charyzmy. Szkoda tylko, iż w momencie gdy wydaję się iż panowie zaczną rozwijać swe improwizacje -nagranie znienacka się wycisza. Właśnie tego mi brakuje w dzisiejszym SBB -rozegrania się do granic możliwości i rozwinięcia wielu tematów, które aż się o to proszą. Szkoda, tym bardziej iż ''Błogosławione dni'' wyciszają się by ''zrobić miejsce'' całkiem przeciętnej kompozycji A.Anthimosa: ''Sunrise'' oraz kolejnemu ''piosenkowemu'' akcentowi pod postacią utworu: ''Góry tańczące''.
SBB to ikona polskiej muzyki rockowej i zapewne tyle jest opinii o każdej kolejnej płycie formacji, ilu słuchaczy. Uważam, iż to bardzo wartościowy krążek a zjawisko pod nazwą SBB jest jedynym w swoim rodzaju na polskiej scenie muzycznej od blisko 40 lat! Muzyka ewoluuje przez te wszystkie lata, ewoluuje też struktura kompozycji rockowych. Minęły już czasy, gdy zespoły pokroju Yes czy Pink Floyd nagrywały monumentalne dwudziestoparominutowe utwory. Minęły też czasy, gdy całą jedną stronę takiej np płyty jak: ''Ze słowem biegnę do ciebie'' wypełniała jedna kompozycja.

13:33, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 OSJAN: Po prostu /CD 2008 Kiton Art/ 
Pieśń afrykańskiego połykacza ognia; Pieśń Girolamy; Margaret z jednorożcem; Ginevra; Tańcząca Felina; Nawet gdy noc pokrywa cieniem zieloną ziemię...; Don

Premiera materiału zamieszczonego na tym albumie miała miejsce podczas Festiwalu Muzyki ''Inne Brzmienia'' w Lublinie w 2008. Wówczas też podjęto decyzję o wydaniu tych utworów na płycie otwierającej serię wydawniczą ''Inne Brzmienia'', a zbiór tych nagrań opatrzono tytułem: ''Po prostu'' -po prostu.
''Pieśń afrykańskiego połykacza ognia'' otwierająca płytę brzmi w stosunku do klimatów jakie zespół stara się stworzyć dość... hmm, skromnie i ubogo. Muzyka afrykańska kojarzy mi się z bogatymi, rozlegle działającymi na wyobraźnię instrumentami perkusyjnymi i pewną głębią i magią brzmienia. W konfrontacji z innymi produkcjami tego typu -utwór ten brzmi dość nieprzekonywująco.
Zdecydowanie bardziej porywa ''Pieśń Girolamy'', w pierwszej części będąca piękną nastrojową balladą z główną linią melodyczną wygrywaną na flecie (wspaniały Jacek Ostaszewski). W drugiej zaś porywającym i pełnym niepokoju transowym i hipnotyzującym, powalającym wręcz swą rytmiką i mocnymi uderzeniami perkusji (Radek Nowakowski) utworem zakończonym (będącą niejako ukojeniem) partią fletu z akompaniamentem magicznie brzmiącej harfy (Anna Sikorzak -Olek) i impresji gitarowych Wojciecha Waglewskiego. Te 12 minut utworu to według mnie zdecydowanie jeden z najciekawszych fragmentów płyty.
Harfa, flet i transowe uderzenia perkusji otwierają utwór: ''Margaret z jednorożcem''. Kompozycja zbudowana na zasadzie bolera ''nabiera rumieńców'' gdy dołącza gitara dobro. Pięknie brzmi ta melodia, a etnicznie utwór nawiązuje chyba do tradycji muzycznych Kastylii i Andaluzji. Na tej płycie Osjan nie nawiązuje jak dawniej przede wszystkim do tradycji muzyki bałkańskiej lecz poszerza niejako horyzonty czyniąc z ''muzyki świata'' z jaką od blisko czterdziestu lat grupa jest utożsamiania -''muzykę jeszcze większego świata'' -i bardzo dobrze!
''Ginewra'' to akustyczna ballada, oparta wyłącznie na brzmieniu harfy i fletu. To wyjątkowy utwór na tym albumie, odwołujący się do muzyki barokowej, oraz ostatnich jego wielkich twórców: Bacha, Vivaldiego czy Haendla.
Tanecznie i frywolnie rozbrzmiewa ''Tańcząca Felina'', będąca kilkuminutowym oderwaniem od transowych i hipnotycznych klimatów większości materiału na: ''Po prostu''.
Już jednak początek kolejnej długiej (10 min.) kompozycji (''Nawet gdy noc pokrywa cieniem zieloną ziemię...'') zabiera nas w orientalną podróż, której nastrój potęguje zdeformowane brzmienie gitary Waglewskiego przypominające sitar. Podczas słuchania drugiej niezwykle dynamicznej części utworu, wyobraźnia podsuwa rozmazany obraz tańczącego w transie szamana przy ognisku w miejscu raczej bardzo odległym od mojego pokoju, w którym słucham tej płyty. Niezwykłe klimaty, niecodzienne doznania... Jednak albumowi należy poświęcić trochę uwagi i choć przyjemnie słucha się tych utwórów również ''w tle'' -niezwykłym okazać się może wysłuchanie płyty w skupieniu, poświęcając jej na te kilkadziesiąt minut całą swą uwagę.
Płyta podobnie jak rozpoczynała się nieobiecująco, tak i kończy się nieszczególnym, nijakim utworem: ''Don''.
Album został wydany bardzo starannie i estetycznie w digipacku z dołączona grubą książeczką, zawierającą zdjęcia i wypowiedzi wszystkich muzyków związane ze zjawiskiem o nazwie: Osjan, oraz obszerny wywiad Roberta Sankowskiego z Jackiem Ostaszewskim
Osjan od zawsze opiera się jakimkolwiek klasyfikacjom i szufladkowaniu, lecz myślę iż jedyną właściwą definicją określającą gatunkowo muzykę zespołu jest tytuł płyty połączony z nazwą grupy: ''Po prostu Osjan''.

Tagi: o rock blues
13:32, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 FLEETWOOD MAC: The Very Best Of /CD 2002 (1968-1997) Warner/
Go Your Own Way; Don't Stop; Dreams; Little Lies; Everywhere; Albatross; You Make Me Loving Fun; Rhiannon (Single Version); Black Magic Woman; Tusk; Say You Love Me; Man Of The World; Seven Wonders; Family Man; Sara; Monday Morning; Gypsy; Over My Head (Single Version); Landslide; The Chain; Big Love (Live, 1997)

Jednopłytowy lecz bardzo obszerny zestaw 21 najbardziej znanych utworów Fleetwood Mac jest przekrojem całej twórczości grupy z okresu prawie 30 lat. W przeciwieństwie do podobnego w charakterze oficjalnego albumu z 1988 roku (''Greatest Hits'') wydanego na fali ogromnej popularności płyty ''Tango In The Night'' (1987), ukazano tu różne oblicza zespołu sięgając też po nagrania z pierwszego okresu działalnosci kiedy to liderem grupy był Peter Green. Stąd utwory takie jak: ''Albatross'', ''Black Magic Woman'' czy ''Man Of The World'' sąsiadują z wielkimi hitami końca lat 80-tych: ''Little Lies'', ''Everywhere'' czy choćby: ''Seven Wonders''. Dla wygody słuchacza i możliwości szybkiego uruchomienia nagrań w innej konfiguracji proponowałbym w przypadku takich ''składanek'' umieszczenie obok tytułów ich chronologicznej kolejności. Wówczas to podczas kolejnego przesłuchiwania możnaby wybrać kolejność w jakiej utwory powstawały a tym samym chronologicznie prześledzić poszczególne etapy rewolucji jednego z najważniejszych zespołów świata. Najwięcej nagrań na płycie pochodzi z lat 70-tych, w tym aż pięć z bestsellerowego albumu: ''Rumours'' (1977), który przypomnę iż znajduje się w czołówce listy najlepiej sprzedających się płyt wszechczasów. Lata 70-te to okres wielkich sukcesów Fleetwood Mac zakończony doskonałym choć często niedocenianym w różnego rodzaju podsumowaniach podwójnym albumem: ''Tusk'' (1979), reprezentowanym tu przez dwa utwory: ''Sara'' oraz zawsze, przez wszystkie lata wywołujący u mnie te same emocje utwór tytułowy -to prawdziwe arcydziełko! Nie mogę zrozumieć jak można było na poprzedniej przekrojowej płycie Fleetwood Mac pominąć pierwszy bluesowy okres działalności grupy. Na ''The Very Best Of'' na szczęście nie popełniono tego karygodnego błędu i wyposażono krążek w trzy prawdziwe ''perełki'' będące kompozycjami pierwszego lidera zespołu Petera Greena: ponadczasowy i wciąż tętniący pięknem i nastrojem: ''Albatross'', który jest jedną z najpiękniejszych melodii świata; ''Black Magic Woman'', który stał się jednym z największych standardów wszechczasów (spopularyzowany też przez Santanę); oraz piękny i wciąż tak samo wzruszający: ''Man Of The World''. Wszystkie te trzy nagrania wydane zostały pierwotnie na singlach w latach 1968 i 1969, a więc dużo dużo wcześniej nim na listach przebojów i w MTV zagościły niemal wszystkie po kolei nagrania z przebojowego: ''Tango In The Night''. Warto pamiętać, iż ''Albatross'' był pierwszym instrumentalnym ''numerem jeden'' wśród przebojów końca lat 60-tych, kiedy to na listach królowały przeboje The Beatles, Elvisa Presleya czy The Rolling Stones. Jest to też utwór ponadczasowy, który swą siłę zawdzięcza chyba najzwyczajniej swej prostocie. Często zastanawiam się czym stałaby się grupa Fleetwood Mac w latach 70-tych i 80-tych, gdyby jej liderem był nadal Peter Green... Jedną z najważniejszych grup bluesowych? A może po nagraniu trzech, czterech kolejnych płyt nie przetrwałaby trudnej dla tego rodzaju muzyki, lat 70-tych? Fleetwood Mac jako jedna z niewielu grup przetrwała ten okres... co więcej: właśnie w tych dziwnych i nieprzyjaznych latach kiedy to rozpadło się najwięcej grup powstałych w latach 60-tych -zespół odnosił wielkie sukcesy (albumy: ''Fleetwood Mac'' -1975, ''Rumours'' -1977, czy wspomniany: ''Tusk'' -1979).
Również druga połowa lat 80-tych to pasmo olbrzymich sukcesów: najpierw album: ''Mirage'' (1982), w końcu jedna z najbardziej przebojowych płyt wszechczasów: ''Tango In The Night'' (na omawianej składance znalazły się aż cztery nagrania z tego albumu). Niestety już lata 90-te oraz kolejne dziesięciolecie nie należały do najszczęśliwszych dla grupy; całkiem ''przepadł'' bardzo udany album: ''Time'' (1995), a płyta: ''Say You Will'' (2003) gdyby nie fakt iż ukazała się rok po omawianej w tym miejscu składance mogłaby reprezentowana być jedynie przy rozbudowaniu tego zestawu do wersji dwupłytowej przez singlowy: ''Peacekeeper'' (i to przy dużej fantazji wydawcy).
''The Very Best Of Fleetwood Mac'' z roku 2002 to zdecydowanie najlepszy spośród dotychczas wydanych, przekrojowy album ukazujący wszystkie oblicza jednej z najważniejszych grup świata dyskwalifikujący tym samym wydany w 1988 roku ''okaleczony'' i uboższy: ''Greatest Hits'' (choć tam znajdziemy: ''As Long As You Follow'', pastiszowy: ''Oh Diane'', ''Hold Me'' i ''No Question Asked'' -które tu pominięto).

Tagi: f rock blues
13:31, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 listopada 2011

 BILLY IDOL: Cyberpunk /CD 1993 Chrysalis/
Wasteland; Shock To The System; Tomorrow People; Adam In Chains; Neuromancer; Power Junkie; Love Labours On; Heroin; Shangrila; Concrete Kingdom; Venus; Then The Night Comes; Mother Dawn

''Cyberpunk'' to płyta Billy Idola będąca swego rodzaju concept albumem opowiadającym o komputeryzacji i cyber przyszłości świata. Artysta nagrał ''Cyberpunk'' zafascynowany twórczością Wiliama Gibsona -pisarza będącego symbolem literatury science fiction poruszającej aspekty cyberprzestrzeni i komputeryzacji. Tematyka niejako tłumaczy charakter i sposób realizacji tej płyty podążającej stylistycznie w porównaniu do poprzednich płyt Idola w stronę elektroniki a nawet wykorzystania elementów kojarzących się raczej z muzyką techno.
Album otwiera przebojowy, utrzymany w transowym klimacie: ''Wasteland'', gdzie na plan pierwszy wysuwa się własnie elektronika.
Z numeracji utworów wynika, iż na płycie znajduje się 19 utworów; faktycznie mamy ich 13, gdyż część nagrań poprzedzona jest krótkimi wstępami indeksowanymi na płycie, lecz nie posiadającymi konkretnych tytułów.
Bardziej rockowo jest w drugim (czwartym): ''Shock To The System''; tutaj mamy takiego Billy Idola do jakiego zdążyliśmy się przyzwyczaić na czterech poprzednich krążkach.
''Tomorrow People'' nie zaskakuje niczym; utwór oparty jest na natrętnie powtarzanym refrenie otoczonym różnego rodzaju elektronicznymi dźwiękami stając się w ciągu 5 minut trwania wręcz monotonnym.
Ciekawiej brzmi spokojny industrialnie brzmiący: ''Adam In Chains'', któremu jednak daleko do spokojnych klimatycznych utworów, jakimi Billy potrafi czarować na innych płytach (jak np.''Eyes Without A Face'' na płycie ''Rebel Yell'').
Natłok zastosowanych groove'ów, sampli, loopów (czy jak je jeszcze nazwać?) towarzyszy nam w ''Neuromancer'' i ''Power Junkie'', które doskonale nadawałyby się do zilustrowania niektórych kadrów z ''Terminatora'', jednak jako samoistne tracki audio mogą nieco nużyć. W drugim z wymienionych utworów mamy jednak przynajmniej doskonałą rockową gitarę, której dotychczas trochę brakowało na płycie.
''Love Labours On'' to drugi spośród spokojnych utworów na płycie. Przepojony dźwiękami imitującymi hinduskie instrumenty, ozdobiony ciekawymi gitarowymi zagrywkami tworzy ciekawy nastrój. Są to zdecydowanie jedne z najlepszych minut całego albumu.
Dziwolągiem jest ''Heroin'' Lou Reeda (z repertuaru Velvet Underground) z wplecionymi cytatami z ''Glorii'' Patti Smith w rytmie techno. Tu już doprawdy trudno napisać cokolwiek dobrego, więc łaskawie nie komentuję dalej tego utworu tylko spokojnie czekam do jego końca.
Klimaty etniczne (tym razem są to dźwięki arabskie) pojawiają się ponownie w monotonnym: ''Shangrila'' trwającym o 7 i pół minuty za długo. Słuchając tego krążka zastanawiam się czy jest on z każdym kolejnym utworem na coraz niższym poziomie, czy moja tolerancja po ok. 40 minutach słuchania tej płyty po prostu już się kończy.
Tak czy inaczej przy: ''Concrete Kingdom'' czekam po prostu z nadzieją na następne nagranie pośród monotonnego rytmu, z którego na moment tylko wyrywa mnie wspaniale brzmiąca gitara, której tak strasznie mi brakuje podczas słuchania tego krążka.
''Venus'' zaczyna się obiecująco własnie partiami rockowej gitary, syntezatory rytmiczne tworzą natomiast klimaty spod znaku Depeche Mode z okresu płyty: ''Ultra''. W sumie nie byłoby źle, gdyby był to jeden ze słabszych utworów na całym albumie a nie pierwszy po dobrych kilkunastu minutach, którego potrafię wysłuchać bez znużenia.
Pulsujący transowy rytm oparty na dźwiękach ciekawie skonstruowanych przez gitarę basową jest atrybutem: ''Then The Night Comes''. Fajnie skonstruowane pod względem aranżacji nagranie brzmi interesująco pomimo iż to dość prymitywny kompozycyjnie utwór.
Na koniec albumu zostajemy ponownie zaatakowani elektronicznym pulsującym niczym lampa stroboskopowa rytmem, na którego tle wyśpiewywany jest refren stylistycznie nawiązujący do estetyki muzyki gospel. Zastosowana w utworze rytmika oparta na elektronice połączona z refrenem o specyficznej melodyce przywołuje skojarzenia z niektórymi produkcjami formacji Erasure. To dość udane zakończenie całej płyty mimo bardzo nietypowej dla Billy Idola.
Z perspektywy upływu czasu płytę uznać należy za prekursorską po względem łączenia w tak dużym stopniu elektroniki z muzyką rockową. Przetartym przez Idola szlakiem podążać zaczęli w drugiej połowie lat 90-tych kolejni artyści. Tylko czy warto było ten szlak przecierać?

13:04, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 STATUS QUO: Perfect Remedy /CD 1989 Vertigo/
Little Dreamer; Not At All; Heart On Hold; Perfect Remedy; Address Book; The Power Of Rock; The Way I Am; Tommy's In Love; Man Overboard; Going Down For The First Time; Throw Her A Line; 1000 Years

Status Quo to jeden z tych zespołów ''starej gwardii'', którego niezaprzeczalną zaletą jest to iż przez wszystkie lata istnienia muzyka, jaką znajdujemy na kolejnych jego płytach nie zmienia się i nie próbuje ewoluować w niebezpieczne rejony. Dzięki temu, jeszcze przed ukazaniem się każdego kolejnego krążka wiemy iż muzycy nie będą próbowali nas niczym nowym zaskoczyć a po prostu nagrali kolejny materiał w swoim niezmiennym od lat stylu. Po prostu: kupujemy każdy kolejny nowy krążek formacji w ciemno, mając w pełni zaufanie do niezmiennej marki: Status Quo. To tak jak z Coca-Colą, Marlboro czy ...The Rolling Stones. Właśnie ta pewność tego, iż w środku opakowania znajdziemy właśnie to czego się spodziewamy. Moje przyzwyczajenie do niezmienności Status Quo przez kilka dziesięcioleci istnienia grupy sprawiło, iż poczułem się podczas oglądania kolejnego koncertu grupy na DVD niemal rozczarowany ujrzawszy Francisa Rossi już bez charakterystycznego ''kucyka'' i kamizelki :) . Muzyka na szczęście brzmiała tak jak zawsze!
Płyta ''Perfect Remedy'' z 1989 jest własnie takim ''typowym'' albumem Status Quo prezentującym to co fani w grupie tej kochają najbardziej.
Przebojowy ''Little Dreamer'' otwierający płytę już od pierwszych taktów nie pozostawia wątpliwości co do tego iz mamy do czynienia z kolejną doskonałą płytą i brzmieniem jakie zespół wypracował przez dziesięciolecia. Podobnie jest z tytułowym utworem z płyty.
Pewnego rodzajem innowacją nie są też okazjonalne wędrówki w rejony innych brzmień, gdyż jest to też jest niezmienną domeną zespołu od zawsze. Do takich zaliczyłbym utrzymany w stylistyce country: ''Address Book'' czy ''stadionowe'' brzmienie kojarzące się ze stylistyką utworów Barclay James Harvest w ''The Power Of Rock''. W obu przypadkach jednak mamy do czynienia z niezmiennością charakterystycznych uderzeń perkusji, pogłosem wokalu Rossiego i temu wszystkiemu co nie pozwala nam zapomnieć o ''status quo''.
Bardzo sympatycznie słucha się sentymentalnego ''Tommy's In Love'' ozdobionego dźwiękami szarpanych strun skrzypiec i pogwizdywaniem.
Skojarzenia z późnymi dokonaniami niedocenianej od właściwej strony w Polsce grupy Beach Boys, towarzyszą mi natomiast podczas: ''Man Overboard'' ozdobionego agresywnymi riffami gitary i takąż solówką.
Bezpośrednim nawiązaniem do estetyki brzmień muzyki glam rockowej spod znaku Smokie czy Suzie Quatro są natomiast ''Going Down For The First Time'' i ''Throw Her A Line''.
Na koniec zespół serwuje nam refleksyjną wędrówkę podczas sentymentalnej ballady: ''1000 Years'', podczas której struktury wokalne dyskretnego chórku nawiązują ponownie do lat 70-tych.
Jeśli napiszę iż ''Perfect Remedy'' to płyta bardzo charakterystyczna dla Status Quo, zabrzmi to zapewne banalnie, gdyż w przypadku tej grupy każdy niemal album takowym jest.
Po prostu: dobra, niezawodna marka, jak zawsze: Status Quo. 

Tagi: rock blues s
13:03, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 JETHRO TULL: Live. Bursting Out /2CD's/2LP's 1978 Chrysalis/
CD1 / LP1 -str.1: No Lullaby; Sweet Dream; Skating Away On The Thin Ice Of The New Day; Jack In The Green; One Brown Mouse;
LP1 -str.2: A New Day Yesterday; Flute Solo Improvisation / God Rest Ye Merry Gentlemen / Bouree; Songs From The Wood; Thick As A Brick;
CD2 / LP2 -str.1: Hunting Girl; Too Old To Rock 'n' Roll, Too Young To Die; Conundrum; Minstrel In The Gallery
LP2 -str.2: Cross -eyed Mary; Quatrain; Aqualung; Locomotive Breath; The Dambusters March (CD: / Medley)

To zdecydowanie jeden z najlepszych rockowych albumów koncertowych wszechczasów, nagrany i wydany w okresie wielkich sukcesów Jethro Tull w połowie lat 70-tych, w dodatku w  najlepszym chyba z możliwych składów formacji. Oprócz trzonu zespołu: Iana Andersona i Martina Barre w zespole grali wówczas: John Evan, Barriemore Barlow, David Palmer i John Glassock, czyli mamy do czynienia z sześcioosobową grupą! Niestety zarówno na okładce oryginalnego wydania na płytach winylowych z roku 1978, jak i w książeczce pierwszej edycji na dwóch CD -brak dokładnych dat a nawet miejsc zarejestrowania nagrań. Utwory jakie złożyły się na ten półtoragodzinny program zostały zarejestrowane podczas różnych koncertów w Europie i tworzą zwartą robiącą pozornie wrażenie jednego koncertu całość.
Program płyt to zestaw najsłynniejszych dokonań Jethro Tull z lat 70-tych, z pominięciem jednak doskonałego albumu: ''Stormwatch'' (1979), który w 1978 roku był dopiero w planach. Są tu więc: ''Songs From The Wood'', ''Too Old To Rock 'n' Roll; Too Young To Die'', ''Minstrel In The Gallery'', ''Aqualung'' i ''Locomotive Breath'', ale też kilka mniej znanych rzeczy, które w wersjach koncertowych zalśniły nowym blaskiem jak choćby: ''Hunting Girl'' czy otwierająca całość: ''Hunting Lullaby''.
Tym co jest prawdziwym atrybutem albumu są rozimprowizowane fragmenty koncertów, jak choćby popisy Andersona na flecie połączone z tematem ''Bouree'' na pierwszej płycie, czy kończąca ją 12-minutowa wersja: ''Thick As A Brick''. Utwór ten, choć w oryginale wypełniający cały album, zawsze doskonale brzmi w wersjach koncertowych. Na ''Live. Bursting Out'' otrzymujemy kilkanaście minut pełnej pasji koncertowej interpretacji jednego z kamieni milowych muzyki rockowej lat 70-tych. ''Thick As A Brick'' kończy zarówno drugą stronę pierwszego longplaya jak i pierwszy dysk kompaktowego wydania, a po owacjach jakie słyszymy po wybrzmieniu ostatnich dźwięków utworu, można się domyślić iż zarejestrowany został podczas jakiegoś naprawdę dużego koncertu.
Ian Anderson to od zawsze wyborny gawędziarz, dlatego większość utworów poprzedzona jest jego krótką opowiescią. Tak jest zarówno przed: ''Hunting Girl'' jak i przed: ''Too Old To Rock ' 'Roll...'' -jednym z najsłynniejszych utworów Jethro Tull, a zarazem jedną z najsłynniejszych rockowych piosenek rockowych minionego stulecia, ozdobionej w wersji z ''Bursting Out'' solem saksofonu i chórkiem.
Prawdziwą perłą albumu jest blisko 7-minutowy instrumentalny: ''Conundrum'' wypełniony w dużej części solem perkusyjnym B.Barlowa. To utwór jakiego wysłuchać można tylko i wyłącznie na tym albumie -nie ma bowiem swego studyjnego odpowiednika.
Zaskakujący jest początek: ''Minstrel In The Gallery'' dalece odbiegający od wersji znanej z płyty studyjnej z roku 1975 czy albumu: ''Repeat -The Best Of Jethro Tull Vol.II'' (1977), kiedy to dopiero po dźwiękowych impresjach wyłania się znany motyw.
Wielką siłą i wyjątkową (nie znaną z wersji studyjnej) rockową mocą obdarzona jest: ''Cross -eyed Mary''.
Po dziwnym, improwizowanym temacie: ''Quatrain'' (podobnie jak: ''Countdrum'' -nie posiadającym swego studyjnego odpowiednika) Ian Anderson żegna się z nami, choć czeka nas jeszcze 17 minut muzyki. Czar złudzenia polegającego na wrażeniu uczestnictwa w jednym całym koncercie podczas słuchania albumu pryska potęgowany nieudolnym miksem nachodzącego niespodziewanie: ''Aqualung'' -kolejnego ''kamienia milowego'' rocka lat 70-tych. 
Właściwym bisem jest poprzedzony dłuższymi owacjami, zawsze kipiący nietypowym wręcz dla Jethro Tull, niemal hard rockowym temperamentem: ''Locomotive Breath''. Utwór płynnie przechodzi w trzeci w tym zestawie nieindeksowany na żadnej innej płycie temat: ''The Dambusters March'' zakończony cytatem z ''Aqualung'' i to już naprawdę koniec.
Choć: ''Live. Bursting Out'' nie jest jedynym albumem koncertowym Jethro Tull a wydane w późniejszych latach koncerty (jak choćby te z Hammersmith Odeon z 1984 i 1991 roku) zawierały materiał uzupełniony o nowsze utwory, uważam ten właśnie album za najwłaściwszą wizytówkę grupy z najlepszego jej okresu.
Tym czym dla Deep Purple jest: ''Live In Japan'', a dla Led Zeppelin: ''The Song Reamains The Same'' -tym dla Jethro Tull jest: ''Live. Bursting Out''. Jest to zarazem album, który obok wyżej wymienionych stanowi kanon najlepszych koncertowych płyt rockowych wszechczasów.

13:02, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 listopada 2011

 SASKIA LAROO: Really Jazzy /CD 2008, My Music/
Jazzn'Jamz; Courtesy to Coltrane; Really Jazzy; Up the Mountain; Same Song; Munchin'; Kumpa; Big Blues; Night Garden; Funky Roads; Jealousy; Go for it

Holenderska trębaczka Saskia Laroo nazywana przez niektórych ''Lady Miles Davis'' ma na swym koncie już kilka płyt. Pod własnym nazwiskiem (pseudonimem?) zadebiutowała w 1994 roku płytą ''It's Like Jazz'' a ''Really Jazzy'' to płyta wydana 14 lat po debiucie fonograficznym. Krążek oparty jest na samplach i groovach spreparowanych w warunkach studyjnych w Amsterdamie przez samą Laroo, lecz w nagraniu płyty towarzyszyła jej cała rzesza muzyków i raperów -nie jest więc to pozycja spreparowana elektronicznie gdzie jedynym ''żywym'' instrumentem jest trąbka. A jednak muzyka zawarta na płycie robi wrażenie bardzo mechanicznej i pozostawia niedosyt estetyczny dla oczekującego podczas słuchania głębszych doznań muzycznych.
W zasadzie przyjemnie się słucha tego materiału jako podkład podczas spotkań towarzyskich lub jazdy samochodem -nie jest to jednak muzyka sprawdzająca się podczas słuchania w sposób kontemplacyjny, bowiem po jej przesłuchaniu odnieść można wrażenie, iż podczas godziny spędzonej przed głosnikami, słuchaliśmy jednego długiego utworu.
Trudno zapamiętać po przesluchaniu krążka coś więcej niż trąbkę z tłumikiem naśladującą z różnym efektem brzmienie Davisa na tle nieco monotonnego rytmu i czarny rap połączony z chórkami.
Uważam jednak, iż taka choćby ''Same Song'' to naprawdę dobry motyw kompozycyjny i gdyby Artystka zdecydowała się ''podać go'' w nieco innym ''sosie'' -mogłoby powstać całkiem interesujące nagranie uwzględniając umiejętności interpretacyjne Pani Laroo. Na płycie znajdziemy wiele ciekawych rozwiązań melodycznych i interesujących motywów -wszystko to podane jest jednak w ''sosie'' nie zawsze zaspakajającym moje oczekiwania wobec muzyki jazzowej.
Znam kilka przykładów płyt, które oprócz swoich podstawowych wersji, posiadały wersje alternatywne spreparowane przez DJ-ów. Album ''Really Jazzy'' robi na mnie właśnie wrażenie takiej ''wersji alternatywnej'', tylko dlaczego u licha nie wydano tej płyty także w ''wersji podstawowej''?
W książeczce płyty poznajemy całą rzeszę kilkunastu muzyków biorących udział w nagraniu płyty i doprawdy nie mogę pojąć dlaczego tak wielkiego wysiłku wymaga usłyszenie ich instrumentów podczas poszczególnych utworów. Na niektórych płytach efekty elektroniczne i syntezatory ''udają'' żywe instrumenty -tu jednak jest odwrotnie: instrumenty ''żywe'' robią wrażenie spreparowanych elektronicznie. Jakże cieszy na tym ''bezrybiu'' autentyczna solówka keyboardów w utworze ''Big Blues'' czy naturalne brzmienie ''Night Garden'', gdzie zarówno gitara jak i sekcja rytmiczną dają o sobie znać! Bardzo ciekawie mogłaby zabrzmieć też ballada ''Jelaousy'', gdyby pozbawić ją uciążliwego mechanicznego rytmu. Najprawdopodobniej to co mnie drażni na tej płycie jest dla innych jej atrybutem i cechą użytkowości tej muzyki, gdyż przy każdym tytule utworu podano ilość bitów na minutę. Co ja za to mogę, iż słuchając ostatniego utworu (''Go for it'') bardziej interesowała mnie ilość minut jaka pozostała do jego zakończenia niż bity?

Tagi: jazz L
13:02, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 DIXIE WARSAW JAZZMEN: Sweet Sue /CD 2011/
Sweet Sue; Louisiana-i-ay; The Old Rugged Cross; Eh La Bas!; Mood Indigo; Bye Bye Blues; Nobody's Sweetheart Now; La Vie En Rose; Big Butter & Egg Man; Red Roses For A Blue Lady; The World Is Waiting For The Sunrise; Home When Shadows Fall; Dream A Little Dream Of Me; When The Saints Go Marching 'In

Pełne radości i tchnące pozytywną energią interpretacje 14 standardów z pierwszej połowy minionego stulecia, a więc okresu zwanego ''Złotą Erą Jazzu''.
Dixie Warsaw Jazzmen to zespół założony w 2007 roku przez czterech muzyków związanych przed laty z tak klasycznymi formacjami jazzu tradycyjnego jak: Hagaw, Vistula River Brass Band, Blues Fellows, Gold Washboard oraz orkiestrą Big Warsaw Band.
Dzięki zastosowaniu tradycyjnego instrumentarium (trąbka, klarnet, saksofon basowy i banjo) oraz efektów ''z epoki'' (jak choćby głos przetworzony przez megafon w ''Louisiana-i-ay'' i ''Bye Bye Blues'') oraz profesjonalizmu muzyków hołdujących tradycji, mamy do czynienia z autentycznym brzmieniem odwołującym się do dawnych tradycji dixielandu. Spośród czternastu utworów zamieszczonych na czwartej już płycie kwartetu jaką jest ''Sweet Sue'' zaledwie trzy kompozycje poddane zostały dodatkowym aranżacjom ukazującym nieco inne ich oblicze. W stosunku do pozostałych standardów Dixie Warsaw Jazzmen postawili na tradycję oddając w pełni ich pierwotny klimat lecz wykonując je z niezwykłą precyzją, w której dostrzec możemy niesłychane (sic!) wyczucie klimatu i specyfiki jazzu tradycyjnego.
Znany z najróżniejszych wykonań temat: ''La Vie En Rose'' brzmi w tradycyjnej interpretacji kwartetu doskonale, podobnie jak sentymentalny przedwojenny przebój: ''Red Roses For A Blue Lady'' zaśpiewany po polsku (!) do tekstu Andrzeja Fesnaka ozdobiony wspaniałymi solami trąbki i klarnetu. To nie jedyny utwór opatrzony polskim tekstem na tej płycie, drugim jest wspaniale zaśpiewany przez lidera formacji Zygmunta K.Jagodzińskiego: ''Home When Shadows Fall''. Utwór ten oparty jest na akordach saksofonu basowego, który jest bardzo ważnym elementem brzmienia zespołu.
Doskonale brzmi w interpretacji Dixie Warsaw Jazzmen temat znany z tak różnych wykonań jak: Louis Armstrong, Dean Martin, Marilyn Monroe czy Connie Francis: ''Dream A Little Dream Of Me'' ozdobiony pięknie brzmiącą trąbką i partiami klarnetu a zaśpiewany przez Stefana Woźniakowskiego.
Doskonałym zakończeniem albumu jest: ''When The Saints Go Marchin 'In'' wykonany z werwą i animuszem charakterystycznym dla Największych Twórców Jazzu Tradycyjnego.
Jakże wiarygodnie brzmi czytane w trakcie przesłuchiwania płyty wyznanie Muzyków umieszczone wewnątrz okładki płyty: ''Muzyka jest dla nas sposobem na życie, jest naszą pasją, towarzyszy nam już od ponad 40. lat''.
Zespół Dixie Warsaw Jazzmen tworzą: Stefan Woźniakowski, Andrzej ''Bigol'' Bigolas, Włodzimierz Halik i Zygmunt K.Jagodziński.

12:53, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 GARY GUTHMAN: Solar Eclipse /CD 2011 Polskie Radio SA/
Behind Closed Doors; A Sea Apart; Medicine Man; Di Trevi; The Liars Club; Gentlemen's Playground; Sarah's Waltz; Bajan Secret; David's Dream; Solar Eclipse

''Solar Eclipse'' to pierwsza płyta trębacza nagrana w Europie. Wypełnia ją 10 autorskich kompozycji Guthmana nagranych wraz z doskonałymi polskimi instrumentalistami: Filipem Wojciechowskim (fortepian), Pawłem Pańtą (bas) i Cezarym Konradem (perkusja).
Gary Guthman jest jednym z najpopularniejszych amerykańskich trębaczy, oraz cenionym sidemanem, mającym za sobą współpracę z takimi wykonawcami jak: Tony Bennett, Aretha Franklin, Tom Jones, Paul Anka, Dionne Warwick czy grupa Bee Gees. Miał okazję grać też w tak znakomitych orkiestrach jak: The Memphis Symphony, Edmonton Symphony czy Calgary Philharmonic Orchestra, oraz wykładał improwizację jazzową w kilku uniwersytetach w USA. Od kilku lat mieszka wraz z żoną Małgorzatą w Polsce i współpracuje z polskimi muzykami. ''Solar Eclipse'' jest płytą, na której mamy okazję poznać osobowość muzyczną Guthmana jako kompozytora, aranżera i kierownika zespołu.
Podczas słuchania nagrań wypełniających album trudno nie dostrzec niezwykłej perfekcji i dyscypliny wykonawczej oraz ogromnej wirtuozerii całego zespołu (świetnie brzmią partie fortepianu w ''Medicine Man'').
Oprócz tematów dynamicznych, niejednokrotnie dzięki ''szarpanym'' strunom basu nawiązujących do stylistyki funky, znajdziemy na płycie również trzy bardzo klimatyczne ballady jazzowe. Pierwszą z nich jest temat: ''Di Trevi'', który kojarzyć się może z najpiękniejszymi standardami nastrojowej jazzowej trąbki (nawiązania do estetyki uwielbianej przez miłośników soundu choćby Piotra Wojtasika).
Kolejną piękną balladę odkrywamy w: ''Sarah's Waltz'', gdzie brzmienie trąbki Guthmana na tle pięknych pasaży fortepianowych po prostu chwyta za serce. Mamy tu również okazję upajać się podsycającymi klimat partiami kontrabasu i ''szemrzącą'' perkusją. Właśnie te spokojne stonowane utwory uważam za prawdziwe perełki płyty: ''Solar Eclipse''.
Trzecią balladą na albumie jest ''David's Dream'', gdzie po raz kolejny przekonujemy się jak ważny w tworzeniu nastroju jest na płycie Guthmana fortepian F.Wojciechowskiego.
Pomimo, iż większość nagrań zawartych na albumie jest swego rodzaju ''jazzem użytkowym'', znajdziemy tutaj także utwory jakie powinny zwrócić uwagę ''bardziej zaangażowanych'' słuchaczy, jak choćby: ''The Liars Club'' oparty na ciekawym synkopowanym rytmie, podczas którego zarówno partie fortepianu jak i perkusji i basu po prostu indywidualnie przykuwają uwagę.
Mniej przekonywujące są utwory aspirujące do miana muzyki łatwiejszej i bardziej przyswajalnej, oparte przeważnie na niczym nie wyróżniającej się prostej melodyce i wbogacone mało wyszukanymi solówkami (m.in. ''Bajan Secret'' kojarzący się z produkcjami Herba Alperta), choć trudno odmówić im perfekcji i miana produkcji na najwyższym poziomie.
Zakończeniem płyty jest utwór tytułowy, w którym szczególnie znacząco dochodzą do głosu poszczególne instrumenty ukazując skład utworzony przez Guthmana jako zestawienie czterech doskonałych osobowości. Sam lider gra tutaj z zastosowaniem różnych brzmień trąbki, a kompozycja w sensie struktury jest niezwykle urozmaicona i wielowątkowa czyniąc ten utwór jednym z najciekawszych na całym albumie.
Z zainteresowaniem sięgnę po kolejną płytową pozycję Guthmana, a mam nadzieję iż Muzyk mieszkający obecnie w Polsce współpracował będzie nadal z czołowymi polskimi instrumentalistami jak miało to w przypadku: ''Solar Eclipse''.

Tagi: g jazz
12:46, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 listopada 2011

 JACEK KOROHODA: Window To The Backyard (Gowi 2010)
Window to the Backyard; Over the Sixties; Looking Around; Fascinations part II; Market; PJB 2010; Ballad IX; Sad L.A.; Waiting for the Rainbow; Looking Around (radio edit)

Jacek Korohoda to Muzyk niezwykle wszechstronny. Jednym z pierwszych a zarazem najbardziej znaczących w jego biografii artystycznej projektów, była współpraca z Kwartetem Adama Kawończyka (ex Extra Ball). Debiut fonograficzny Jacka to z kolei płyta ''Schi'' (1987) firmowana przez Sucha Orkiestra, zawierająca muzykę filmową i teatralną Krzysztofa Suchodolskiego. Następnie przez 4 lata Korohoda był gitarzystą Big Bandu Jaszczury, z którym koncertował u boku m.in. Zbigniewa Namysłowskiego i Jarka Śmietany. Od 1992 roku jest członkiem legendarnej grupy Prowizorka Jazz Band, z którą nagrał 4 płyty, a w międzyczasie grał też w zespole Marka Grechuty -Anawa. Przez lata współpracował z wieloma Artystami, takimi jak Beata Rybotycka, Włodzimierz Korcz, Kwartet Mo Carta, Wojciech Młynarski, a ostatnio także z Katarzyną Cygan (najnowsza płyta: ''Wiśnia'', 2011), oraz ponownie z Jarkiem Śmietana biorąc udział w projekcie koncertowym Gitarzysty: ''Psychodelic. Music Of Jimi Hendrix'' wraz z m.in. Wojtkiem Karolakiem, Maciejem Sikałą i Adamem Czerwińskim.
W roku 2007 ukazała się pierwsza w pełni autorska płyta Jacka Korohody: ''If It Happens'', a trzy lata później doskonały album: ''Window To The Backyard'' (2010).

Otwierajacy płytę utwór tytułowy od początku wprowadza nas w odpowiedni nastrój. Po kilku pierwszych taktach ''Window To The Backyard'' zdałem sobie sprawę z tego iż lada chwila może odezwać się ten najniższy z najniższych głos ...Barry White... ale to nie ta płyta :-) . Pojawia się ciekawy chórek a gitara ''plumka'' w cudowny absorbujący sposób a w tle druga ...należąca do Jarka Śmietany.
Wydawać by się mogło, iż po tak doskonałym początku płyty czeka nas coś w rodzaju ...wypełniacza? Nic z tego! ''Over The Skies'' to kolejny wyśmienity utwór! Chórek wyśpiewuje tekst o wzywających nas głosach Aniołów a my podążamy za nimi przy dźwiękach doskonałej gitary Korohody.  Skojarzenia? Klimaty znane z najlepszych momentów niektórych płyt Carlosa Santany.
''Looking Around'' nasuwać może również skojarzenia z Santaną -nie jest to bynajmniej zarzut do Twórcy płyty, lecz sposób w jaki próbuję opisać klimat utworu. Jacek Korohoda to doskonały kompozytor, aranżer i producent mający swój oryginalny sound i sposób eksponowania melodyki i choć płyta ''Window To The Backyard'' nie jest jego pierwszym albumem -śmiem twierdzić iż pierwszym, na którym tak wyraźnie i odważnie zaznaczył piętno swojej oryginalnej osobowości i wrażliwości muzycznej.
''Fascinations Part II'' to sięgnięcie po starszą kompozycję Jacka w nowej, świetnie brzmiącej i ukazującej nowe oblicze utworu estetyce. Poruszająca wokaliza, świetne solo saksofonu sopranowego (Leszek Nowotarski) i panująca nad całością doskonała gitara lidera.
''Market'' to jak dotąd najbardziej żywiołowy utwór na płycie. To dwuczęściowe nagranie jest jednym z ukłonów w stronę zespołu Prowizorka Jazz Band i tego co Korohoda robił razem z tą grupą w przeszłości. Słuchamy muzyków Prowizorki, oraz sola Śmietany grającego w tym utworze.
Pozostajemy w tym klimacie podczas kolejnego ''prowizorkowego'' tematu: ''PJB 2010''. W zasadzie wierząc tytułowi, możemy to nagranie traktować jako najnowszą odsłonę PJB. W trakcie utworu towarzyszy nam ponownie L.Nowotarski na saksofonie i S.Piotrowski na tak charakterystycznie brzmiacej akustycznej gitarze basowej, ale także nieodżałowany Tomasz Sacha, którego głos zgrany z prywatnych taśm archiwalnych ozdabia to nagranie.
Chwila wytchnienia? Proszę bardzo: ''Ballad IX'' to króciutka impresja zagrana przez Korohodę w towarzystwie kontrabasu Józefa Michalika.
W kolejnym nagraniu płyniemy dalej po muzycznej tęczy! ''Sad L.A'' to wspaniałe gitarowe dialogi dwóch Wielkich Gitarzystów i Przyjaciół: Jacka Korohody i Jarka Śmietany oraz  doskonałe solo elektronicznych klawiszy Artura Michalskiego przy wtórze keyboardów Grzegorza Górkiewicza, a do tego chórek. Jest wspaniale! Słuchając tego utworu byłem przekonany, iż to Śmietana w tak charakterystyczny dla siebie sposób podśpiewuje przy gitarze, tymczasem jak wynika z opisu w książeczce płyty -to Jacek. ''Sad L.A.'' to chyba mimo wszystko najbardziej ''śmietankowy'' utwór na krążku, w którym najwyraźniej swe piętno odcisnął Jarek Smietana.
Pora na finał... Nie wiem co napisać o przepięknym utworze kończącym tą doskonałą płytę... Może że jest doskonały? Może że kiedy dostałem tą płytę od Jacka -nie mogłem się od tego nagrania uwolnić? Że jest skondensowaną miniaturką zawierającą w sobie esencję klimatu całej płyty?
Z wyciszenia przypływa do nas Muzyka: cudnie, anielsko brzmiące solo gitary, po chwili dołącza flet... płyniemy po muzycznej tęczy w błogostanie stworzonym przez dźwięki... pojawia się chórek odśpiewujący niczym mantrę jedno proste zdanie:
''Popatrz przez okno
Ktoś za oknem tęczy dotknął''
Choć to prosty, zwyczajny utwór -zawiera w sobie w pewnym sensie przesłanie całej płyty. Tak często gonimy za codziennymi sprawami, nie dostrzegając wielu pięknych rzeczy nas otaczających... takich, którym naprawdę warto poświęcić trochę czasu. Takich jak ta płyta... Płyta, której pudełko nie zdobi w ilości kilkudziesięciu sztuk reprezentacyjnego regału w ''Empiku'' czy innym ''płytowym markecie'' dla niewymagających, lecz poszukajcie jej -a gdy ją znajdziecie, być może uda się Wam złapać w zwariowanej, zagonionej codzienności coś tak ulotnego jak tęcza ...coś tak wyjątkowego jak ta Muzyka, w której po prostu można się zakochać. A Kochanka to wdzięczna i wierna -zapewniam.
Jest jeszcze jedno nagranie na płycie, które traktuję jednak jako bonus, choć w spisie nagrań funkcjonuje jako pełnoprawny utwór. Właściwym zakończeniem płyty jest bowiem radiowa wersja ''Looking Around'', krótsza od oryginału o półtorej minuty. 
Ilekroć słucham tej płyty; po jej zakończeniu wracam raz jeszcze do ''Waiting For The Rainbow''. Tak robię i tym razem pisząc ten tekst :-) .

00:10, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »


 JACEK KOROHODA: If It Happens /Gowi 2007/
My Manuela; If It Happens; Her Smile; Waltz For R.; Snare Communication Instrumental; Ballad X; My Sweetheart Samba; Snare Communication

Jacek Korohoda to Muzyk niezwykle wszechstronny. Jednym z pierwszych a zarazem najbardziej znaczących w jego biografii artystycznej projektów, była współpraca z Kwartetem Adama Kawończyka (ex Extra Ball). Debiut fonograficzny Jacka to z kolei płyta ''Schi'' (1987) firmowana przez Sucha Orkiestra, zawierająca muzykę filmową i teatralną Krzysztofa Suchodolskiego. Następnie przez 4 lata Korohoda był gitarzystą Big Bandu Jaszczury, z którym koncertował u boku m.in. Zbigniewa Namysłowskiego i Jarka Śmietany. Od 1992 roku jest członkiem legendarnej grupy Prowizorka Jazz Band, z którą nagrał 4 płyty, a w międzyczasie grał też w zespole Marka Grechuty -Anawa. Przez lata współpracował z wieloma Artystami, takimi jak Beata Rybotycka, Włodzimierz Korcz, Kwartet Mo Carta, Wojciech Młynarski, a ostatnio także z Katarzyną Cygan (najnowsza płyta: ''Wiśnia'', 2011), oraz ponownie z Jarkiem Śmietana biorąc udział w projekcie koncertowym Gitarzysty: ''Psychodelic. Music Of Jimi Hendrix'' wraz z m.in. Wojtkiem Karolakiem, Maciejem Sikałą i Adamem Czerwińskim.
W roku 2007 ukazała się pierwsza w pełni autorska płyta Jacka Korohody: ''If It Happens''.
Od początku słychać, iż mamy do czynienia z bardzo przemyślaną dramaturgicznie płytą. Otwierająca płytę kompozycja ''My Manuela'' jest niejako wprowadzeniem w świat widziany oczyma Jacka Korohody, który stara się go nam opisać barwami dźwięków składających się na płytę. Niewątpliwą ozdobą tego nagrania jest oprócz klimatycznych wokaliz chórku, wspaniałe solo Leszka Szczerby (saksofon sopranowy).
Chórki z kolei, których sposób ''zastosowania'' w utworach jest tak charakterystyczny dla nagrań Korohody, stanowią bardzo ważny element utworu tytułowego (jedynego na płycie nie napisanego samodzielnie przez twórcę płyty, lecz wspólnie z grającym na instr.klawiszowych: Grzegorzem Górkiewiczem); pięknej ballady osnutej wokół bardzo prostej melodii okraszonej fajnie brzmiącymi efektami klawiszowymi. Czymś co uważam za bardzo charakterystyczne dla kompozycji Jacka Korohody jest właśnie wspomniana prostota melodyczna, która dopiero dzięki niezwykłym aranżacjom i właściwej, efektownej oprawie sprawia, iż domeną większości nagrań na płycie jest ich niezwykła interpretacja i przekaz w sensie dźwiękowym.
''Her Smile'' to pierwszy jednak ukłon w stronę bardziej zawiłych rozwiązań melodycznych z typowo jazzowymi partiami klawiszy, basu i saksofonu. Całość ''godzi'' jednak piękna, ''swobodna'' linia gitary lidera, wywołująca skojarzenia ze sposobem gry George'a Bensona.
Wokół pięknej partii flugelhornu Bogdana Wysockiego osnute jest kolejne nagranie: ''Waltz For R.'' To prawdziwa perełka dla konserwatywnych miłośników współczesnego jazzu! Jest tu wszystko: piękna partia saksofonu, fragment będący popisem wirtuozerskim kontrabasu (Grzegorz Bąk), ''szczoteczkowa'' perkusja (Sławomir Berny), a nawet pięknie brzmiąca razem z wspomnianym flugelhornem harmonijka ustna (Łukasz Wiśnia Wiśniewski).
Bardzo interesująco brzmią improwizacje fortepianowe oraz ponownie wyśmienity saksofon w ''Snare Communication Instrumental''. Kompozycję tą śmiało umieścić można pośród utworów bardzo reprezentatywnych dla czegoś co zwykło się nazywać w ostatnich latach mainstreamem. Korohoda gra w tym utworze zarówno pięnym czystym jazzowym brzmieniem, jak i rockowymi akordami.
W ''Ballad X'' pojawia się pierwszy raz na płycie (lecz nie ostatni): saksofon tenorowy (L.Szczerba), wokół którego dźwięków osnuta jest znaczna część kolejnej muzycznej opowieści Krakowskiego Gitarzysty -najdłuższa, gdyż trwająca blisko 10 minut.  Właściwie  w sensie wkładu w samo nagranie tego utworu: nie ma lidera -jest to chyba najbardziej ''zespołowe'' nagranie na całej płycie, bowiem gitara Korohody najczęściej ustępuje tu partiom wspomnianego saksofonu czy choćby klawiszom.
''My Sweetheart Samba'' to kolejny ukłon Jacka Korohody w stronę brzmień spod znaku G.Bensona, a zarazem optymistyczne zakończenie podstawowego programu płyty. Wspaniale brzmią ponownie solówki fluherhornu i saksofonu tenorowego a perkusjonalia i beztroskie wokale (J.Motylska i A.Radziwanowska) we właściwy dla samby sposób ubarwiają w tle nastrój fiesty, która jest pewnego rodzaju wyprowadzeniem słuchaczy z klimatów płyty w ''świat zewnętrzny'', który po przesłuchaniu całej płyty wydaje się... hmm... piękniejszy jakby...
Na płycie umieszczono jeszcze raz: ''Snare Communication'' -tym razem w wersji instrumentalno -wokalnej.  

00:09, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2011

 MACIEJ GRZYWACZ, YASUSHI NAKAMURA, CLARENCE PENN: Black Wine /CD 2011, Black Wine/
Zoom Zoom; Even Eights; Brothers; Black Wine; A Song; No Changes; Akurat

Gitarzysta Maciej Grzywacz niejednokrotnie już współpracował z muzykami spoza polskiego środowiska jazzowego (m.in. Avishai Cohen i Tyler Hornby). Nowe trio Grzywacza to skład polsko -amerykańsko -japoński; na kontrabasie gra bowiem Yasushi Nakamura a za perkusją zasiadł Clarence Penn. Ostatni z instrumentalistów jest też współtwórcą w sensie kompozycyjnym najnowszego albumu: ''Black Wine'' wydanego przez specjalnie utworzoną dla tej płyty wytwórnię płytową, bowiem napisał dwa spośród siedmiu wypełniających ją utworów (pozostałe wyszły spod pióra Macieja Grzywacza)
Prawdziwą perełką albumu jest ''Brothers'' zagrany przez Grzywacza w piękny sposób na gitarze klasycznej przy wtórze kontrabasowych impresji i perkusji, której rola w tym utworze polega nie tyle na rytmice, co na tworzeniu odpowiedniego klimatu. O ile w przypadku niektórych nagrań z tego krążka odnieść można wrażenie pewnej surowości i specyfiki wyprawek gitarowych będących bardziej popisem techniki i umiejętnosci manualnych Gitarzysty niż mogących wywołać głębsze emocje, to w przypadku ''Brothers'' można użyć określenia iż to prawdziwy utwór ''z duszą'' pełen emocji i ''tego czegoś'' co wywołuje szybsze bicie serca u wrażliwych słuchaczy.
Tytułowy utwór płyty (druga z kompozycji Penna) stanowi coś w rodzaju hołdu dla stylistyki kojarzącej się jednoznacznie ze sposobem gry Johna Scofielda. Nawiązań do Sco możemy znaleźć na krążku zdecydowanie więcej; w takim choćby ''A Song'' dostrzec można tym razem podobieństwa stricte brzmieniowe przy zastosowaniu już jednak nieco odmiennego indywidualnego sposobu frazowania i akcentowania.
Zdecydowanie atrakcyjniej prezentują się rozimprowizowane i rozbudowane strukturalnie utwory utrzymane w stonowanym klimacie niż te bardziej dynamiczne, choć może bardziej potrafiące zachwycić techniką i precyzją gry lidera. Świetnie słucha się w tym kontekście rozwiniętego tematu: ''No Changes'', który robi wrażenie wyjątkowo ''zespołowego'' na płycie; do głosu w większym niż na ogół stopniu dochodzą rozbudowane partie kontrabasu i zawirowania rytmiczne tworzone przez perkusję.
Choć płyta firmowana jest trzema nazwiskami, nie ma wątpliwości kto jest tu szefem a zarazem pierwszoplanową postacią. Z roku na rok Maciej Grzywacz pretenduje do stania się jednym z najbardziej znaczących i wpływowych polskich gitarzystów, a najnowszy album: ''Black Wine'' zdecydowanie umacnia jego pozycję. Grzywacz jest muzykiem wszechstronnym i często angażuje się bardzo różne stylistycznie i odmienne gatunkowo projekty co zawsze postrzegane jest w przypadku twórczych artystów jako zaleta. Szkoda jednak by było gdyby ''Black Wine'' okazać się miało jedyną pozycją stworzoną w tej konstelacji, bowiem to międzynarodowe trio robi wrażenie perfekcyjnie dopasowanego i potrafiącego osiągnąć jeszcze wiele w tym składzie personalnym.

15:26, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
 ANDRZEJ PRZYBIELSKI: Sesja Open /CD 2011 MOK Bydgoszcz)
Deszczowy; Rotacje II; Afro Blues; O Czasie; Freebop Towarzyski; Góru; Dzień Satyra; Szkic

Nieprawdopodobnym wydaje się fakt, iż zmarły 9 lutego 2011 Andrzej Przybielski nie doczekał się za życia płyty firmowanej własnym nazwiskiem.
Przypomnijmy, iż począwszy od pierwszego ważnego sukcesu w 1968 roku (''Jazz nad Odrą'') muzyk był czynnym artystą ozdabiając partiami trąbki utwory takich wykonawców jak choćby: Helmut Nadolski, Andrzej Kurylewicz, Czesław Niemen, Tomasz Stańko, Stanisław Sojka czy Józef Skrzek. Współtworzył też podczas swej czterdziestokilkuletniej kariery różne formacje muzyczne, spośród których najbardziej znaną była założona przez niego Asocjacja Andrzeja Przybielskiego. Nazwisko artysty pojawiło się na kilkudziesięciu różnych okładkach płyt, nigdy jednak nie ukazała się płyta firmowana jego nazwiskiem.
W roku 2005 udało się wraz z dwoma muzykami tworzącymi wraz z Przybielskim Asocjację (Grzegorz Nadolny -bas i Grzegorz Daroń -perkusja) zarejestrować materiał jaki znalazł się na tej płycie (skład uzupełnił saksofonista Yuriy Ovsayannikov). Andrzej Przybielski bezskutecznie starał się doprowadzić do wydania płyty zawierającej nagrania z tej sesji. Niestety; ''Sesja Open'' ukazała się dopiero po jego śmierci jako swego rodzaju hołd, złożony przez przyjaciół i wielbicieli jego twórczości.
Pośród ośmiu rozimprowizowanych utworów wypełniających płytę znajdziemy wiele cytatów i zapożyczeń częstokroć rozpoznawalnych dopiero po chwili zastanowienia (''Afro Blues''). Grający na saksofonie, pozyskany do składu Y.Ovsyannikov ''rozwija skrzydła'' podczas zagranego w konwencji niemal freejazzowej utworu: ''Freebop Towarzyski'' tworząc zawiłe strukturalnie dialogi z Przybielskim.
Na płycie znajdziemy dużo awangardowych rozwiązań, lecz postawione są one na zasadzie kontrastu obok utworów łatwiejszych w odbiorze, choć również zawierających w sobie dużą dozę zawiłych improwizacji. Niejednokrotnie ze skompliowanych i jakby poplątanych struktur wyłania się melodyka i rytm (np.''Góru'' z wspaniale rozegraną perkusją) by ponownie zstąpić z linii melodycznej w swobodne podróże improwizacyjne.
Obdarzonymi największą melodyką nagraniami są: wspomniany ''Afro Blues'' i utrzymany w konwencji niemalże bebopu: ''Dzień Satyra''. Zarówno zawiłe i trudniejsze w odbiorze utwory wypełniające: ''Sesję Open'', jak i te bardziej osadzone w tradycji muzyki jazzowej kompozycje ukazują w pełni kunszt zarówno lidera projektu jak i każdego z pozostałych muzyków.
Niejednokrotnie po zakończeniu utworu słyszymy zachrypnięty głos Przybielskiego komentującego jednym zdaniem wykonany temat, bądź żartującego. Sprawia to, że pomimo iż nagrań dokonano w studio, mamy wrażenie bezpośredniego uczestniczenia ''żywej'' sesji.
Ostatnie 9 minut płyty wypełnia ''Szkic'', który najbardziej chyba oscyluje wokół estetyki free jazzu. Swobodne impresje saksofonu i trąbki towarzyszą nam przez dobrych klika minut by ustąpić miejsca solowemu popisowi G.Nadolnego niezwykle sprawnie ukazującego pełną tęczę tonacji kontrabasu. 
Płyta jest wyjątkową pozycją fonograficzną na polskim rynku, choćby ze względu na fakt iż jest jedynym albumem tak wybitnej i wyjątkowej postaci polskiego jazzu jaką był Andrzej Przybielski.

15:25, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
 ADAM BAŁDYCH: Magical Theatre /CD 2011 (2010) Fonografika/
Welcome Pill; The Room Of Fear; Party Place; Princess Ballet Room; Devil's Kitchen; Breaking Point (dedicated to K.Furman); The Room Of Imagination; The Game Of Destiny

Są płyty, po których kilkakrotnym dopiero wysłuchaniu jesteśmy w stanie odkryć ich przekaz i dostrzec pełny wachlarz tkwiących w niej brzmień i barw muzycznych. Nową płytę czołowego polskiego skrzypka jazzowego: Adama Bałdycha natomiast pokochałem od pierwszego przesłuchania. Bałdych jest niezwykle zdolnym i docenianym w ostatnich latach kompozytorem muzyki teatralnej, a więc pełniącej rolę ilustracyjną. Być może dlatego właśnie już pierwszy kontakt z materiałem wypełniającym album: ,,Magical Theatre'' okazuje być się być bezbłędnie trafiającym w wyobraźnię a kompozycje pod względem melodyki stają się natychmiast przyswajalne. Nie jest to zarzut mogący świadczyć o braku głębszych doznań podczas obcowania z nową muzyką Adama, lecz jeden z nielicznych przykładów kiedy to muzyka niezwykle ambitna i inteligentna potrafi jednocześnie być bardzo komunikatywną od pierwszego już z nią kontaktu. Stworzenie takiej harmonii pomiędzy graniem skomplikowanych struktur z jednoczesną zdolnością natychmiastowego nawiązania kontaktu z odbiorcą to sztuka udająca się niewielu twórcom dzisiejszego jazzu. ''Magical Theatre'' to płyta, która będąc jednocześnie pozycją od razu łatwą w odbiorze, niesie z sobą  wiele ukrytych barw, jakie odkrywamy po każdym kolejnym jej przesłuchaniu. Prosta melodyka rozpoznawalna już od pierwszych taktów każdego kolejnego nagrania słuchanego po raz kolejny nie okazuje się być natrętną i nużącą swą prostotą, lecz punktem wyjścia do odkrywania coraz to nowych dźwięków wokół niej zbudowanych.
Z chaosu i kakofonii niepokojących dźwięków otwierających album, wyłania się pierwsza z ośmiu (choć właściwie: siedmiu) muzycznych miniaturek wypełniających płytę: ''Welcome Pill''. Dużo gitary i niemal progresywna rockowa instrumentacja utworu sprawiają, iż od razu zostajemy wciągnięci w pejzaże malowane dźwiękami elektrycznych skrzypiec na tle pulsujących elektronicznie przetworzonych partii basowych.
Podobna rockowa estetyka towarzyszy nam od pierwszych dźwięków: ''The Room Of Fear''. Tu jednak mamy w muzyce dużo przestrzeni i miejsca na spokojne impresje akustycznych skrzypiec a pojawiające się krótkie partie fortepianu Pawła Tomaszewskiego są niewątpliwą ozdobą nagrania. Solo kontrabasu (Piotr Zaczek) na tle instrumentów elektronicznych w połowie utworu to pierwsze ''wytchnienie'' na płycie. Elektronikę na płycie Bałdych wykorzystuje w perfekcyjnie dobranej proporcji -jest jej dużo i towarzyszy nam podczas słuchania całego krążka, lecz jednocześnie muzyka potrafi zabrzmieć w sposób bardzo akustyczny. Być może paradoksalne wydawać się może czytanie o akustycznej estetyce utworów z zastosowaniem tak dużej elektroniki. By to dostrzec trzeba po prostu posłuchać tej płyty.
''Party Dance'' otwierają rytmiczne skrzypcowe akordy, a gitara i rockowy progresywny (znowu nasuwa się to określenie!) sposób aranżacji nadają kompozycji niezwykłej siły i mocy. Solowe partie Bałdycha oparte są na strukturach jakie w muzyce rockowej przynależne są gitarze elektrycznej. I znowu ten pozorny kontrast, który tak charakteryzuje utwory Bałdycha: cudownie brzmi rozbudowane akustyczne solo fortepianu w połowie tego niemalże rockowego utworu.
''Princess Ballet Room'' to rzecz napisana przez Adama jakiś czas temu dla potrzeb teatru a w nowej odsłonie na ''Magical Theatre'' ujmuje nastrojem i klimatem budowanym przez wyśmienite partie fortepianu i trąbki Josha Lawrence'a. To zarazem jedne z najbardziej akustycznie brzmiących minut całej płyty. Będąc liderem i autorem całego projektu Adam Bałdych dał niezwykle dużo przestrzeni każdemu z instrumentalistów na płycie, dzięki czemu otrzymaliśmy album może nawet bardziej brzmiący zespołowo niż poprzednie dokonania fonograficzne firmowane nazwą Damage Control. Jest jednak wiele elementów w tej muzyce różniących ją od nagrań wspomnianego zespołu prowadzonego przez Bałdycha. Przede wszystkim nowa estetyka wielu rozwiązań brzmieniowych, zastosowanie pewnych innowacji aranżacyjnych a także niuanse dotyczące konstrukcji kompozycji. Nawet gdyby płyta: ''Magical Theatre'' firmowana była nazwą Damage Control, nie można by odebrać jej inaczej niż jako swego rodzaju innowacja mogąca być postrzegana jako początek nowego rozdziału w dorobku grupy. Długi pobyt Adama w Stanach Zjednoczonych oraz koncerty w nowojorskich klubach z tamtejszymi muzykami musiały odcisnąć piętno na sposobie postrzegania muzyki i myślę że ''Magical Theatre'' jest właśnie tego dowodem. To właśnie zadecydowało chyba o postanowieniu firmowania płyty przez Bałdycha swoim nazwiskiem.
Jest na płycie jednak jeden utwór pochodzący spoza teki kompozytorskiej Bałdycha zaaranżowany i wykonany w sposób charakterystyczny dla zespołu Damage Control: ''Devil's Kitchen'' (kompozycja gitarzysty zespołu: Andrzeja Gondka). Choć podczas przesłuchiwania płyty w żaden sposób nie można uznać, iż nagranie to odbiega w jakimś stopniu od klimatu całości -jest to jednak parę minut najbardziej zbliżone do tego co znamy z płyt grupy. Kompozycyjnie natomiast ''Devil's Kitchen'' może przypominać rozwiązania melodyczne stosowane przez Seiferta, brzmieniowo zaś: doświadczenia Bałdycha zdobyte podczas współpracy przy wspaniałym projekcie Jarka Śmietany: ''A Tribute To Zbigniew Seifert'' (2009), w którym to przypomnijmy wziął udział obok takich skrzypków jak: Jerry Goodman, Didier Lockwood czy Krzesimir Dębski.
''Breaking Point'' rozpoczyna długa impresja fortepianu (doskonały P.Tomaszewski) w klimacie bardzo ilustracyjnym. Skrzypce pojawiają się dopiero po trzech minutach, powoli przejmując rolę pierwszoplanową i wygrywając robiące wrażenie improwizowanych partie, z których wyłania się melodia w połączonym z ''Breaking Point'' utworze: ''The Room Of imagination''. Łagodnie dołącza perkusja i gitara, która po chwili zachwyca nas leniwymi dźwiękami (A.Gondek), pojawia się trąbka J.Lawrence'a... Brzmi to wszystko doskonale, kameralnie i bardzo... akustycznie. Główny motyw melodyczny powtarzany jest wielokrotnie na różne sposoby na zasadzie bolera. Te dwa połączone z sobą utwory tworzą rodzaj suity i zarazem najdłuższej całości na płycie (łącznie 16 i pół minuty).
Dynamiczny ozdobiony riffami gitarowymi i akordami elektrycznych organów: ''The Game Of Destiny'' to doskonałe zakończenie płyty. Jest tu ponownie miejsce na wspaniałą trąbkę Lawrence'a i rockowe solo gitarowe Gondka.
Album zachwyca różnorodnością i zmianami brzmieniowymi potrafiąc pogodzić rockowy pazur z akustycznymi brzmieniami w sposób niezwykle harmonijny i składny. Dzięki takiemu właśnie charakterowi całości ''Magical Theatre'' to płyta niezwykle urozmaicona i potrafiąca jednocześnie zaspokoić gusta oczekujących głębszych doznań słuchaczy oraz tych oczekujących po prostu przyswajalnej melodyki. Rozimprowizowana jazzowo, rockowo progresywna, a jednocześnie przepełniona pięknymi melodiami.

15:23, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 października 2011

 FRIEND 'n' FELLOW: Era Jazzu /CD GM Records/
Home; Cajun Moon; Friend of Mine; Forbidden Wine; I Still Havn't Found What I'm Looking For; Taxi; Light My Fire; What a Wonderful World; Crystal; Far Away

Od czasu do czasu ''Era Jazzu'' wydaje płyty promocyjne wykonawców, jacy koncertują po jej patronatem dołączane do katalogów koncertowych. Płyty wydawane są w digipackach, w charakterystycznych czarnych okładkach z logo ''Ery Jazzu'' i maleńką nazwą wykonawcy. Trochę szkoda, że okładek nie ozdabiają malutkie choćby zdjęcia muzyków -dzięki temu bowiem płyty byłyby po prostu łatwiejsze wizualnie do rozróżnienia.
Duet Friend 'n' Fellow ma na swym koncie juz 10 płyt. Popularność zdobył dzięki takim płytom jak: ''Taxi'' (2001), oraz albumowi: ''Covered'' (2005) zawierającym jak tytuł wskazuje covery utworów pochodzących z repertuaru tak odmiennych gatunkowo wykonawców jak choćby: The Doors, Louis Armstrong czy U2. Osobiście daleki jednak byłbym od nazywania utworów takich jak: ''Light My Fire'', ''What a Wonderful World'' czy ''I Still Havn't Found...'' w wykonaniu Friend'n'Fellow coverami, gdyż interpretacjach tych utworów jakie mamy okazję poznać na tym krążku w większym stopniu ukazuje osobowości artystów i ich indywidualny sposób wykonania niż znane nam aranżacje i interpretacje pierwotnych wykonań. Często bowiem zapis nutowy utworu jest tylko szeregiem znaków zapisanych na pięciolini, a dopiero jego indywidualne potraktowanie stanowi o jego oryginalnosci i niepowtarzalności. Zjawisko to jest jednak domeną tylko największych artystów. Po wysłuchaniu nagrań zamieszczonych na tej kompilacyjnej płytce uważam, iż Friend 'n' Fellow to zjawisko szczególne. Oto bowiem muzycy grający na dwóch gitarach akustycznych tworzą brzmienie, dzięki któremu nawet podczas wykonywania repertuaru stricte rockowego odnosimy wrażenie pełni, w której jakiekolwiek dodatkowe instrumenty byłyby zbyteczne, a wręcz wywołać mogłyby efekt przesytu aranżacyjnego. Najnowszym jak dotąd albumem zespołu jest ''Discovered'' (2010), będący kontynuacją ''Covered''. Duet tworzą: śniadolica Constanze Friend i Thomas Fellow
Twardo brzmiące gitary i mocny kobiecy wokal w ''Home'' rozpoczynającym płytę jest trafnym wprowadzeniem do muzycznego świata Friend'n'Fellow, będącego mieszanką jazzu, bluesa ale też muzyki folk.
''Cajun Moon'' to ukłon w stronę J.J.Cale'a ozdobiony niezwykłą solówką gitary. Myślę ze sam J.J.Cale byłby zachwycony tą wersją unplugged jednej ze swych najsłynniejszych kompozycji.
''Friend of Mine'' to czysty blues, zinterpretowany wokalnie chwilami na wielogłos. Gitary brzmią w sposób nawiązujący do największych akustycznych dokonań takich choćby bluesmanów jak Jerry Ricks czy duet Sonny Terry & Brownie McGhee.
Bardzo jazzowo z kolei brzmi ''Forbidden Wine'' a interesujący klimat tworzy ''Taxi''.
Jak już wspomniałem niezwykle brzmią: ''I Still Havn't Found What I'm Looking For'' i ''Light My Fire'', podczas których poznajemy zupełnie inne oblicze tych utworów. Choć sam Jose Feliciano przed wielu laty nagrał  ''Light My Fire'' z towarzyszeniem gitary akustycznej -wersja Friend 'n' Fellow zaskakuje dynamizmem gitar i agresywnością akordów.
Jedną z najpiękniejszych piosenek swiata: ''What a Wonderful World'' słucha się w tej akustycznej interpretacji okraszonej szczyptą bluesa również doskonale.
Płytę kończą dwa nagrania z albumu ''Crystal'' (2006): niepokojący swym klimatem, tajemniczy utwór tytułowy, oraz: ''Far Away''.
Płyta jest ciekawie skompilowanym zestawem utworów, będącym zgrabnie ułożoną wizytówką duetu.

Tagi: f rock blues
12:57, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 Freddy COLE: Era Jazzu /CD 2007, Telarc/
Wild Is Love; Something Happens To Me; In the Name of Love; Harbor Lights; Take a Little Time to Smile; I Realize Now / I Miss You So

Od czasu do czasu ''Era Jazzu'' wydaje płyty promocyjne wykonawców, jacy koncertują po jej patronatem dołączane do katalogów koncertowych. Płyty wydawane są w digipackach, w charakterystycznych czarnych okładkach z logo ''Ery Jazzu'' i maleńką nazwą wykonawcy. Trochę szkoda, że okładek nie ozdabiają malutkie choćby zdjęcia muzyków -dzięki temu bowiem płyty byłyby po prostu łatwiejsze wizualnie do rozróżnienia. 
Freddy ''King'' Cole to pianista i wokalista nagrywający m.in. dla tak zacnych wytwórnii jak Okeh czy Milestone Records. Najsłynniejsze jego albumy to: "Sings The Music of Michel Legrand", "Freddy Cole Sings Tony Bennett" czy ''gwiazdkowy'': "Merry Go Round" nominowany w 2000 roku do Grammy Award i uznany za jeden z najważniejszych albumów typu "christmas" muzyki jazzowej. Freddy Cole jest młodszym bratem Nat ''King'' Cole'a i stryjem Natalie Cole.
''What Is Love'' otwierający płytę to urocza, utrzymana w klimacie samby piosenka nawiązująca do sposobu interpretacji wokalnej Louisa Armstronga z jednoczesnym ''posmakiem'' klimatów starszego brata Artysty. Freddy Cole to jednak również wyśmienity pianista, dlatego ważnym i zawsze akcentowanym elementem jego utworów są partie fortepianu. Tak jest właśnie w tym utworze.
''In the Name of Love'' umieszczony na płycie jako drugi (w spisie utworów na okładce pomylono kolejność) to przesycona soulem przepiękna pieśń z wspaniałą damską wokalizą i doskonale wkomponowującym się w klimat utworu saksofonem.
W trzecim utworze ''Harbor Nights'' przenosimy się z kolei w klimaty kojarzące się z erotycznymi balladami Barry White'a. Freddy Cole jednak śpiewa w swoim niepowtarzalnym nastroju a nagranie ilustruje niesamowita partia trąbki. To piosenka, która poruszyć może najtwardsze serca kobiet. Niezwykły, ciepły klimat stworzony przez F.Cole sprawia, iż podczas słuchania ''Harbor Lights'' można oderwac się od rzeczywistości i popłynąć w rytmie tej ballady w lepszy świat - świat, rządzony przez wspaniałe dźwięki.
''Take a Little Time To Smile'' jest największym chyba ukłonem Freddy'ego Cole'a w stronę swego starszego brata. Barwa głosu Freddyego jest jednak nieco inna, a i aranżacja tego utworu okraszona cudną gitarą (''plumkającą'' w stylu George'a Bensona) stanowi o indywidualności jazzowej F.Cole'a.
''Szczotkująca'' perkusja, leniwy podkład fortepianu, dyskretna gitara i stateczny kontrabas to atrybuty raczej melorecytowanego przez wokalistę utworu będącego połączeniem dwóch wielkich tematów: ''I Realize Now'' i ''I Miss You So'', dzięki któremu przenosimy się w klimat pustoszejącego nad ranem klubu jazzowego.
Na koniec płyty mamy przykład typowo jazzowego utworu. ''Somethings Happens To Me'' to najdłuższy i najbardziej rozimprowizowany utwór, podczas którego znalazło się miejsce na solówki każdego z muzyków kwartetu Freddy Cole'a. Doskonale brzmią dialogi pianisty z gitarą, perkusja brzmi dynamicznie, a partie kontrabasu zdecydowanie najbardziej chyba własnie wtym utworze synkopują. Doskonałe zakończenie płyty.

Tagi: C Pop
12:54, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 The HOLMES BROTHERS: Feed My Soul /CD 2010 Alligator/
Dark Cloud; Edge Of The Ledge; Feed My Soul; You're The Kind Of Trouble; Something Is Missing; Living Well Is The Best Revenge; I Saw Your Face; I Believe You I Think; Far Weather Friend; Put My Foot Down; I'll Be Back; Plending My Love; Rounding Third; Take Me Away

Trio tworzą dwaj bracia Holmes: Sherman (wokal, bas), Wendell (gitara, pianino, wokal) , oraz perkusista Popsy "the Holmes" Dixon. Na płycie słyszymy jednak wiele innych instrumentów jak choćby wspaniałe, nadające specyficzny klimat wielu utworom organy Hammonda, harmonijkę, tamburyn czy nawet mandolinę.
The Holmes Brothers to formacja, która w niezmienionym składzie nagrywa i koncertuje pod tym szyldem od 1979 roku, choć cała trójka artystów współpracowała wspólnie wówczas już od kilku lat. Dopiero po dziesięciu latach klubowego grania ukazała się pierwsza płyta The Holmes Brothers: ''In The Spirit'' (1989). Wówczas też o trio poczęły pisać muzyczne magazyny, a wielu wielkich artystów starało się pozyskać zespół od współpracy, dzięki czemu usłyszeć ich można na płytach Petera Gabriela czy Vana Morrisona, oraz podczas koncertów m.in. Boba Dylana czy Willie Nelsona.
Płytę ''Feed My Soul'' wydała legendarna wytwórnia Alligator Records specjalizująca się w propagowaniu bluesa i jego najróżniejszych obliczów. The Holmes Brothers to właśnie jedna z gałęzi pochodnych muzyce bluesowej. W nagraniach jakie znalazły sie na płycie więcej jest chyba elementów muzyki soul czy boogie niż klasycznego bluesa. Zarówno w rytmicznych utworach jak i w spokojnych balladach wypełniających płytę, The Holmes Brothers jawią nam się jako zespół grający w swoim oryginalnym stylu czerpiąc stylistycznie zarówno z muzyki soul, gospel jak i rhythm'n'bluesa i jazzu.
Pięknie brzmi tytułowa ballada: ''Feed My Soul'', niezwykle żywiołowe: ''You're The Kind Of Truble'' natomiast jest ukłonem stylistycznym w stronę Blues Brothers.
''Something Is Missing'' to najbliższy chyba muzyce pop utwór na płycie mimo nawiązań do tradycji muzyki soul z połowy lat 70-tych, z kolei w takim: ''Living Well Is The Best Revenge'' wyraźnie słychać muzykę country.
Zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie te spokojne, wyśpiewywane z soulową manierą utwory jak wspomniany: ''Feed My Soul'' czy prawdziwa ozdoba krążka jaką jest: ''I Saw Your Face''.
''Far Weather Friend'' z kolei to klasyczna w swym klimacie pieśń gospel skomponowana przez Wendella Holmesa, zaśpiewana przez niego wraz z chórkiem tylko przy akompaniamencie fortepianu.
Miło słucha się beatlesowskiego ''I'll Be Back'' a wylewna ballada: ''Plending My Love'' robi wrażenie pastiszu miłosnych przebojów soul z lat 60-tych.
Kończąca płytę: ''Take Me Away'' to kolejna klimatyczna ballada utrzymana w klubowym stylu i okraszona doskonałym chórkiem. Jest to też okazja aby usłyszeć falset perkusisty zespołu: Popsy Dixona.
Uniwersalnością muzyki zawartej na tym krążku jest jej ponadczasowość; dzięki zastosowaniu tradycyjnego instrumentarium i ''akustycznej'' aranżacji, słuchając płyty odnosimy wrażenie, iż równie dobrze mogłaby ukazać się 30 lat temu, a i za 20 lat słuchać jej będzie można niczym nowej.

Tagi: H rock blues
12:50, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 października 2011

 KRZYSZTOF HERDZIN TRIO: Capacity /CD 2011 Fusion/
Prayer For El Salvador; Still Searching; Keith And His Teeth; Timebreakaparter; Sleeping Beauty; Children Of Childs

Byłem zaskoczony pierwszym tytułem na płycie. ''Prayer For El Salvador'' -Russela Ferrante? Czy to nie utwór Yellowjackets? Niemożliwe, przecież to kawałek fusion... A jednak. Herdzin odkrywa zupełnie nową estetykę kompozycji adaptując ją w piękny akustyczny sposób, przetwarzając nastrój niepokoju w swego rodzaju ukojenie melodyką i łagodnością przekazu. W środkowej części mamy też pokaz niezwykłej wirtuozerii pianisty zabierającego nas w improwizacyjną podróż dalece odbiegającą od nut zapisanych w kompozycji Ferrante. W szybkim rytmie potęgowanym sekcją tria (Robert Kubiszyn -bass, Cezary Konrad -perkusja) lewitujemy przy dźwiękach charakterystycznego ''twardego'' brzmienia fortepianu Herdzina, który w zawiły melodycznie sposób naprowadza nas ponownie w ramy głownego motywu melodycznego. To właśnie jest istotą improwizacji jazzowej z punktu widzenia słuchacza, kiedy to odbywamy z miejsca głównego motywu melodycznego kompozycji swoistą podróż w nieznane, odkrywane przez naszego przewodnika rejony. Krzysztof Herdzin okazuje się być przewodnikiem doskonałym co udowadnia już w przypadku tej klikunastominutowej interpretacji znanego nam z zupełnie innego oblicza utworu.
Pozostałe pięć rozbudowanych strukturalnie kompozycji to autorskie dzieła jednego z najlepszych polskich pianistów jazzowych opracowane w ramach tria.
''Still Searching'' klimatycznie brzmi jak: ''Lokomotywa'' Brzechwy; rozpędza się powoli acz skutecznie, by w najbardziej dynamicznych momentach zaskakiwać nas zawiłymi partiami fortepianu przy wtórze perfekcyjnej sekcji rytmicznej. Pod koniec jednak zwalnia, wracając do pierwotnej gracji melodyki kojąc nastrój.
Hołdem dla Keitha Jarretta jest kompozycja: ''Keith And His Teeth'' nawiązująca wprawdzie stylistycznie do dokonań Mistrza, lecz nie pozbawiona jednocześnie charakterystyki palców Herdzina. Zupełnie nie-jazzowo brzmi w tym utworze perkusja a R.Kubiszyn sięga w tym utworze po gitarę basową tworząc estetykę kojarzącą się bardziej z muzyką funky niż typowym brzmieniem akustycznego trio i ozdabiając utwór doskonałą solową impresją szarpiąc struny elektrycznego basu.
''Timebreakaparter'' to zbudowany na dynamicznych dźwiękach perkusji utwór charakteryzujący się zmienną rytmiką i tempem. To również okazja do przekonania się o doskonałym warsztacie C.Konrada i R.Kubiszyna oraz ukazanie zespołu jako wzajemnie uzupełniającgo się organizmu budującego poszczególne części płyty. Trio stworzone przez Krzysztofa Herdzina wydaje się być składem idealnym wzajemnie się uzupełniającym i pomimo, iż ''Capacity'' to autorski projekt pianisty, dostrzec należy zespół jako całość, który dzięki takiemu właśnie składowi zdołał wspiąć się na niezwykle wysoki poziom tej płyty.
Tym, którzy mają wątpliwości do tytułu ''jazzowego romantyka'', jaki nadało Herdzinowi wielu krytyków, polecam balladę: ''Sleeping Beauty'', rozpoczynającą się wprawdzie dość niepokojącymi akordami, lecz w dalszej części obnażającą wrażliwość kompozytora i twórcy utworu, który choć słynie z dość ''twardego'' brzmienia potrafi stworzyć ciepły i kojący klimat w sferze konstrukcji estetycznej. Ciepło, miłość a nawet lekki posmak erotyki charakteryzuje ten nastrojowy utwór, nie obdarzony co prawda  jakąś szczególną melodyką lecz tworzący szczególny, osobliwy klimat.
W kończącym płytę: ''Children Of Childs'' mamy okazję usłyszeć doskonałe solo gitarowe i po raz kolejny przekonać się o specyfice projektu: Krzysztof Herdzin Trio, który choć pozornie osadzony jest w estetyce tradycyjnego tria jazzowego, niejednokrotnie wymyka się takiemu zaszufladkowaniu. Na zakończenie płyty mamy bowiem do czynienia z niemal rockowym pazurem zaszczepionym w konwencję jazzu.
Mam cichą nadzieję, iż skład tworzący Krzysztof Herdzin Trio to projekt, który jeszcze nie raz uraczy nas tak doskonałą produkcją jaką jest album: ''Capacity''.

00:52, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 RGG: One /CD 2011 (2010) Fonografika/
One; Around Again; Bell; Spring Walk; Elm; From The Other Hand; Almost Blues; The Truth; Out Of A Row; C.T.; Stop And Think; When My Anger Starts To Cry; On The Way To Road 11

Już sama estetyka okładki płyty i dołączonej do wydawnictwa książeczki utrzymanych w konwencji czarno -białych i barwnych fotografii muzyków oraz zimnych leśnych pejzaży zwiastuje klimat płyty.
W otwierającej płytę kompozycji Maćka Garbowskiego (autora pięciu utworów z płyty): ''One'' wchodzimy w nastrój kontemplacji i zasłuchania. Piękne czyste brzmienie fortepianu tworzy melodię, która doskonale sprawdziłaby się jako temat filmowy i ilustracyjny.
Inaczej brzmi rozimprowizowany temat Carli Bley: ''Around Again''. Tu odzywa się niepokorna natura free tkwiąca w muzykach; agresywne partie fortepianu, przeskakujący akordy kontrabas i nieregularny rytm perkusji odkrywa zupełnie nową estetykę tej kompozycji. Umiejętność zmian nastroju polegająca na radykalnych zmianach klimatu to jeden z największych atrybutów nowej odsłony RGG. W jednej chwili z nostalgii i zadumy muzycy przenoszą nas w ekspresję i dynamizm, co bynajmniej nie powoduje czegoś w rodzaju zerwania ciągłości, a jest w tym przypadku naturalną koleją rzeczy. Nostalgia, zasłuchanie, a po chwili: niepokój i gwałtowne przebudzenie -tak budowany nastrój płyty towarzyszy nam podczas kolejnych precyzyjnie ułożonych kompozycji w programie krążka.
''Bell'' to kolejna charakterystyczna dla kontrabasisty tria kompozycja oparta na pasażach fortepianu przywołująca budowane przez wyobraźnię obrazy i skłaniająca do refleksji. Na uwagę zasługują rozmaite efekty tworzone przez perkusję (dzwonki, skrzypienie, dźwięki przelewanej wody) doskonale ozdabiające całość.
Przemek Raminiak skomponował na płytę trzy utwory. Pierwszym z nich jest temat: ''Spring Walk'' -melodyjna, oparta na zgrabnych akordach fortepianu kompozycja, gdzie jednak dużo miejsca pozostawiono na swobodne improwizacyjne wędrówki kontrabasu w środkowej części. ''Spring Walk'' odwołuje się do tradycji muzyki klasycznej co jest zapewne wynikiem starannego wykształcenia muzycznego jej kompozytora. Pośród twórców współczesnej muzyki jazzowej znajdziemy całe rzesze artystów nie posiadających akademickiego wykształcenia w zakresie kompozycji klasycznej. Często jednak w przypadku absolwentów Akademii Muzycznych można dostrzec wyraźny ślad uzyskanego przed laty tytułu i myślę iż taką właśnie ''nutkę akademizmu'' zawierają w sobie kompozycje Raminiaka na tej płycie.
Kolejnym sięgnięciem po kompozycje ''z zewnątrz'' jest umieszczenie na albumie własnej interpretacji tematu nowojorskiego pianisty Richie Beiracha: ''Elm''. Trochę nagranie to odbiega klimatem od reszty materiału płyty, lecz jest to najprawdopodobniej celowy zabieg a przy okazji ukazanie ogromnych możliwości Raminiaka, którego sposób interpretacji nie bez powodu porównywany jest często przez krytyków do artykulacji samego Keitha Jarretta.
''From The Other Hand'' to temat odwołujący się do tradycji najpiękniejszych ballad jazzowych napisanych na fortepian, a zarazem kolejna kompozycja doskonale mogąca sprawdzić się w roli muzyki ilustracyjnej. Stosunkowo mało tu improwizacji, są za to piękne partie krystalicznie brzmiącego fortepianu i kolejna okazja do zadumy i refleksji.
Najbardziej dynamiczną kompozycją Garbowskiego na tej płycie jest: ''Almost Blues'' stanowiący ukłon Muzyka w stronę tradycji ''jazzowego bluesa'' z charakterystycznie synkopowanym rytmem odwołującym się do największych dokonań gatunku. W sumie nic nowego, a jednak ciekawie brzmi to nagranie w kontekscie całej płyty, jako swoiste ukazanie możliwości poruszania się i w tych rejonach jazzu tria RGG.
''The Truth'' i ''Out Of A Row'' -to kolejne kompozycje Garbowskiego; pierwsza ''scalona'' kojącym brzmieniem klawiszy, druga oparta na brzmieniu grającego smyczkiem kompozytora w kontrapunkcie dla melodyki fortepianu.
Kompozycja zespołowa: ''C.T.'' to z kolei najbardziej chyba oscylujący w rejony free jazzu kawałek. To zaledwie dwie minuty, robiące jednak wrażenie bardzo swobodnej improwizacji.
Tytuł kolejnego utworu: ''Stop And Think'' (P.Raminiak) oddaje w pełni jego nastrój i sposób postrzegania narzucony klimatycznie słuchaczowi. Nostalgia i zamyślenie, podczas których towarzyszą nam improwizowane partie kontrabasu na tle fortepianu, Wszystko to ozdobione jest najróżniejszymi ''przeszkadzajkami'' perkusyjnymi. To zarazem najdłuższe nagranie na płycie (7:42). Zdałem sobie tym samym sprawę z faktu, iż płytę: ''One'' wypełnia 13 bardzo krótkich i zwartych konstrukcyjnie nagrań, co w przypadku tego rodzaju muzyki nie jest rzeczą nagminną. Rzadko bowiem w przypadku jazzowego tria udaje się skonstruować utwory zamknięte w 5 minutach, a jednocześnie rozwinąć improwizowane sola bez sztucznego kompresowania całości. Muzyka RGG, choć tętniąca pełnią improwizacji jest jednocześnie niezwykle zwarta i podporządkowana niedostrzegalnej dla słuchacza dyscyplinie.
Nieporozumieniem mogłoby wydawać się umieszczenie pośród własnych kompozycji muzyków o sprecyzowanej stylistyce takiego tematu jak przebojowy kawałek: "When My Anger Starts to Cry" z repertuaru norweskiego nu-jazzowego duetu Beady Belle. Jest to jednak interpretacja jak najbardziej mieszcząca się na wysokiej półce RGG, pełna fantazji i porywająca.
Płytę kończy jeden z najdoskonalszych utworów jazzowych jaki ukazał się w roku 2011 na polskich płytach: druga na albumie: ''One'' kompozycja zespołowa. Tym razem nie są to jednak wędrówki instrumentalistów w kierunku awangardy czy free, lecz przepiękna melodia: ''On The Way To Road 11''. Pomimo, iż jazz jest muzyką improwizowaną i w zasadzie nie podporządkowaną ściśle melodyce, to jednak najwspanialsze utwory tworzące kanon jazzu powstawały zawsze na bazie (po prostu): ładnych melodii. Taką właśnie jest: ''On The Way...'', na której zbudowano całe nagranie.
''One'' pomimo, iż nie jest płytą odkrywczą i przecierającą jakieś nowe szlaki muzyki improwizowanej, to zdecydowanie jedna z kilku najciekawszych pozycji płytowych polskiego jazzu anno domini 2011.

00:51, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 ESPEN ERIKSEN TRIO: You Had Me At Goodbye /CD 2010 Rune Grammofon/
Anthem; Grinde; In The Woods; Masaka Tsara; Not Even In Brazil; Intermezzo; On The Jar; To Worm It May Concern

Płyta jest autorskim debiutem norweskiego pianisty Espena Eriksena nagranym wraz z sekcją rytmiczną: Lars Tormod Jenset (kontrabas) i Andreas Bye (perkusja). Wypełnia ją osiem kompozycji lidera osadzonych klimacie nowoczesnej muzyki improwizowanej z elementami skandynawskiego folku. To w większości proste kompozycje, którym właściwego charakteru i mocy nadaje dopiero sposób ich interpretacji.
Płyta została dostrzeżona zarówno przez miłośników jazzu jak i krytyków spoza Europy, bowiem pochodzący z niej utwór ''Grinde'' wpisany został na listę ''Critics Choice CD'' amerykańskiego magazynu ''Jazziz'', a pozytywne recenzje albumu ukazały się m.in. w ''BBC Music Magazine'', ''The Independent'' czy na reprezentatywnym portalu ''allaboutjazz.com''.
Od pierwszych taktów otwierającej płytę kompozycji ''Anthem'' ''odpłynąłem'' przy dźwiękach  pięknie, klasycznie brzmiącego fortepianu, ozdobionego dyskretnymi dźwiękami instrumentów perkusyjnych, a gdy po dwóch minutach pojawiła się łagodna impresja kontrabasu, wokół której wirować poczęły dźwięki klawiszy już wiedziałem, że ''You Had Me At Goodbye'' gościć będzie wielokrotnie w kieszeni mojego odtwarzacza.
O ile ''Anthem'' to utwór zachowujący przy swej łagodnosci cechy kompozycji dość melodyjnej, kolejne nagranie: ''Grinde'' przenosi nas w klimacie nostalgii w bardziej zawiłe kompozycyjnie rejony ukazując przy tym możliwości techniczne norweskich instrumentalistów.
Przy ''In The Woods'' można odnieść wrażenie iż słuchamy fortepianu któregoś z naszych polskich wybitnych pianistów jazzowych. Nie ze względu na podobieństwo techniczne, lecz właściwości interpretacji i fantazji wykonawczej, która brzmi tu po prostu swojsko. Piękna kompozycja ''In The Woods'' nosi w sobie znamiona, chciałoby się rzec słowiańskości jazzowego fortepianu odwołującej się do naszego polskiego postrzegania i wrażliwości muzycznej.
Zawiła improwizacyjnie ''Masara Tsara'' to kolejne minuty dla miłośników improwizacji jazzowych. Doskonale ''dryfuje'' kontrabas w tym utworze intensywnie wspomagany rytmicznie przez doskonałe partie perkusji.
Swego rodzaju ''przebojem'' pod względem melodyki i komunikatywności okazuje się piękny utwór: ''On The Jar'' oparty na tworzących główny motyw akordach fortepianowych. W zasadzie każda z kompozycji na płycie nosi znamiona piosenki. Piosenki w dobrym tego słowa znaczeniu -nie zaśpiewanej, lecz zagranej we wspaniały, pełen wyobraźni sposób ozdobiony pięknymi harmoniami.
Uniwersalność tej muzyki sprawia, iż pomimo jak najbardziej jazzowego charakteru ośmiu miniaturek znajdujących się w programie płyty, mamy do czynienia z muzyką bardzo komunikatywną . To ten rodzaj jazzu, któremu nie można zarzucić mizdżenia się w stronę mniej wymagających słuchaczy (czytaj: większości słuchaczy), ale jednocześnie będący muzyką przystępną i przyswajalną bez sztucznego zaniżania poziomu.
Idealna płyta mogąca służyć jako narzędzie przekonania kogoś do fortepianowego jazzu, zaspokajająca też oczekiwania bardziej wymagających słuchaczy. Wielkim atutem tria Eriksena jest fakt, iż wszystkie utwory pianista skomponował sam nie podpierając się klasyką, bądź cudzymi utworami.
Okazuje się iż można tworzyć zupełnie nowe utwory posiadające niepodważalne atuty klasycznych kompozycji, o czym wielu młodych komponujących pianistów jazzowych z Europy najzwyczajniej w świecie zapomina inwestując swój talent w kolejne jazzowe przeróbki Chopina czy Komedy.

Tagi: E jazz
00:50, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »