Recenzje ok. 2000 albumów. Klasyka, Jazz, Blues, Rock, Pop.

JAZZ

Polski Jazz

KLASYKA

Blues, Rock

POP

PŁYTY: A - Z:
_____________________________
RSS
czwartek, 15 grudnia 2011

Scrapple From The Apple; Willow Weep For Me; Broadway; Stairway To The Stars; A Night In Tunisia; Our Love Is Here To Stay; Like Someone In Love.


Tagi: g jazz
11:15, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 Dexter GORDON: Go! /CD 1999/2011 (1962) Blue Note/
Cheese Cake; I Guess I'll Hang My Tears Out To Dry'; Second Balcony Jump; Love For Sale; Where Are You?; Three O'Clock In The Morning

To płyta pod wieloma względami doskonała a sesja z sierpnia 1962, podczas której zarejestrowano 6 nagrań wypełniających longplay okazała się tak wyśmienita, iż decydenci z Blue Note ''wykroili'' z niej jeszcze wspaniały album: ''Swingin' Affair''. Niestety była to ostatnia sesja nagraniowa błyszczącego pełnym blaskiem pianisty Sonny'ego Clarka, który w styczniu 1963 roku zmarł w wieku zaledwie 32 lat.
Na początek najsłynniejsza kompozycja Dextera Gordona: ''Cheese Cake'' i ...''jesteśmy w domu''. To bezwzględnie jeden z największych standardów bebopu zawierający w sobie wszystko to co tak charakterystyczne i jednoznacznie związane z nurtem jazzu lat 60-tych. 
Jedną z dwóch pięknych ballad jest na płycie: ''I Guess I'll Hang My Tears Out To Cry''.
Utwory na krążku zostały tak idealnie ułożone, iż doskonały: ''Second Balcony Jump'' wyprowadzając nas z klimatu nostalgii i zadumy porywa rytmem i bawi. A bawić się muzyką Gordon potrafił wspaniale, wplatając w tematy fragmenty zupełnie innych melodii, które z czasem odbierać można było jako nierozerwalną część zupełnie innej kompozycji. W ''Second Balcony...'' saksofonista wplótł zupełnie niewinnie temat: ''Mona Lisa'', który stał się nieodłączną częścią tego utworu nagrywanego w późniejszym okresie przez wielu innych jazzmanów. Podobnie jak w przypadku płyty: ''Dexter Calling'' tak i tu mamy do czynienia z zespołem czterech pełnoprawnych instrumentalistów, spośród których każdy ma okazję odcisnąć swe piętno w poszczególnych utworach.
Niewątpliwym atutem płyty jest najzwyczajniej w świecie, jej melodyjność i dobór właściwych kompozycji, dzięki którym to album w latach 60-tych swą popularnością wykraczał poza ramy zestawień stricte jazzowych. ''Love For Sale'' Cole Portera zagrany w tym składzie zyskał ogromną popularność, a dzięki doskonałym partiom fortepianu (Sonny Clark), doskonałej rytmice Butcha Warrena (perkusja) i wyśmienitym partiom kontrabasu Billy'ego Higginsa -wykonanie to do dziś uważane jest za jedno z wzorcowych i będących niejako wyznacznikiem dla kolejnych jego interpretacji.
Śmiem twierdzić, iż na żadnej poprzedniej płycie Dexter Gordon aż w tak dużym stopniu nie uległ swoim skłonnościom do ''zabawy muzyką''. W utworach z płyty wręcz roi się od najróżniejszych wtrąceń melodycznych i zapożyczeń kompozycyjnych, stosowanych z niebywałą swobodą i naturalnością właściwą Największym. Słuchając płyty bawimy się razem z muzykami zachwycając się jednocześnie precyzją i kunsztem wybitnych jazzmanów.
W kolejnej pięknej balladzie: ''Where Are You?'' cieszą i koją zmysły dźwięki fortepianu, a saksofon niczym żałosny zew opuszczonego przez kobietę, łka i płacze.
Płytę kończy jednak utrzymany w średnim tempie: ''Three O'Clock In The Morning'' i nawet jeśli faktycznie jest już ta godzina -trudno nie oprzec się pokusie włączenia płyty od początku.
Na płycie zaledwie jeden tylko utwór jest kompozycją Gordona... za to jest to właśnie ta jedyna, najbardziej klasyczna: ''Serniczek''... czyli słuchamy od początku...

Poniżej tekst spisany z komentarza do radiowej prezentacji nagrań z płyty (RadioJAZZ.FM)

To kolejna legendarna płyta kolejnego legendarnego muzyka nagrana dla legendarnej wytwórnii płytowej. Dexter Gordon i płyta: ''Go!'' nagrana dla Blue Note w roku 1962. Najpopularniejsza kompozycja Dextera Gordona ''Cheese Cake'' znalazła się właśnie na tym albumie. 
To powszechnie uważany za najsłynniejszy jego album, nagrany wraz z Sonny Clarkiem, Butchem Warrenem i Billim Higginsem. Przypomnę jednak, iż Dexter Gordon nagrał rok wcześniej fenomenalną płytę ''Doin' Allright'' w kwintecie, gdzie obok jego saksofonu pojawiła się też trąbka Freddiego Hubbarda a słuchając jego kolejnych płyt dla Blue Note jak choćby ''Dexter Calling'', ''Our Man In Paris'' czy właśnie: ''Go!'' mnie osobiście chwilami brakuje trochę ''drugiego dętego'' w składzie. Ale właśnie na płycie ''Go!'' umieszczono słynne ''Serowe ciasteczko'', czy wyśmienitą interpretację standardu Cole Portera: ''Love For Sale'' z musicalu ''New Jork'' z roku 1930. To był rok 1962, kiedy Gordon nagrał swoją wersję, a już rok później ''Love For Sale'' stał się wielkim przebojem w interpretacji Arthura Lymana. To jeden z największych standardów wszechczasów, przypomnę tylko iż znany z wykonań choćby: Billie Holiday, Earthy Kitt, Elli Fitzgerald, Manhattan Transfer czy: Tony Benneta, Milesa Davisa, Donalda Byrda a także wykonawców spoza świata jazzu jak choćby: Elvis Costello, Amanda Lear czy w latach 70-tych zespół Boney M. Dexter Gordon wykonując swoją inetrpretację ''Love For Sale'' bawi się saksofonem doskonale i czuć ten feeling i ten swoisty luz w tym wykonaniu.
Dexter Gordon przypomnę zmarł w 1990 roku w wieku zaledwie 67 lat. Choć był to jeden z pierwszych i jeden z najbardziej liczących się w muzyce jazzowej saksofonistów tenorowych, który w grze na swoim instrumencie zastosował stylistykę bebopu, tak rzadko zdarza się aby wymieniany był jednym tchem pośród innych legendarnych postaci saksofonu w historii. Myślę że kolejnym przykładem ''zabawy'' Dextera Gordona muzyką może być kończący stronę pierwszą longplaya: ''Go!'' utwór: ''Second Balcony Jump'', gdzie Gordon wplata w temat różne inne melodie jak choćby ''Mona Lizę''.

Dokładne omówienie twórczości Dextera Gordona znajdziesz

TUTAJ


   

Tagi: g jazz
11:14, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 Dexter GORDON: Dexter Calling /CD 2004/2011 (1961) Blue Note/
Soul Sister; Modal Mood; I Want More; The End Of A Love Affair; Clear The Dex; Ernie's Tune; Smile; Landslide

''Dexter Calling'' z perspektywy czasu umiejscowiona jest w dość nieszczęśliwym dla obiektywnej oceny miejscu dyskografii Dextera Gordona. Płyta została bowiem wydana pomiędzy genialnym albumem: ''Doin' Allright'' a sesją, podczas której to powstały utwory wypełniające legendarne płyty: ''Go!'' i ''Swingin' Affair''. Niewątpliwie po płycie nagranej wraz z Freddie Hubbardem (''Doin' Allright''), poprzeczka zawieszona została bardzo wysoko i trudno doprawdy wyobrazić sobie, iż saksofonista płytą nagraną w zupełnie nowym kwartecie byłby w stanie pobić własny ''rekord''. ''Dexter Calling'' to niewątpliwie płyta zdecydowanie bardziej zespołowa, na której częściej dochodzą do głosu poszczególni instrumentaliści: Kenny Drew (fortepian), Paul Chambers (kontrabas) i Philly Joe Jones (perkusja). Pianista jest też autorem dwóch spośród ośmiu kompozycji umieszczonych w programie longplaya (''Modal Mood'' i ''Clear The Dex''). W przeciwieństwie do kwintetowego: ''Doin' Allright'', utwory wypełniające krążek są krótsze i mimo iż często okraszane są improwizowanymi solówkami poszczególnych instrumentalistów, robią wrażenie nagranych z większą dyscypliną a może dbałością o czytelniejszy przekaz. Przykładem tego jest choćby jeszcze raz nagrana kompozycja Dextera: ''I Want More'', która w wersji z tej płyty nabiera zdecydowanie bardziej ''użytkowego'' charakteru niż pierwowzór z poprzedniego albumu.
Wielkim natomiast atrybutem tego krążka jest wspomniany efekt zespołowości, dzięki któremu niejednokrotnie na płycie zachwycić możemy się doskonałą grą Kenny'ego Drew, solówkami Joe Jonesa, czy rewelacyjnymi partiami Chambersa. O ile na płycie ''Doin' Allright'' rola fortepianu i sekcji rytmicznej często ograniczała się zaledwie do akompaniamentu dla Gordona i Hubbarda, w przypadku: ''Dexter Calling'' mamy do czynienia z bardzo zgranym i wzajemnie uzupełniającym się kwartetem. Doskonale brzmią partie fortepianu na tle ''kroczącego'' kontrabasu i synkopującej perkusji choćby w drugiej części: ''The End Of A Love Affair'', a w kompozycji pianisty: ''Clear The Dex'' upust swym improwizacyjnym skłonnościom daje grając smyczkiem na kontrabasie Paul Chambers.  
Nie mogło zabraknąć w programie pięknej ballady jazzowej -na ''Dexter Calling'' jest nią rzewna kompozycja lidera: ''Ernie's Tune'' nawiązująca klimatem do najdoskonalszych kompozycji epoki. Niejednokrotnie chciałoby się dłużej zasłuchać w pewne tematy, które na albumie ograniczają się niestety w większości do czterech, pięciu minut.
Ciekawostką jest umieszczenie w programie longplaya przebojowego: ''Smile'' -Chaplina, który wprowadza nastrój beztroski i charakterystycznej dla Gordona zabawy dźwiękiem pod koniec albumu.
Właściwym zakończeniem krążka jest jednak dodana na koniec jeszcze jedna kompozycja saksofonisty: ''Landslide'', w której niektórzy doszukują się korzeni powstałej krótko później jednej z najsłynniejszych kompozycji Dextera Gordona: ''Cheese Cake''. Tu również zabłysnął doskonały kontrabas Chambersa pozostawiając wrażenie spędzenia kilkudziesięciu ostatnich minut z płytą popełnioną przez kwartet niemal doskonały. Cóż z tego skoro pełen nowych pomysłów Gordon po nagraniu: ''Dexter Calling'' rozwiązał ten skład by powołać do życia ten, który przyniósł mu największe uznanie nagrywając program jaki wypełnić miał dwie kolejne płyty dla Blue Note.

Dokładne omówienie twórczości Dextera Gordona znajdziesz

TUTAJ


   

Tagi: g jazz
11:13, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 Dexter GORDON: Doin' Allright /CD 2004/2011 (1961) Blue Note/
I Was Doin' Allright; You've Changed; For Regulars Only; Society Red; It's You Or No One; I Want More; For Regulars Only (Alternate Take)

To pierwszy z siedmiu doskonałych albumów Dextera Gordona nagranych dla Blue Note. Choć powszechnie za najlepszy krążek z tych lat uważa się wydany rok później album: ''Go!'' jest kilka powodów, dla których stawiałbym tą płytę ponad najsłynniejszym jego albumem. Przede wszystkim jest to płyta nagrana w kwintecie uzupełnionym o trąbkę niezrównanego (wówczas zaledwie 23-letniego) Freddie Hubbarda doskonale wzbogacającego brzmienie zespołu. Tego właśnie instrumentu posłuchałbym z wielką radoscią na kolejnych płytach Gordona dokonanych w kwartetach. Tenor Dextera Gordona i trąbka Hubbarda to doskonały bebopowy tandem, który cieszy ucho wzajemnie się uzupełniając poprzez wspólne rozwijanie improwizowanych solówek. Poza tym tu właśnie geniusz kompozytorski artysty lśni pełnią barw aż w połowie zawartych na płycie utworów, gdyż na większosci kolejnych albumów kompozycje lidera dozowane są jakby delikatniej i bez wiary w ich siłę.
Płytę otwiera delikatna, stonowana kompozycja Gershwina, jaka posłużyła za tytuł płyty. Saksofon Gordona brzmi melodyjnie wprowadzając nastrój optymizmu, radości i zabawy dźwiękami, którą saksofonista opanowaną miał do perfekcji. Gdy wydaje się, iż wszystko brzmi doskonale, w czwartej minucie odzywa się trąbka Freddiego Hubbarda a ja dochodzę do wniosku iż nawet doskonałość ma swoje kolejne etapy! Horace Parlan gra solówkę na fortepianie delikatnie, bez zbędnego akcentowania uderzeniami w klawisze zachowując swingujący i delikatny klimat utworu, a w finale duet Gordon -Hubbard tworzy wyśmienity dialog.
''You've Changed'' to ciepła ballada, podczas której jest miejsce dla zaakcentowania gry kontrabasu (George Tucker), a Al Harewood używając ''szczoteczek'' szumi zza perkusji potęgując balladowo -bluesowy klimat całości. Pierwsza część należy do pasażowej partii Gordona, a w drugiej delikatnie pogrywa Freddie Hubbard sprawiając, iż mamy ochotę zanurzyć się w tych dźwiękach niemal bez reszty. Troszkę dłużej i wyraziściej mógłby pograć Parlan, ale cóż -na sesje Gordona z wyeksponowanymi partiami fortepianu miał czas dopiero nadejść na późniejszych albumach.
''For Regulars Only'' to pierwszy z trzech autorskich utworów lidera na plycie. Ten oparty na wyrazistej melodyce temat znany jest z wielu późniejszych wykonań i nagrań płytowych. Warto jednak pamiętać, iż oryginałem jest ponad wszystko właśnie ta wersja nagrana po raz pierwszy przez samego kompozytora właśnie na: ''Doin' Allright''. Zarówno tu jak i w kolejnej na płycie kompozycji Gordona: ''Society Red'' jest też jedno z nielicznych miejsc na wyeksponowanie roli fortepianu.
''Society Red'' oparty jest jednak zdecydowanie na harmonijnych partiach dętych, które towarzyszą nam już od pierwszych dźwięków. To najbardziej rozbudowana improwizacyjnie kompozycja na płycie i zarazem jedna z największych pereł nagraniowych Dextera Gordona, który podczas późniejszych sesji raczej nie pozwalał sobie na kilkunastominutowe nagrania, skupiając się na bardziej zwartych strukturalnie konstrukcjach utworów. Dzięki takiej formie, słyszymy to czego mogło brakować dotychczas na płycie: pełnię brzmienia i możliwości poszczególnych instrumentalistów. Nareszcie ''pełnowymiarową'' solówką uraczył nas Horace Parlan, nareszcie do głosu doszedł George Tucker (kontrabas) i wreszcie wyzbyłem się złudzenia jakiegoś pośpiechu, który wydawało mi się iż towarzyszył muzykom gdy słuchałem pierwszej części płyty.
Kolejną kompozycją  na płycie jest: ''It's You Or No One'' i jesli ktoś ma wątpliwości odnośnie tego iż Gordon był swego rodzaju inspiracją dla wczesnego Johna Coltrane'a -polecam zasłuchać się w partie jego saksofonu szczególnie w tym nagraniu.
Płytę kończy trzecia spośród kompozycji Gordona w tym zestawie: ''I Want More'' ponownie oparta na chorusowej partii dętych. Tak doskonale Gordon i Hubbard brzmią razem na tej płycie, iż doprawdy trudno było mi wyzbyć sie wrażenia braku trąbki Hubbarda na kolejnych płytach Dextera Gordona.
Na najnowszej zremasterowanej edycji albumu umieszczono alternatywną wersję: ''For Regulars Only'' dluższą o 40 sekund od pierwowzoru, będącą innym ''podejściem'' do tego tematu, pierwotnie odrzuconym podczas ''układania'' programu tej historycznej płyty. Ciekawostka.

Dokładne omówienie twórczości Dextera Gordona znajdziesz

TUTAJ


   

Tagi: g jazz
11:12, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 grudnia 2011

 Johnny CASH: The Real... Johnny Cash /3CD's 2011 (1955-1962)/
CD1: The Fabulous Johnny Cash / Hymns: Run Softly, Blue River; Freankie's Man, Johnny; That's All Over; The Troubadour; One More Ride; That's Enough; I Still Miss Someone; Don't Take Your Guns To Town; I'd Rather Die Young; Pickin' Time; Shepherd Of My Heart; Suppertime; Oh What A Dream; Mama's Baby; Fool's Hall Of Fame; I'll Remember You; Cold Shoulder; Walking The Blues; It Was Jesus; I Saw A Man; Are All The Children In; The Old Account; Lead Me Gently Home; Swing Low, Sweet Chariot; Snow In His Hair; Lead Me Father; I Call Him; These Things Shall Pass; He'll Be A Friend; God Will; It Was Jesus
CD2: Songs Of Our Soil / Ride This Train: Drink To Me; Five Feet High And Rising; The Man On The Hill; Hank And Joe And Me; Clementine; Great Speckled Bird; I Want To Go Home; The Caretaker; Old Apache Squaw; Don't Step On Mother's Roses; My Grandfather Clock; It Could Be You (Instead Of Him); I Got Stripes; You Dreamer You; Loading Coal; Slow Rider; Lumberjack; Dorraine Of Ponchartrain; Goin To Memphis; When Papa Played The Dobro; Boss Jack; Old Doc Brown; The Fable Of Willie Brown; Second Honeymoon; Ballad Of The Harp Weaver; Smiling Bill McCall
CD3: Now There Was A Song! / Hymns From The Heart / Bonus Tracks: Seasons Of My Heart; I Feel Better All Over; I Couldn't Keep From Crying; Time Changes Everything; My Shoes Keep Walking  Back To You; I'd Just Be Fool Enough (To Fall); Transfusion Blues; Why Do you Punish Me (For Loving You); I Will Miss You When You Go; I'm So Lonesome I Could Cry; Just One More; Honky Tonk Girl; He'll Understand And Say Well Done; God Must Have My Fortune Laid Away; I Got Shoes; When I've Learned Enough To Die; Let The Lower Lights Be Burning; If We Never Meet Again; When I Take My Vacation In Heaven; Taller Than Trees; I Won't Have To Cross Jordan Alone; When He Reached Down His Hand For Me; My God Is Real; These Hands; I Walk The Line; Folsom Prison Blues; Cry! Cry! Cry!; Get Rhythm; Guess Things Happen That Way; Rock Island Line; Home Of The Blues

W ostatnich latach na rynku płytowym roi się wręcz od najróżniejszych płyt składankowych znanych Artystów. Pamiętam czasy gdy każda nowa płyta kompilacyjna jaka ukazywała się na rynku była prawdziwym wydarzeniem omawianym na łamach czasopism muzycznych i antenie radiowej. Dziś najróżniejszego rodzaju ''składanek'' jest tak dużo, iż wielu wykonawców mających na swym koncie zaledwie dwie lub trzy płyty, decyduje się na wymieszanie utwórów i sprzedanie ich ponownie pod nowym tytułem jako: ''Greatest Hits'' lub (coraz częściej stosowany, gdyż mniej zobowiązujący tytuł): ''Collection''. Ponadto istnieje dziś niezliczona ilość małych wytwórni płytowych, które posiadając prawa do publikacji wielu nagrań, tworzy często dość przypadkowe zestawy, gdyż złożone jedynie z nagrań, do których publikacji ma prawo. Te kompilacje wydawane są najczęściej bez jakiejkolwiek zgody, a nawet wiedzy artystów.
W swojej kolekcjonerskiej pasji płytowej postanowiłem się ograniczyć jedynie do tych ,,składanek'', które ukazują się nakładem wytwórnii z jaką faktycznie wykonawca był związany a nie firm, które różnymi źródłami i sposobami uzyskały licencję do publikacji nagrań. Jak się okazuje i tych płyt jest całe mnóstwo.
W ostatnim czasie uwagę moją zwróciła seria trzypłytowych wydawnictw pod wspólnym tytułem: ''The Real...'', w ramach której ukazały się zestawy płyt: Elvisa Presleya, Johnny Casha i Milesa Davisa. Każde z tych wydawnictw ma również jednopłytowy swój odpowiednik będący ''skondensowaną'' wersją pełnej edycji.
Estetycznie wydawane trzypłytowe boxy z tej serii wyposażone są w staranny opis każdego z zamieszczonych na nich nagrań, których jakość jest z kolei najlepszą z możliwych (co w przypadku nagrań sprzed lat ma ogromne znaczenie).
Trzypłytowy zestaw 88. (!) nagrań Johnny Casha uznać jednak muszę za ''wydawnictwo -dziwoląg'', które jednakże jest wyśmienitym zestawem dla melomanów, chcących mieć zestaw wielkich nagrań Króla Muzyki Country w ''jednym pudełku''. Dlaczego zatem ''dziwoląg''? Dlatego, iż nie jest to typowa składanka tylko reedycja oryginalnych albumów.
Na pierwszej płycie CD znajdziemy album: ''The Fabulous Johhny Cash'' z roku 1959 uzupełniony o sześć nagrań bonusowych oraz zawartość całej płyty: ''Hymns'' również z 1959 roku.
Drugi ''kompakt'' zestawu przynosi płyty: ''Songs Of Our Soul'' (1959) uzupełnioną o dwa nagrania bonusowe, oraz: ''Ride This Train'' z 1960 roku plus: cztery bonusowe utwory.
Trzecia srebrna płytka z kolei to zawartość oryginalnych albumów: ''Now There Was A Song'' (1960) i ''Hymns From The Heart'' (1962), a aby nikt nie narzekał na brak największych przebojów Casha: dołączono jeszcze na koniec zestaw siedmiu wielkich przebojów takich jak: ''I Walk The Line'' czy ''Rock Island Line'' z lat 1955-1958.
Reasumując nie jest to składanka w sensie stricte, lecz po prostu zestaw ''gotowych'' albumów. Szkoda, gdyż w przypadku przeogromnego dorobku Johnny Casha, wytwórnia taka jak Columbia mogłaby pokusić się o skomponowanie każdej z trzech płyt w sposób tematyczny, np.: pieśnii religijne, piosenki typowo ludowe, o miłości itp. Repertuar trzypłytowego zestawu jest jednak dzięki temu prezentacją sześciu oryginalnych albumów Muzyka uzupełnionym o wielkie przeboje. I to pewnie też dobrze... jako kolekcjoner jednak, wolę pojedyncze edycje każdego z tych albumów wydane jako każda z osobna, a od ''zestawu'' wydanego jako składanka oczekiwałbym indywidualnej formy kompilacji.
Z ogromną przyjemnoscią wysłuchałem tych płyt, ''odświeżając'' sobie przy okazji niektóre piosenki, jak choćby przeuroczą: ''I Got Stripes''

Tagi: C Pop
17:18, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 Dweezil ZAPPA: Return Of The Son Of... /Edel 2CD's 2010 (2008, 2009)/
CD1: The Deadhless Horsie; Andy; Magic Fingers; Broken Hearts Are For Assholes; Bamboozled By Love; King Kong (with Band Solos); Montana; Inca Roads
CD2: The Torture Never Stops; Dirty Love; Zomby Woof; Billy The Mountain; Camarillo Brillo; Pygmy Twylyte

Muszę wyznać, iż przeważnie podejrzliwie podchodzę do muzycznych projektów potomstwa Wielkich Muzyków, których poczynania oparte są na legendzie stworzonej przez ich rodziców. Bardzo często bowiem starają się stworzyć wokół swych dokonań legendę opartą na nazwisku a ich twórczość częstokroć nie jest nawet namiastką Muzyki stworzonej przez ich wielkich rodziców. Z wielkim dystansem też traktowałem poczynania progenitury Franka Zappy -Dweezila, który w ramach projektu Plays Zappa (Tour de Frank) występuje z zespołem wykonującym repertuar ojca. ''Na łopatki'' rozłożył mnie jednak dwupłytowy album Dweezila Zappy przynoszący nagrania koncertowe zarejestrowane w ciągu ostatnich dwóch lat: ''Return Of The Son Of...'' (2010), na którym Dweezil Zappa prezentuje swoje spojrzenie na twórczość wielkiego ojca, odkrywając nie znane dotąd walory wielu kompozycji.
Wydawnictwo jest zbiorem nagrań koncertowych z Chicago, Nowego Jorku i Manchesteru z lat 2008 -2009, lecz dzięki doskonałemu montażowi i zachowaniu chronologii dramaturgicznej słuchając płyt odnosimy wrażenie spójności i złudzenie słuchania jednego całego koncertu.
Wyśmienicie brzmi początek płyty gdzie połączone z sobą tematy: ''The Deadhless Horsie'' i ''Andy'' są doskonałym wprowadzeniem w świat Franka Zappy widziany oczyma Dweezila a zarazem mocnym akcentem na początek.
Rewelacją jest zamieszczony tu, rozimprowizowany do granic możliwości ''King Kong'' (20 minut!) podczas którego słuchamy wspaniałych solówek granych przez poszczególnych muzyków doskonale skompletowanego przez Dweezila Zappę bandu.
Fantastycznie brzmi wokal Bena Thomasa w ''Montana'' -utworze, który w pierwszej części tej wersji (może na zasadzie skojarzeń z innym śpiewającym Thomasem) przenosi nas w klimaty spod znaku Blood Sweat & Tears... a może też Colloseum.
Podczas słuchania tych płyt ani na chwilę nie opuszcza nas duch Franka, który będąc cały czas obecny w tej muzyce -nie pozbawia jednocześnie doskonałego zespołu pod wodzą Dweezila możliwości zarysowania własnych osobowości i naznaczenia indywidualnych profili w trakcie koncertu poświęconego wyłącznie jego twórczości.
Doprawdy nie potrafiłbym wyobrazić sobie lepszych wykonań utworów Franka Zappy bez udziału jego samego i muzyków z ''jego epoki'' niż te, które tak doskonale brzmią z głośników po naciśnięciu ''play'' w odtwarzaczu kiedy znajduje się w jego kieszeni jedna z płyt wydawnictwa: ''Return Of The Son Of...''.

Tagi: rock blues z
17:17, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 MARILLION: Somewhere Else /CD 2007, Intact/
The Other Half; See It Like a Baby; Thankyou Whoever You Are; Most Toys; Somewhere Else; A Voice From The Past; No Such Thing; The Wound; The Last Century for Man; Faith

''The Other Half'' to idealny początek albumu, zwiastujący niejako dalszą zawartość albumu.
Po w sumie przeciętnym (biorąc pod uwagę możliwości dzisiejszego Marillion) utworze ''See It Like a Baby'' czas na pierwszą ''perełkę'' na płycie: piękną, klimatyczną balladę: ''Thankyou Whoever You Are''. Wokal Steve Hoghartha wyśpiewuje w tak charakterystyczny dla niego, dramatyczny sposób tekst mogący poruszyć najtwardsze niewieście serca. Do tego wyśmienita oprawa fortepianu, na którym sam wokalista akompaniuje sobie w tym utworze i ta głębia tworzona przez Marka Kelly (klawisze) i Steva Rothery (gitara)...
''Most Toys'' to z kolei ostro i drapieżnie brzmiący rockowy utwór, który szczerze mówiąc nie wyróżnia się niczym szczególnym poza doskonale brzmiącymi riffami gitarowymi. Wokal Hoghartha brzmi w tym nagraniu nieco sztucznie i nienaturalnie... cóż, jego predyspozycje wokalne lśnią pełnym blaskiem raczej w spokojnych i klimatycznych utworach.
Takich, do których należy kolejna ''perełka'' znajdująca się na płycie a zarazem nagranie, które dla mnie jest czymś w rodzaju opus magnum płyty ''Somewhere Else'': utwór tytułowy. Piękny, urzekający klimat, beatlesowsko i rytmicznie brzmiący podkład klawiszy kojarzący się z orkiestrą i wzruszająco ''łkająca'' gitara. To po prostu piękna i poruszająca ballada. Za takie właśnie utwory uwielbiam Marillion; klimaty odwołujące się tym samym do największych dokonań pierwszego wcielenia zespołu, gdy wokalistą w grupie był niejaki Fish.
 ''Głos z przeszłości'' będący czyms w rodzaju kontynuacji kompozycji tytułowej podtrzymuje a może wręcz pogłębia nastrój zadumy, choć wprowadza zarazem szczyptę niepokoju tekstem i złowrogą melodyką... piękny fortepian w finale.
''No Such Thing'' następujący po nim jest klimatyczną kontynuacją dwóch poprzednich nagrań, tworząc zarazem wraz z ''Somewhere Else'' i ''A Voice From The Past'' coś w rodzaju trylogii mogącej funkcjonować niezależnie poza ramami całego albumu.
Te trzy utwory to dla mnie najpiękniejszy fragment płyty, choć następujący po nich: ''The Wound'' to również niezły kawałek, lecz utrzymany juz w zgoła nieco innym nastroju. Uwagę w tym nagraniu zwaracają wspaniałe pasaże perkusyjne niezawodnego Iana Mosleya i mantryczne dźwięki gitar i klawiszy w spokojnych momentach kompozycji.
W ''The Last Century for Man'' kołyszemy się cudownie od samego początku utworu. Hogarth delikatnie (tak jak on tylko potrafi) niemalże melodeklamuje apokaliptyczny tekst, w którym porusza kwestię terroryzmu na świecie i prosi Boga o pomoc dla tego czym dziś stał się Świat. Utwór brzmi niemal jak hymn upadłego Świata proszącego o pomoc.
Na koniec piękna niespodzianka: śliczna akustyczna miniaturka ozdobiona piękną partią gitary nawiązującą do sposobu gry ''twang'' wylansowanej przez samego Duane Eddy, pojawiają się też ponownie beatlesowskie partie klawiszy... To piękne zakonczenie kolejnego udanego albumu Marillion. Albumu, który dla mnie jednak, tak naprawdę zaczyna się dopiero od utworu piątego na płycie.

Tagi: M rock blues
17:16, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »


 MARK KNOPFLER: The Princess Bride /CD 1997 Vertigo/
Once Upon A Time... Storybook Love; I Will Never Love Again; Florin Dance; Morning Ride; The Friends' Song; The Cliffs Of Insanity; The Swordfight; Guide My Sword; The Fireswamp And The Rodents Of Unusual Size; Revenge; A Happy Ending; Storybook Love

Płyta wydana w serii ''remasterów'' Dire Straits i solowych dokonań Marka Knopflera zawiera muzykę z filmu znanego w Polsce pod tytułem: ''Narzeczona dla księcia'', który swą światową premierę miał w roku 1987. Dobrze, iż obok serii zremasterowanych albumów Dire Straits ukazały się też płyty z muzyką filmową napisaną przez Marka Knoflera, gdyż przypomniano tym samym o fakcie iż Knopflerowi zdarzyło się popełnić oprócz ''Local Hero'' również inne arcydzieła filmowe, jakim są ścieżki dźwiękowe do filmów: ''Cal'', ''Last Exit To Brooklyn"  czy właśnie omawiana w tym miejscu: ''The Princess Bride''.
Najsłynniejszym tematem z filmu jest: ''Storybook Love'', który w wersji instrumentalnej pojawia się już na samym początku płyty by ją pięknie zakończyć wersją instrumentalno -wokalną śpiewaną przez Williego DeVille. Swego czasu nagranie to znalazło się na wielu listach przebojów, zyskując większą popularność niż sam film, który choć otrzymał po wejściu na ekrany dwa Saturny oraz trzy inne nagrody i 10 nominacji, nie znalazł się w kanonie najsłynniejszych filmów dziewiątego dziesięciolecia minionego wieku.
Płyty jako całości słucha się doskonale, choć jest to typowa muzyka filmowa, podczas której każdy z tematów podporządkowany jest innej strukturze dramatycznej przypisanej konkretnym scenom i zdarzeniom mającym miejsce na ekranie. Często płyt z soundtrackiem można wysłuchać zapominając o istnieniu filmu, dla którego potrzeby stworzona została muzyka. W przypadku tego albumu od samego początku mamy do czynienia z muzyką wybitnie ilustracyjną. Nie przeszkadza to jednak zachwycić się poszczególnymi tematami, jak np. ''Morning Ride'' czy przepiękny, najbardziej chyba ocierający się o estetykę muzyki klasycznej pośród zamieszczonych tu nagrań, temat: ''Guide My Sword''. Może razić trochę  nadmiernie eksponowana elektronika w bardzo podniosłym temacie: ''Revenge'', gdzie szczególnie brakuje pełnej głębi brzmienia orkiestry, natomiast urzeka wspaniały finał złożony z dwóch tematów: ''A Happy Ending'' i wspomnianego ''Storybook Story''. Swoją drogą ciekawe dlaczego Knopfler sam nie pokusił się na zaśpiewanie tej cudnej piosenki w filmie powierzając ją skądinąd wspaniale interpretującemu ją wokalnie Williemu DeVille.
Płytę docenić powinni miłośnicy muzyki filmowej, oraz fani zarówno dokonań solowych Marka Knoflera jak i z grupą Dire Straits, gdyż w nagraniu jej brał udział odpowiedzialny za elektronikę Guy Fletcher -klawiszowiec zespołu.

Tagi: k rock blues
17:15, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 ZIGGY MARLEY and the Melody Makers: Jahmekya /CD 1991 Virgin/
Raw Riddim; Kozmik; Rainbow Country; Drastic; Good Time; What Conquers Defeat; First Night; Wrong Right Wrong; Herbs An' Spices; Problem With My Woman; Jah Is True And Perfect; Small People; So Good So Right; Namibia; New Time & Age; Generation

''Jahmekya'' to album najstarszego z synów Boba Marleya -największej ikony muzyki reggae na świecie, nagrany wraz z jego grupą Melody Makers w roku 1991. Cokolwiek by napisać o przebiegu kariery Ziggy'ego Marleya nie byłaby to opowieść obfitująca w jakieś niesłychane sukcesy i powodzenie, aczkolwiek od lat Ziggy ma swą wierną grupę zagorzałych fanów i wielbicieli. W okresie kiedy wydany został omawiany album, Ziggy był artystą niezwykle aktywnym twórczo, przez co nie wszystkie jego produkcje zaspokajały oczekiwania związane z nazwiskiem obciążonym tak dużą odpowiedzialnością.
''Jahmekya'' to album trochę nierówny, który naładowany jest zarówno funkiem, popem jaki i najróżniejszymi groove'ami, których skromnym zdaniem piszącego ten tekst Ziggy Marley trochę w tych latach nadużywał.
Przykładem tego niech będzie otwierający całość: ''Raw Riddim'', poprzez swego rodzaju przepych aranżacyjny czyniący go małoczytelnym.
''Kozmik'' z kolei to świetny, utrzymany w stylu funky kawałek, który doskonale sprawdzał się na parkietach dyskotek przed laty, nawiązujący do klimatów pochodzących jeszcze z lat 70-tych. Co więcej: doskonale słucha się tego po 20-latach!
Fuzją reggae i funky jest także: ''Good Time'' -zdecydowanie jednak zaniżający poziom albumu.
Nieporozumieniem również wydają się nijakie: ''Jah Is True And Perfect''  i ''New Time & Age''.
Najbardziej powiązanymi z tradycyjną stylistyką klasycznego reggae a zarazem najbardziej mogącymi przypominać dokonania Boba Marleya są takie rzeczy jak: ''Rainbow Country'', ''Drastic'', ''Herbs An' Spices'', ''Namibia'' czy kończący album ''hymnowy'': ''Generation''.
Takie tytuły jak: ''What Conquers Defeat'', ''First Night'' czy: ''Small People'' to próby stworzenia bardzo komunikatywnych, przebojowych nagrań z melodyjnym i wpadającym w ucho refrenem a la popularne hity grupy UB 40. Oczywiście przyjemnie się tego słucha i trudno odmówić tym nagraniom wdzięku; są świetnie zaaranżowane, przyswajalne od pierwszego wysłuchania i wywołują pozytywne wibracje, lecz nie wykraczają poza ramy melodyjnej muzyki reggae.
Uwagę zwraca wirtuozeria instrumentalistów tworzących Melody Makers oraz bogata sekcja dęta i przepych aranżacyjny (w dobrym tego słowa znaczeniu) w takich kompozycjach jak: ''Wrong Right Wrong''.
Ciekawostką może być akustyczna, bluesowa ballada: ''Problem With My Woman'' ukazująca zgoła inne oblicze artysty, który udowadnia tym samym iż doskonale czuje się w estetyce bluesa a za udane połączenie stylistyki soul z brzmieniem reggae może uchodzić: ''So Good So Right''.
Częstokroć to co pierwotnie miało okazać się błogosławieństwem dla synów wielkich legendarnych i pomnikowych postaci świata muzyki jest dla nich przekleństwem. Przykładami tego niech będą: nagrywający doprawdy wspaniałe płyty: Julian Lennon, Dweezil Zappa czy bohater tej recenzji: Ziggy Marley. którzy choć poszczycić się mogą niewątpliwie ogromnym potencjałem twórczym i własną indywidualną fantazją i wrażliwością -zawsze postrzegani będą poprzez pryzmat dokonań swych niedoścignionych ojców.  

Tagi: M
17:15, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 grudnia 2011
 ART BLAKEY and the Afro-Drum Ensemble: The African Beat /CD 1994/2011 (1962) Blue Note/
Prayer By Solomon G.Iori; Ife L'ayo (There Is Happiness In Love); Obirin African (Woman Of Africa); Love, The Mystery Of; Ero Ti Nr'ojeje; Ayiko Ayiko (Welcome, Welcome, My Darling); Tobi Ilu 

Album w chwili ukazania się (1962) był jedną z pionierskich płyt ukazującą afrykański folklor w odniesieniu do muzyki jazzowej. Szczerze mówiąc jako takiego jazzu jest tu wyjątkowo mało i płytę tą miłośnicy znanego z produkcji Jazz Messengers Blakey'a traktują jako jedną z kilku ciekawostek w jego bogatej dyskografii. Ciekawostka to niezwykle malownicza i urokliwa, która była w owym czasie czymś w rodzaju muzycznego spełnienia dla perkusisty mającego w swym sposobie gry od zawsze ciągoty ku ludowym afrykańskim rytmom. Perkusja dominuje na tej płycie od początku do końca, stanowiąc podstawę dla linii melodycznych wygrywanych na afrykańskich fletach i piszczałkach. Zespół afrykańskich perkusistów Afro-Drum Ensemble wygrywa najczęściej podkłady rytmiczne pod doskonale grzmiące sola Arta Blakeya. Spośród typowo jazzowego instrumentarium znajdziemy tu jedynie kontrabas (Ahmed Abdul-Malik) i saksofon tenorowy  Yusefa Lateefa w: ''Ayiko Ayiko (Welcome, Welcome, My Darling)''.
Album zawiera kompozycje muzyków afrykańskich i amerykańskich, oparte na rytmach Afryki Zachodniej a melodie jakie do nas docierają oparte są na dźwiękach cymbałów, konga, marakasów i plemiennych śpiewach. Podczas przesłuchiwania płyty towarzyszy nam nastrój transowy i mantryczny.
Trudno wyróżnić tu jakikolwiek utwór lub którąkolwiek z solówek perkusisty. Najdłuższym tematem jest blisko 10-minutowy: ''Love, The Mystery Of'', w pierwszej części oparty na plemiennych śpiewach, w drugiej ukazujący perfekcyjny warsztat perkusyjny lidera projektu. Co wydaje się jednak niezwykle ciekawe: Blakey gra na tej płycie w sposób tak doskonale dla niego charakterystyczny i znany nam z klasycznych jego płyt jazzowych, iż dopiero słuchając tych nagrań odkryć możemy prawdziwe korzenie jego tak rozpoznawalnej w nagraniach klasycznych stylistyki.
Nie jest to płyta, od której powinno się zacząć muzyczną przygodę poznawania dokonań jednego z najwspanialszych jazzowych perkusistów, ale stanowi doskonałe uzupełnienie kolekcji płyt Arta Blakeya, a dla miłośników soczystych i pełnych ekspresji solówek perkusyjnych -to prawdziwa uczta!
11:15, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 ART BLAKEY and the Jazz Messengers: Buhaina's Delight /CD 1992/2011 (1961) Blue Note/
Backstage Sally; Contemplation; Bu's Delight; Reincarnation Blues; Shaky Jake; Moon River; Moon River (Alternate Take); Backstage Sally (Alternate Take); Reincarnation Blues (Alternate Take); Bu's Delight (Alternate Take)

''Buhaina's Delight'' to doskonały skład, w którym mamy okazję usłyszeć ponownie u Blakeya: basistę Jymie Merritta oraz  Cedara Waltona (fortepian) i wyśmienitą sekcję dętą: młodego Freddie Hubbarda , puzonistę Curtisa Fullera i przede wszystkim Wayne Shortera, który niejako zdominował tą płytę (podobnie jak Lee Morgan album: ''Africaine'').
Standardem jest dziś kompozycja Shortera otwierająca płytę: ''Backstage Sally'' będąca typowym przykładem be bopu, natomiast jego przepiękna ballada: ''Contemplation'' stanowi sześciominutową perełkę przesyconą z kolei typowym klimatem klubowym ''bluenotowskich'' nagrań przełomu lat 50-tych i 60-tych.
Na okładce tej historycznej płyty widzimy perkusistę z pałeczkami w ręku w chmurze papierosowego dymu. Jakże niezwykłym kontrastem jest elegancka koszula i marynarka Arta Blakeya w zestawieniu z krótkim dopalającym się petem w ustach. Tak pełna jest kontrastów i cała płyta, która po poruszającej: ''Kontemplacji'' porywa nas skocznymi rytmicznymi partiami całej sekcji dętej w: ''Bu's Delight''. Utwór ten jest kolejnym z serii długich i rozbudowanych, które sukcesywnie po jednym na płycie umieszczał Blakey. Zawarte tu solo perkusyjne jest esencją jego stylu i niezwykłej stylistyki ''drum thunder'' z jaką od zawsze go kojarzymy. Mimo braku Lee Morgana, mamy do czynienia z jak nigdy bogatym brzmieniem dętych, do czego niewątpliwie oprócz Shortera i Hubbarda przyczynił się Fuller, będący też kompozytorem: ''Bu's Delight''
Trzecią kompozycją Shortera w tym zestawie jest utrzymany w umiarkowanym tempie: ''Reincarnation Blues'' ozdobiony solówkami zarówno saksofonu, trąbki Hubbarda oraz trochę jakby mniej eksponowanego niż Walter Davis czy Bobby Timmons podczas poprzednich sesji -Cedara Waltona.
Nowy pianista Messengersów jest autorem kolejnego na płycie utworu: ''Shaky Jake''. Na jakiejkolwiek innej płycie jazzowej z tej epoki mogłaby to być perła, jednak na tak wspaniałym albumie jak ten jest to zaledwie przeciętny kawałek.
Podstawowy program płyty kończy rzecz zaskakująca a zarazem jeden z kilku odważnych eksperymentów na jakie pozwolił sobie w sensie aranżacji Art Blakey: filmowa ballada: ''Moon River'' (H.Mancini/J.Mercer) zagrana w szybkim tempie i ozdobiona długim solem puzonu i impresją Waltona. Dziś nikogo takie rzeczy nie dziwią, ale w 1961 roku było to posunięcie dość odważne.
Zremasterowana edycja płyty zawiera jeszcze 4 utwory, będące alternatywnymi wersjami czterech spośród sześciu nagrań podstawowych. W stosunku do podstawowych wersji, raczej niczym nie zaskakują lecz stanowią ciekawostkę a dla poszukiwaczy skarbów nagraniowych z epoki są na pewno cenną zdobyczą.
Choć daleki byłbym od stawiania: ''Buhaina's Delight'' na równi z: ''Moanin''' (1958), to uważam iż jest to tak czy tak -jedna z najwspanialszych płyt Jazz Messengers oraz album zaliczany bezsprzecznie do kanonu jazzu.

11:14, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 ART BLAKEY and the Jazz Messengers: Africaine /CD 1998/2011 (1959) Blue Note/
Africaine; Lester Left Town; Splendid; Haina; The Midget; Celine

Płyta ''Africaine'' choć nagrana w 1959 roku, wydana została przez Blue Note pierwszy raz dopiero po 20 latach. Powodem tego było jak głoszą encyklopedie niezadowolenie producenta albumu Alfreda Liona z efektu finalnego sesji.To niezwykłe, iż tak doskonałe nagrania czekały tak długo na swą płytową premierę. Mamy tu do czynienia z wyśmienitym składem Jazz Messengers: sekcję dętą stanowią: Wayne Shorter i podobnie jak na historycznym albumie: ''Moanin''': Lee Morgan, przy fortepianie: Walter Davis Jr, a sekcję rytmiczną: Art Blakey -Jymie Merritt uzupełnia grający na kongach: Dizzy Reece. Dzięki bardziej rozbudowanym perkusjonaliom mamy do czynienia z płytą zdecydowanie bardziej perkusyjną i w większym stopniu nasyconą rytmiką niż poprzednie nagrania Blakey'a dla Blue Note.
Już otwierająca album, jedna z dwóch kompozycji Shortera na płycie: ''Africaine'' tętni niebiańskim łomotem perkusji. Jest to zarazem utwór, który stał się wkrótce jednym z najbardziej charakterystycznych dla Jazz Messengers. Warto pamiętać, iż właśnie na płycie ''Africaine'' Wayne Shorter zadebiutował pod flagą Jazz Messengers, a był to debiut doskonały, gdyż Shorter odcisnął swe piętno na klimacie krążka w niezwykle znaczący sposób. W Jazz Messengers Shorter pozostał do 1963 roku.
W drugiej jego kompozycji na albumie: ''Lester Left Town'' mamy do czynienia z niezwykłymi improwizowanymi dialogami z Morganem na tle doskonałego podkładu fortepianu Waltera Davisa i paraliżującymi wręcz partiami perkusyjnymi Blakey'a. Utwór ten to jedna z najczęściej wykonywanych w kolejnych latach kompozycji zespołu podczas koncertów w różnych składach. Oficjalnie ''Lester Left Town'' został sześciokrotnie nagrany i wydany na różnych płytach koncertowych Arta Blakey'a.
Jedyną kompozycją pianisty składu Waltera Davisa Jr. jest na płycie: ''Splendid'' oparty na agresywnych, wysokooktanowych akordach klawiszy, w którym rewelacyjne solo wygrywa Lee Morgan. Nie mogło stać się jednak inaczej -''ostatnie słowo'' należy w tym utworze zdecydowanie do Davisa.
Do Morgana w sensie kompozycyjnym należy natomiast cała druga strona płyty, bowiem wypełniają ją trzy jego kompozycje. Od czasu do czasu Blakey lubił na płytach umieszczać bardziej rozbudowane strukturalnie utwory z położeniem szczególnego akcentu na perkusję i tak jak na ''Moanin''' mieliśmy: ''The Drum Thunder Suite'', tak na ''Africaine'' mamy 10-minutową: ''Hainę'', dającą upust skłonnościom Blakey'a do dominacji. Jednak pomimo wybitnie perkusyjnemu klimatowi tego utworu, swój wkład w dość znacznym stopniu zaznaczyli zarówno w tym nagraniu Morgan jak i Davis.
W umiarkowanym tempie utrzymany: ''The Midget'' ukazuje po raz kolejny na płycie, ogromny potencjał i inwencję Waltera Davisa Jr., oraz po raz pierwszy od początku płyty mamy okazję wysłuchania bardziej rozbudowanej solówki kontrabasu (Jymie Merritt).
Kończąca płytę: ''Celine'' rozpoczyna się charakterystycznym transowym rytmem Blakey'a, jednak na pierwszym planie mamy tu przede wszystkim Shortera i Morgana, który jeśli wierzyć zapiskom sprzed lat kompozycje tą napisał z miłości do swej kobiety. I tu doskonale brzmi fortepian, a Blakey dosłownie miażdży i wgniata w fotel swym ciężkim, afrykańskim brzmieniem, które zwiastować miało to co z The Afro-Drum Ensemble perkusista nagrać miał dopiero za trzy lata.
Jedna z najlepszych sesji The Jazz Messengers z lat 50-tych, która światło dzienne ujrzała dopiero w 1979 roku.

11:13, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 ART BLAKEY and the Jazz Messengers: Moanin' /CD 1999/2011 (1958) Blue Note/
Warm-up And Dialogue Between Lee And Rudy; Moanin'; Are You Real; Along Came Betty; The Drum Thunder Suite; Blues March; Come Rain Or Come Shine; Moanin' (Alternate Take)

Jeden z najsłynniejszych albumów jazzowych wszechczasów, a zarazem jedna z najwspanialszych płyt legendarnej wytwórnii Blue Note, ukazująca tak charakterystycznego ducha kojarzonego od zawsze z logo firmy. Płytę początkowo wydano bez tytułu firmując ją po prostu jako: ''Art Blakey and the Jazz Messengers'', jednak ogromna popularność otwierającego ją bluesa: ''Moanin''' sprawiła iż kolejne powszechnie znane jej edycje wydawane zostały właśnie pod tym tytułem. Pierwsze edycje winylowe z okładką bez tytułu i innym liternictwem osiągają dziś na światowych giełdach płytowych zawrotne ceny.
Zremasterowaną edycję CD z roku 1999 ponownie wydaną przez Blue Note w 2011 roku rozpoczyna fragment rozmowy Lee Morgana i realizatora dźwięku Rudy Van Geldera zarejestrowany w studio.
Właściwym początkiem albumu jest jednak jeden z najbardziej rozpoznawalnych tematów jazzowych świata, do których zaliczyłbym również: ''Take Five'' (Brubeck) czy ''Autumn Leaves'' (Davis). Kompozycja Bobby Timmonsa i Jona Hendricksa: ''Moanin''' stała się niejako wizytówką Jazz Messengers, kojarzoną już zawsze z postacią Arta Blakeya.
Na tej legendarnej płycie jest jeszcze jeden wielki przebój Jazz Messengers: liryczna ballada ''Along Came Betty'' -kompozycja saksofonisty składu: Benny Golsona. Golson jest autorem czterech spośród sześciu utworów na płycie co czyni go obok Blakeya najważniejszą postacią na płycie.
Tak naprawdę dopiero podczas rozpoczynającej drugą stronę longplaya: ''The Drum Thunder Suite'', Art Blakey daje nam do zrozumienia iż liderem projektu jest perkusista. Na tle doskonałych partii perkusji podziwiamy partie saksofonu Golsona i trąbki Morgana, z których dopiero po czterech minutach wyłania się linia melodyczna. Blakey gra bardzo charakterystycznie dla siebie, niemal bez użycia talerzy. Taka właśnie estetyka miała wkrótce stać się jednym z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych elementów jego techniki, której upust miał dać kilka lat później na albumie: ''The African Beat'' (1962).
''Blues March'' to popis wirtuozerii zarówno Morgana jak i Golsona, ale też w większym stopniu niż w pozostałych nagraniach -pianisty tego kwintetu: Bobby'ego Timmonsa, popartego doskonałym brzmieniem basu Jymie Merritta.
Timmons właściwie ''rozgrywa'' się pod koniec albumu; grający dotychczas oszczędnie i dyskretnie, wysuwa się na plan pierwszy w ''Come Rain Or Come Shine'' tworząc solo na przemian z Golsonem i Morganem. Tu również jest okazja do solówki Merritta, tak doskonale na całym albumie współpracującego z liderem.
Płyta doskonała? Zdecydowanie! Legendarna i pomnikowa! Albumem tym Art Blakey wytyczył niewątpliwie wiele nowych ścieżek dla kształtującego się na przełomie lat 50-tych i 60-tych hard bopu.
Edycję kompaktową kończy alternatywna wersja: ''Moanin''' znaleziona w studiach Van Geldera, odznaczająca się nieco inną artykulacją brzmieniową i inaczej brzmiącym solem kontrabasu. Ciekawostka.

11:12, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

 BUSHMAN'S REVENGE: Jitterbug /CD 2010 (2009) Rune Grammofon/
Always In Motion The Future Is; Kill Your Jitterbug Darlings; While My Guitar Gently Breaks; Too Old To Die Young; Wind And Fire; Professor Chaos; Damage Case (Happy Go Lucky Karaoke Version); Personal Poltergeist; Waltz For My Good Man

To już druga płyta norweskiego tria utrzymana w konwencji muzyki dość trudnej do zdefioniowania. Mamy tu bowiem ciężkie, wręcz metalowe riffy gitary ozdobione perkusją i basem tworzącym free jazzowe klimaty. Muzyka ciężka zarówno brzmieniowo jak i klimatycznie chyba najbardziej nawiązująca do czegoś w rodzaju jazz rockowej awangardy. Dziewięć wypełniających płytę utworów to kompozycje muzyków tworzących grupę oraz jeden zaskakujący kawałek, którym jest: ''Damage Case'' z repertuaru ...grupy Motorhead!
Bushman's Revenge zostali dostrzeżeni przez krytyków i mają grono swoich zagorzałych fanów nie tylko w Norwegii. Mimo to jest to zdecydowanie muzyka niszowa, skierowana do określonego grona odbiorców i nie aspirująca w kierunkach mogących okazać się bardziej przystępnymi dla miłośników zarówno jazzu jak i rocka. Połączenie ciężkiego surowego rockowego grania z estetyką free jazzu stawia muzykę Bushman's Revenge w pozycji skierowanej do określonego grona odbiorców w innej również niszowej grupie słuchaczy. 
W muzyce z ''Jitterbug'' dostrzeżemy elementy zarówno punk rocka (''Kill Your Jitterbug Darlings'') jak i bluesa (''While My Guitar Gently Breaks'' ozdobiony dodatkowo dźwiękami organów), oraz nawiązań w kierunku tradycyjnej melodyki (''Too Old To Die Young'').
Słuchając tej płyty nie mogę jednak wyzbyć się wrażenia słuchania nagrań demo... tak jak gdyby z każdym z utworów należało jeszcze coś zrobić przed umieszczeniem ich na oficjalnej płycie. Najprawdopodobnie to ''garażowe'' brzmienie zespołu jest efektem zamierzonym, lecz w połączeniu ze specyfiką tej muzyki, poszczególne utwory robią na mnie wrażenie czegoś w rodzaju luźnych zapisów z próby. Jest dobry pomysł, jest udany zarys nagrania, lecz do ''pełni szczęścia'' tak jakby najzwyczajniej w świecie czegoś brakowało. Taki choćby ''Wind And Fire'' to dobry pomysł na mający dopiero powstać utwór, lecz doprawdy nie robiący szczególnego wrażenia jako gotowe nagranie. Po wysłuchaniu zaledwie kilku utworów płyta mimo agresywnych dźwięków gitary, ekspresyjnych free perkusyjnych uderzeń i labiryntów basowych po prostu zaczyna nużyć, a nawet tworzyć coś w rodzaju uciążliwej kakofonii (''Professor Chaos'' -przy dużej wyobraźni mogący wywołać z kojarzenia ze specyfiką ostatniego wcielenia King Crimson).
Podczas słuchania ''Damage Case'' zastanawiałem się czy traktować to nagranie jako cover czy parodię Motorhead (tym bardziej iż w podtytule umieszczono opis: ''Karaoke Version'').
Najmocniejszymi akcentami płyty są wspomniany: ''Too Old To Die Young'' oraz klimatyczny transowy, skonstruowany w konwencji bolera: ''Personal Poltergeist''. Tu mamy chociaż jakiś określony klimat i konkretną konstrukcję utworów. Szkoda że reszta nagrań z płyty oscyluje w zdecydowanie innych kierunkach.
Na koniec jest jeszcze jedna niespodzianka! ''Waltz For My Good Man''. Gitara brzmi łagodnie, a wygrywane dźwięki nawiązują do klimatów estetyki dawnych nagrań samego Petera Greena! Warto było przebrnąć przez całą płytę by doczekać tego utworu. Niestety, przy tych trzech albumu tym bardziej blakną pozostałe nagrania.
Z wielką nadzieją sięgnę po kolejną płytę Bushman's Revenge.
Zespół tworzą: Even Helte Hermansen (gitara), Rune Nergaard (bass) i Gard Nilssen (perkusja). W dwóch utworach brzmienie tria wzbogacone zostało organami Stale Storlokkena.

Tagi: b jazz
12:31, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2011

 BRAD TERRY feat. JAREK ŚMIETANA: Brad Terry Plays Ellington /CD 1997 Starling S.A. / Medialogic/
Do Nothing Till You Hear From Me; Sophisticated Lady; Perfido; Prelude To A Kiss; Caravan; I Let A Song; I'm Lost In Meditation; Things Ain't What They Used To Be; Moon Indygo; In A Mellow Note; Just Squeeze Me; In A Sentimental Mood

Klarnecista Brad Terry lekcje gry pobierał u samego Benny Goodmana, nic dziwnego iż po śmierci Goodmana w 1986 stał się niejako kontynuatorem jego dzieła. Hołdując tradycji Terry potrafił jednocześnie bardzo intensywnie odcisnąć własne piętno interpretując klasyków... takich choćby jak Gershwin czy Ellington, czego przykładem są dwie płyty nagrane z Jarkiem Śmietaną. Oprócz gry na klarnecie, Brad Terry doskonale gwiżdże co sytuuje go w tej niekonwencjonalnej dziedzinie w pozycji niedoścignionego lidera. Artysta z gwizdu potrafił uczynić pełnoprawny środek wyrazu będący niejako równoprawnym instrumentem.
Niniejsza płyta jest jedną z dwóch wydanych pod wspólnym tytułem: ''Brad Terry Plays'', pierwszą był album poświęcony utworom George'a Gershwina (''Brad Terry Plays Gershwin'').
Podobnie jak w przypadku pierwszej płyty, tak i tu Śmietana zajął się produkcją płyty, przygotował część aranżacji i był pomysłodawcą całego projektu.
Większość utworów nagrana została w dziewięcioosobowym składzie z wspaniałą sekcją dętą: Leszek Szczerba, Piotr Baron, Bogdan Wysocki i Sławomir Rosiak.
Podobnie jak w przypadku płyty ze standardami Gershwina, tak i tu mamy do czynienia z produkcją na najwyższym światowym poziomie. Utwory zostały opracowane w perfekcyjny sposób z zachowaniem tak niezbędnego feelingu i stylistyki Ellingtona; jest na tej płycie doprawdy esencja tego co u Ellingtona tak najbardziej charakterystyczne i szczególne, a jednocześnie wyraźne piętno wspaniałych polskich instrumentalistów zostało tu wyraźnie odcisnięte. 
Również dobór repertuaru wydaję się być idealny; oprócz tak charakterystycznych i uwielbianych przez miłośników jazzu tematów jak: ''Sophisticated Lady'', ''In A Sentmental Mood'' czy nieśmiertelnego: ''Caravan'', znajdziemy także: ''I Let A Song'' zagrane w akustycznym kwartecie, w którym szczególnie pięknie brzmi gitara Śmietany, a Terry swym gwizdem dosłownie czaruje.
Niejednokrotnie na plan pierwszy wysuwają się wspaniali instrumentaliści tworzący ten doskonały skład, jak choćby w: ''I'm Lost In Meditation'' gdzie podziwiać możemy saksofon P.Barona i fortepian Wojciecha Groborza, czy wspaniałe solo kontrabasu Jacka Niedzieli w: ''Things Aint What They Used To Be''.
Wspaniały, relaksujący klimat udało się Artystom doskonale uzyskać podczas wykonania: ''Moon Indygo'', gdzie partie sekcji dętej serwują nam cudne dźwięki na przemian z solówkami śmietankowej gitary i klarnetu Terryego. Tu również jest miejsce na solówkę L.Szczerby, a nad całością doskonale panuje ''szczoteczkujący'' Adam Czerwiński.
Potęga brzmienia sekcji dętej jest niepodważalnym atutem: ''Just Squeeze Me'', w którym swingująca perkusja A.Czerwińskiego nadaje doskonały rytm a solo W.Groborza w tym utworze jest kolejną perełeczką tej płyty.
Całość kończy poruszający duet liderów projektu: Śmietany i Terryego: ''In A Sentimental Mood''. Ten słynny temat muzycy postanowili zagrać tylko w dwójkę... tak pięknie, klimatycznie, nastrojowo...
Obie płyty Brada Terry i Jarka Śmietany, a więc album ze standardami Gershwina oraz omawiana w tym miejscu płyta z Ellingtonem, zostały niedawno ponownie wydane w atrakcyjnej szacie graficznej w formie digipacku.

czwartek, 24 listopada 2011

 Eugene Ormandy / Philadelphia Orchestra: Liszt -Dvorak -Smetana /LP RCA/
str.1: Franz Liszt: Ungarische Rhapsodie Nr.2; Anton Dvorak: Scherzo capriccioso, op.66
str.2: Friedrich Smetana: Ouverture -Polka -Furiant from ''The Bartered Bride''; Franz Liszt: Ungarische Rhapsodie Nr.1

''Węgierska rapsodia'' Liszta plus ''Scherzo capriccioso'' Dworzaka i uwertura do ''Sprzedanej narzeczonej'' Smetany, a wszystko to w mistrzowskim wykonaniu Orkiestry Filadelfijskiej pod dyrekcją jednego z największych dyrygentów Eugene Ormandy'ego. Wyborna uczta a do tego doskonale brzmiąca płyta gramofonowa wydana przez RCA.
Rok 1970, w którym ukazała się ta płyta, był dla Ormandy'ego niezwykle bogatym jeśli chodzi o wydawnictwa fonograficzne. W tymże roku bowiem oprócz tej płyty ukazało się jeszcze w formie reedycji 10 longplayów Filadelfijskiej Orkiestry pod jego batutą, w tym tak słynne programy jak nagrania utworów Fryderyka Chopina wraz z Arturem Rubinsteinem czy historyczne, pierwsze nagranie Symfonii Nr.1 Gustava Mahlera.
Doskonała forma Orkiestry na przełomie lat 60-tych i 70-tych, oraz okres największych wzlotów artystycznych Ormandy'ego stawiają te nagrania pośród najlepszych albumów muzyki klasycznej pierwszej połowy lat 70-tych. Nie mogło stać się inaczej w przypadku gdy jeden z najwybitniejszych amerykańskich dyrygentów sięgnął tu po utwór najbardziej charakterystyczny dla Węgier, a więc swej pierwotnej ojczyzny. Eugene Ormandy, przypomnijmy urodził się i wykształcił w Budapeszcie, a dopiero w wieku 22 lat wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Dlatego też LIszt zabrzmieć musiał pod jego batutą wyjątkowo.
''Węgierska rapsodia'' spaja niejako program płyty dwiema częściami tworząc doskonałą klamrę całego koncertu zawierającą w sobie jedną z najbardziej urokliwych melodycznie miniatur Dworzaka o charakterystycznej dla tego kompozytora inwencji melodycznej, oraz uwertury do jednej z najwspanialszych oper Smetany: ''Sprzedana narzeczona'' z 1866 roku.
Orkiestrą Filadelfijską Ormandy kierował od 1938 aż do 1980 roku, dokonał wraz z nią setki wyśmienitych nagrań niezwykle charakterystycznych i odwołujących się do najwspanialszych tradycji europejskich kompozytorów.
Niniejsze rejestracje, jakie ukazały się w 1970 roku pozostaną na zawsze jednymi z najwybitniejszych interpretacji Liszta, Dworzaka i Smetany pod batutą pięciokrotnie uhonorowanego nagrodą Grammy, zmarłego w 1985 Eugene Ormandy'ego.

Tagi: classic o
12:47, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 listopada 2011

 DUKE ELLINGTON / BOBBY HACKETT: Goodyear Jazz Concert /LP 1962/
str.1 Duke Ellington: Take The ''A'' Train; Satin Doll; Blow By Blow; Things Ain't What They Used To Be; VIP's Boogie and Jam with Sam; Kinda Dukish; Good Years Of Jazz
str.2 Bobby Hackett: Deed I Do; Sentimental Blues; When The Saints Go Marching In; Bill Bayley. Won't You Please Come Home?; Struttin' With Some Barbecue; Swing That Music

Pierwsze wydanie (tzw. first press) płyty winylowej z roku 1962, zatytułowanej ''Goodyear Jazz Concert'' zawierającej nagrania zespołów: Duke'a Ellingtona na stronie pierwszej i Bobby Hacketta -na drugiej. Prawdziwa czarna płyta sprzed blisko 50 lat wydana w zewnętrznie klejonej okładce, gruba i ciężka. To bardzo częsty przypadek w tamtych latach: dzielenie płyty na dwie strony poświęcone każda z osobna innym wykonawcom. Wspaniałe to były czasy, gdy wszystkie płyty miały dwie strony.
Nie mogło byc inaczej; koncert bandu Ellingtona otwiera: ''Take The A Train'' -najsłynniejsza kompozycja Billy Strayhorna od zawsze kojarzona z zespołem Duke'a Ellingtona z wspaniałym trębaczem Rayem Nance. To obok: ''Caravan'' Juana Tizola, niewątpliwie najsłynniejszy standard wykonywany przez zespół Ellingtona.
''Satin Doll'' zagrany podczas tego historycznego koncertu jako drugi to jeden z klasycznych przykładów ukazujących doskonale uzupełniające się w brzmieniu zespołu: fortepian Ellingtona i kontrabas Aarona Bella.
W ''Blow By Blow'' słyszymy wyśmienicie brzmiącego Paula Gonsalvesa na saksofonie tenorowym, a kolejna na płycie kompozycja: ''Things Ain't What They Used To Be'' to dzieło Mercera Ellingtona (syna Duke'a), w tej interpretacji ukazujące doskonałe warunki warsztatowe alcisty zespołu: Johnny Hodgesa.
Podczas dalszej części koncertu słuchamy m.in. porywającego sola perkusyjnego Sama Woodyarda, a całość kończy skomponowany przez Ellingtona specjalnie dla potrzeb koncertów z cyklu: ''Goodyear Jazz Concerts'' temat.
Nagrania big bandu Duke'a Ellingtona umieszczone na tym albumie uważane są przez miłośników jazzu za jedne z najdoskonalszych w dorobku zespołu z zarazem za jedne z najwspanialszych dokonań big bandów z lat 60.
Druga strona tego wspaniałego albumu przynosi nagrania zespołu Bobby Hacketta, który niewątpliwie ustępuje sławą Ellingtonowi, lecz bezsprzecznie uważany jest za jednego z największych wiruozów kornetu i trąbki (choć w zespołach Glenna Millera i Benny Goodmana grał także na gitarze!).
 W programie występu Hacketta znalazł się jeden z najsłynniejszych tematów wszechczasów: ''When The Saints Go Marching In'' okraszony rewelacyjnie brzmiącymi partiami perkusji (legendarny Morey Feld) i wyborną niezwykle bogato brzmiącą sekcją dętą.
Druga strona tej płyty to uczta dla miłośników jazzu tradycyjnego i dixielandu w najlepszym z możliwych wykonaniu, a muzyka ta najlepiej brzmi z płyty gramofonowej -zapewniam!

11:43, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 CHRIS BARBER / Mr.ACKER BILK: The Best Of Barber And Bilk /LP 1958 Golden Guinea/
str.1 Chris Barber's Jazz Band:
April Showers; Doin' the Crazy Walk; Hushabye; Everybody Loves My Baby; I Can't Give You Anything But Love; Whistling Rufus
str.2 Mr.Acker Bilk and his Paramount Jazz Band: C.R.E. March; Dardanella; Franklin Street Blues; Blaze Away; Easter Parade; Marching Through Georgia

Longplay wydany w Wielkiej Brytanii przez wytwórnię Golden Guinea, na którego pierwszej stronie znajdują się nagrania jazz bandu Chrisa Barbera, na drugiej zaś utwory Mr.Acker Bilka ze swym zespołem. To bardzo częsty przypadek w tamtych latach: dzielenie płyty na dwie strony poświecone każda z osobna innym wykonawcom. Wspaniałe to były czasy, gdy wszystkie płyty miały dwie strony.
Nagrania te zostały już ''oczyszczone cyfrowo'' i wydane na nieszeleszczących kompaktach, ale oryginałem edycyjnym dla nagrań z tamtych lat były, są i zawsze będą wspaniałe płyty gramofonowe. Dlatego z największą przyjemnością opuściłem ramię gramofonu na płytę.
Zespół puzonisty i saksofonisy tenorowego Chrisa Barbera w latach 60-tych był niewątpliwie jedną z najsłynniejszych orkiestr jazzowych Europy. Na niniejszym krążku zebrano 6 najsłynniejszych tematów, spośród których wyjątkowo doskonale brzmią takie choćby tematy jak nieśmiertelny: ''Everybody Loves My Baby'' czy zaśpiewany przez Ottillie Patterson blues: ''I Can't Give You Anything But Love''. Patterson zrobiła wówczas na Barberze tak wielkie wrażenie, iż związek ich został wkrótce przypieczętowany małżeństwem, a jej bluesowy wokal tak zadomowił się w kolejnych dokonaniach jego orkiestry iż postanowiono nazwę zespołu niebawem przemianować z Chris Barber Jazz Band na Chris Barber Blues and Jazz Band. Niewątpliwym atrubutem doskonałego brzmienia nagrań na płycie jest doborowy skład, w którym m.in. na banjo gra legendarny Lonnie Donegan, a na klarnecie Monty Sunshine.
Pan Acker Bilk (Mr.Acker Bilk) uważany jest za europejskiego króla klarnetu i doprawdy trudno znaleźć muzyka, który odcisnął równie wielkie piętno na brzmienie późniejszych wirtuozów tego instrumentu. Pomimo, iż w Stanach Zjednoczonych pojawiło się wielu wybitnych klarnecistów jak choćby: Benny Goodman, Woody Herman czy Artie Shaw, nazwisko Acker Bilk często pada wymieniane pośród nich jednym tchem wśród najbardziej wpływowych instrumentalistów świata.
Warto przypomnieć sobie jego brzmienie z lat 60-tych, słuchając choćby nieśmiertelnej: ''Dardanelli'' czy wybitnie dixielandowych: ''Easter Parade'' i ''Marching Through Georgia'' zestawionych w 20-minutowym secie na drugiej stronie tego krążka.
Wkrótce po wydaniu tych nagrań ukazała się część druga płyty (''The Best Of Barber And Bilk Volume II''), a cztery lata później ukazał się longplay tej samej wytwórnii: ''The Best Of Ball, Barber & Bilk'' (1962, Golden Guinea) uzupełniony o nagrania równie wielkiego brytyjskiego jazzmana: Ernie Balla i okrzyknięty najlepszą płytą brytyjskiego jazzu lat 60-tych.
Zarówno nagrania Chrisa Barbera jak i Mr.Acker Bilka wypełniające te płyty wznawiane są do dnia dzisiejszego w różnych konfiguracjach a jedną z najnowszych ''mutacji'' jest zestaw trzech płyt CD.

Tagi: b jazz
11:42, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »


 various: Moonlight Serenade. 20 Great Big Band Hits /LP/
str.1: Glenn Miller: Moonlight Serenade; Count Basie: One O'Clock Jump; Benny Goodman: Let's Dance; Gene Krupa vocal Irene Daye: Drum Boogie; Lionel Hampton: Flying Home; Tommy Dorsey: Opus One; Woody Herman: Four Brothers; Les Brown vocal Doris Day: Sentimental Journey; Charlie Barnet: Skyliner; Artie Shaw: Frenesi
str.2: Benny Goodman: A String Of Pearls; Duke Ellington: Take The A-Train; Tommy Dorsey vocal Frank Sinatra: This Love Of Mine; Lionel Hampton vocals Lionel Hampton & Curly Hammer: Hey! Ba-Ba-Re-Bob; Gene Krupa vocal Anita O'Day: Tea For Two; Woody Herman: Woodchopper's Ball; Benny Goodman: Memories Of You; Les Brown: I've Got My Love To Keep Me Warm; Harry James: Two O'Clock Jump; Glenn Miller vocal Tex Beneke and The Modernaires: Chattanooga Choo Choo

Godzinne spotkanie z tym co najpiękniejsze i zarazem najsłynniejsze w świecie jazzowej muzyki big bandowej. Obok takich ''kamieni milowych'' jazzu jak: ''Moonlight Serenade'' , ''Opus One'', ''Tea For Two'' czy w końcu ''Take The A-Train'', mamy okazję wysłuchać też tych ''mniej ogranych'' a również urokliwych tematów (np. ''Frenesi'' Artie Shawa).
Wśród instrumentalnych nagrań big bandów pod przewodnictwem takich legend jazzu jak: Glenn Miller, Duke Ellington, Count Basie, Benny Goodman, Lionel Hampton czy Woody Herman, znajdziemy też utwory z udziałem wybitnych głosów ''złotej ery swingu'' jak: Doris Day czy Frank Sinatra.
Płyty słucha się doskonale, gdyż jest doprawdy perfekcyjnie ułożoną kompilacją a rozmieszczenie nagrań w tej konfiguracji tworzy urozmaicony i nie mogący w żadnym wypadku
nużyć program, nawet tych słuchaczy, którzy wolą być może bardziej nowoczesne brzmienia. Co więcej; myślę iż ta właśnie składanka jest idealną płytą dla słuchających na co dzień innych brzmień melomanów, jako mała podręczna encyklopedia największych na świecie zespołów big bandowych wszech czasów. Szkoda tylko, iż ta estetycznie wydana płyta winylowa, pozbawiona jest jakichkolwiek informacji edycyjnych i dyskograficznych, dotyczących zamieszczonych nagrań, które pochodzą przecież z różnych lat i dokonane zostały w różnych składach. Fakt ten dziwi tym bardziej, iż płytę firmuje wydawnictwo o zobowiązującej i winnej zyskiwać zaufanie nazwie: Big Band Era.

Tagi: jazz
11:41, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2011

 CLASSIC JAZZ QUARTET: Branle /CD 2003 Comes/
Pavane; Concerto Part I; Concerto Part II; Branle; Arabesque; Contrapunctus; Poloviezan Dances; Badinerie; Prelude; Two Minutes

Poznański Classic Jazz Quartet powstał w 2000 roku z inicjatywy flecistki: Lidii Sieczkowskiej, która do współpracy w tworzeniu projektu pozyskała pianistę: Piotra Kałużnego oraz kontrabasistę: Zbigniewa Wrombla. Wkrótce kwartet uzupełnił grający na perkusji Krzysztof Przybyłowicz. Od tej pory muzycy współpracują w niezmienionym składzie wykonując repertuar oparty częściowo na muzyce klasycznej Bacha, Chopina czy Debussy'ego zbudowany w formie jazzowych transkrypcji oraz traktujący niejednokrotnie klasykę zaledwie jako punkt wyjścia. Zespół powstał w roku okrągłej 250 rocznicy śmierci J.S.Bacha i pierwszymi utworami jakie ''wziął na warsztat'' były właśnie dzieła Bacha. Z czasem jednak Muzycy sięgać poczęli po takich kompozytorów jak: Debussy czy Borodin opracowując ich miniatury w klimatach jazzowych. Owocem pierwszego okresu działalności kwartetu jest płyta: ''Branle'', która tytuł swój zawdzięcza kompozycji Le Roya z XVI wieku.
Pomysł transkrypcji muzyki klasycznej nie wydaje się odkrywczy, co więcej: dzięki kilku niezbyt udanym dotychczasowym próbom zaadoptowania klasyki dla potrzeb jazzowego słuchacza -wywoływać może złe skojarzenia. A jednak propozycje Classic Jazz Quartet wypadają wyjątkowo interesująco. Przede wszystkim mamy do czynienia z czterema wyjątkowymi Artystami, którzy doskonale potrafią odnaleźć się zarówno w estetyce muzyki stricte klasycznej (L.Sieczkowska) jak i są doskonałymi wirtuozami jazzowymi (Z.Wrombel i K.Przybyłowicz) oraz wybitnymi kompozytorami i aranżerami (P.Kałużny). Fuzja tak wyśmienitych osobowości w połączeniu z częstokroć dość wyszukanymi kompozycjami klasycznymi (jak choćby miniatura Bacha: ''Contrapunctus'') różni znacząco nagrania Classic Jazz Quartet od innych tego typu dokonań, jakie w okresie mody na transkrypcje zalewały rynek muzyczny.
Pośród 10 utworów aż 6 pochodzi z teki kompozytorskiej Jana Sebastiana Bacha a mimo to słuchając płyty odnosimy wrażenie obcowania z repertuarem bardzo urozmaiconym.
Wyjątkowo wdzięcznymi pod względem estetyki jazzowej okazały się: ''Concerto Part I / Part II'', gdzie partie fortepianowe P.Kałużnego daleko wykraczają poza znane schematy kompozycyjne a Z.Wrombel potrafił wyjątkowo zaznaczyć swoje indywidualne brzmienie.
W tytułowym utworze płyty także szczególną uwagę zwraca własnie solo Zbyszka i akordowa artykulacja P.Kałużnego.
Chociaż flet na płycie pełni głównie rolę czysto melodyjną, jest tu także miejsce na bardziej swobodne impresje i pokaz wyobraźni interpretacyjnej L.Sieczkowskiej w: ''Arabesque'' czy  ''Contrapunctus''. Drugi z wymienionych utworów ukazany został w estetyce niemal free jazzu poprzez swobodne improwizacje i rozbudowane partie solowe.
Oczywiście są na płycie momenty, podczas których duch jazzu opuszcza nas ustępując miejsca melodyce kompozycji (''Pavane'' czy ''Badinerie'') będąc ograniczonym niejako ''z natury'' ramami kompozycji, lecz dzięki temu płyta okazuje się być recitalem bardziej komunikatywnym i przystępnym jako całość.
Nawet jednak tak proste w swej konstrukcji i melodyjne kompozycje jak: ''Poloviezan Dances'' -Borodina, zespół potrafił ukazać w wyjątkowej estetyce jazzowego kwartetu.
''Prelude'' -Bacha to w interpretacji Classic Jazz Quartet prawdziwa jazzowa perła! Kompozycja Jana Sebastiana w tym przypadku jest zaledwie punktem wyjścia dla wirtuozerskich popisów każdego z instrumentalistów. Po agresywnej solówce Przybyłowicza, pojawia się penetrujący sfery improwizacji kontrabas a całość wieńczy impresja fortepianu.
Wszelkie granice zasad tradycyjnie pojmowanej transkrypcji zostają przekroczone jednak w kończącej album kompozycji Bacha: ''Two Minutes'' (trwającej notabene 6 minut) zagranej solo na kontrabasie. Tutaj Zbyszek Wrombel porywa nas w swoim charakterystycznym i rozpoznawalnym stylu w świat własnego spojrzenia na tą klasyczną miniaturkę podczas dalece posuniętych improwizacji osnutych wokół podstawowego tematu, który tak naprawdę jednoznacznie rozpoznany może być chyba dopiero na samym końcu utworu.
Płyty słucha się doskonale, pomimo iż jako całość robić może wrażenie trochę nierównej pod względem sposobu jazzowej transkrypcji.
Osobiście podzieliłbym ta płytę na dwie części: pierwszą, akcentującą melodykę i konstrukcję pierwowzorów kompozycji (m.in.: ''Pavane'', ''Badinerie'' czy: ''Poloviezan Dances'') i drugą, gdzie królują swobodne improwizacje i luźne impresje osnute wokół podstawowej struktury klasycznych miniatur (m.in. ''Two Minutes'' i ''Prelude'').

01:50, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
 CLASSIC JAZZ QUARTET & MACIEJ STRZELCZYK: Wieniawski /CD 2006 TMHW/
Souvenir de Posen; Etude E major Op.18; Etude E minor Op.18; Concerto D minor: Romance, Allegro moderato; Kujawiak A minor Op.3; Legende Op.17; Reverie F sharp minor; Polonaise brillante D major; Concerto F sharp minor: Preghiera; Allegro de sonate Op.2

Poznański Classic Jazz Quartet powstał w 2000 roku z inicjatywy flecistki: Lidii Sieczkowskiej, która do współpracy w tworzeniu projektu pozyskała pianistę: Piotra Kałużnego oraz kontrabasistę: Zbigniewa Wrombla. Wkrótce kwartet uzupełnił grający na perkusji Krzysztof Przybyłowicz. Od tej pory muzycy współpracują w niezmienionym składzie wykonując repertuar oparty częściowo na muzyce klasycznej Bacha, Chopina czy Debussy'ego zbudowany w formie jazzowych transkrypcji oraz traktujący niejednokrotnie klasykę zaledwie jako punkt wyjścia. Zespół powstał w roku okrągłej 250 rocznicy śmierci J.S.Bacha i pierwszymi utworami jakie ''wziął na warsztat'' były właśnie dzieła Bacha. Z czasem jednak Muzycy sięgać poczęli po takich kompozytorów jak: Debussy czy Borodin opracowując ich miniatury w klimatach jazzowych.

W roku 2006 z okazji XIII Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. H. Wieniawskiego ukazał się trzeci album formacji wypełniony w całości kompozycjami Wieniawskiego. Jest to pierwsza w historii próba przetransponowania muzyki Wieniawskiego na stylistykę jazzową w formie całej płyty.
Trudno wyobrazić sobie muzykę Wieniawskiego bez skrzypiec, dlatego na tej płycie brzmienie Classic Jazz Quartet wzbogacił gościnnie czołowy polski wiolinista jazzowy: Maciej Strzelczyk.
Już od pierwszych dźwięków płyty zostajemy zaskoczeni estetyką typowego mainstreamu. Śmiem twierdzić, iż osobom nie znającym twórczości Henryka Wieniawskiego do głowy nie przyszłoby podczas słuchania otwierającej płytę: ''Souvenir de Posen'' czy: ''Legende'', iż pochodzą z teki XIX wiecznego polskiego kompozytora.
Podobnie jest także w przypadku: ''Etiudy A moll'', gdzie olśniewa interpretacja M.Strzelczyka zbudowana na rytmicznych pulsacjach jazzowych, czy w trakcie słuchania fragmentów: ''Koncertu D moll'', gdzie linie melodyczne skrzypiec nawiązują jednoznacznie pod względem synkopowania i artykulacji do najwybitniejszych dokonań wiolonistyki jazzowej (''Romance''). W drugiej części tego koncertu natomiast (''Allegro moderato''), mamy do czynienia z doskonale zbudowanym dialogiem skrzypiec i fletu. Muszę się przyznać, iż zanim włączyłem tą płytę, obawiałem się zestawienia fletu i skrzypiec jako dwóch solowych instrumentów w tej konstelacji. Okazało się iż w wielu nagraniach L.Sieczkowska wraz z M.Strzelczykiem potrafili stworzyć doskonale uzupełniający się duet instrumentów tak przecież różniących się od siebie.
Swoistym eksperymentem na płycie okazało się wykonanie: ''Kujawiaka'' w formie ballady jazzowej (fortepian solo), które jednak ze względu na specyfikę melodyczną kompozycji wypada najmniej przekonująco z całego krążka.
Bez skrzypiec Muzycy obyli się podczas: ''Reverie'', który pomiędzy podzieloną na dwie części podstawową linią melodyczną zagraną na flecie zawiera mistrzowskie impresje P.Kałużnego.
Jeden z najsłynniejszych tematów Wieniawskiego: ''Polonaise brillante'' zaskakuje feelingiem i swobodą interpretacji. Obawiałem się tego utworu, ogrywanego do granic możliwości przez różnych skrzypków, przeglądając przed włączeniem płyty jej program. Tymczasem interpretacja M.Strzelczyka i Classic Jazz Quartet to prawdziwa niespodzianka. Główny motyw melodyczny jest tu bowiem zaledwie punktem wyjścia do jazzowych impresji (po raz kolejny: wyśmienity P.Kałużny).
Trochę ''mało słyszalnym'' wydaje się na tym krążku Zbyszek Wrombel, który tak doskonale zaznaczył swe piętno na płycie: ''Branle'' (2003). Nie ma tu tak rozbudowanych partii kontrabasu, na które być może specyfika repertuaru nie zostawiła wystarczająco przestrzeni.
''Allegro de sonate'' kończące płytę to kolejny temat, mogący uchodzić w tej interpretacji za współczesną jazzową kompozycję. Rozpoczęty solem fortepianu, rozwija się w mainstreamowy sposób ozdobiony po raz kolejny niezwykle swobodnym potraktowaniem melodyki przez Macieja Strzelczyka.
Słyszałem opinię, iż gdyby Wieniawski żył i grał po dziś dzień -jego płyty brzmiałyby właśnie tak. Bardzo prawdopodobne.
Po płytę powinni sięgnąć wszyscy miłośnicy Wieniawskiego jak i fani współczesnego jazzu, których w tym akurat przypadku nie powinno zrażać określenie: transkrypcja. Jeśli zraża: zapomnijcie o tym i posłuchajcie tej płyty po prostu jako albumu z doskonałym współczesnym polskim jazzem.

01:49, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 KRZYSZTOF KRAWCZYK: The Shadow Of Your Smile -Amerykańskie Piosenki część 2 /CD 2005, ITI/
Unforgettable; Steppin Out With My Baby; Blue Moon; Singin' In The Rain; The Shadow Of Your Smile; Night And Day; When I Fall In Love; When You're Smiling; Sentimental Journey; Kiss; For Sentimental Reasons; Moon River

To już druga płyta Krawczyka zawierająca standardy amerykańskiej piosenki. Pierwsza ukazała się rok wcześniej i wówczas wydawało się, iż zainspirowany poczynaniami Roda Stewarta oraz wspólnym z nim występem podczas koncertu w Polsce Krawczyk poprzestanie na jednym albumie w klimacie ''American Songbook''. Piosenkarz postanowił jednak wzorem swego brytyjskiego kolegi odciąć jeszcze jeden kupon od tego tematu. Czy to dobrze? Oczywiście tak, gdyż otrzymujemy kolejny zestaw pięknych amerykańskich tematów w interpretacji Pierwszego Męskiego Głosu Polskiej Piosenki, lecz z drugiej strony nie życzyłbym sobie aby Krawczyk podobnie jak Stewart ugrzązł w niekończącym się serialu amerykańskich piosenek na dobre, zupełnie zapominając o nowym repertuarze. Tym bardziej, iż dzięki monotematyczności ostatnich płyt Roda Stewarta, zdecydowanie odczuwam przesyt i miast cieszyć się kolejną porcją standardów na kolejnej jego płycie, podczas słuchania najzwyczajniej zaczynam się nudzić. Szkoda zatem byłoby gdyby Naszego Krawczyka spotkał podobny los i miast cieszyć się jego charyzmą, na kolejnych płytach słuchalibyśmy znanych do bólu piosenek, których byłby zaledwie poprawnym interpretatorem.
Płyta podobnie jak poprzedniczka, nagrana jest na najwyższym światowym poziomie, podobnie jak pierwsza przynosi ciekawy, urozmaicony repertuar, ale... no właśnie: wymieniając kolejne jej zalety powtarzałbym: ''podobnie jak pierwsza płyta''.
Jest tu ciekawa, choć nie zaskakująca jakąś wymyślną interpretacją wersja: ''Unforgettable'' Nat King Cole'a, ''When I Fall In Love'' z wspaniałym solem fortepianowym Piotra Kałużnego czy szczególnie urocza w interpretacji Krawczyka: ''Sentimental Journey''.
Perełeczkami na płycie są: tytułowa ''The Shadow Of Your Smile'' ozdobiona wspaniałą partią skrzypiec samego Michała Urbaniaka, oraz następująca zaraz po niej: ''Night And Day'', gdzie słyszymy raz jeszcze ikonę polskiego jazzu grającą tym razem na saksofonie. Choćby dla tych dwóch nagrań warto wejść w posiadanie tej płyty, poza tym Urbaniak i Kałużny to nie jedyne wielkie nazwiska biorące udział w tym projekcie. ''Lista płac'' wydrukowana wewnątrz digipaku, jest doprawdy imponująca; znajdziemy tam bowiem takich muzyków jak choćby Zbigniew Wrombel (kontrabas) czy Ryszard Kniat (instr. klawiszowe). Wracając do Michała Urbaniaka; artyści poznali się w jednym z klubów jazzowych Nowego Jorku, podczas 10-letniego pobytu Krawczyka w Stanach co również stanowi bardzo amerykański akcent podkreślający charakter płyty.
Choć we wstępie napisanym w książeczce przez Andrzeja Kosmalę dowiadujemy się, iż 12 nagrań wypełniających ten krążek to utwory, które niejako odrzucone zostały podczas składania repertuaru na poprzedni ''amerykański album'' i płyta jest zaledwie ''suplementem'' do pierwszej, nie odnoszę wrażenia iż słucham ''odrzutów'', a takie momenty jak przecudne solo trąbki Krzysztofa Lityńskiego w ''For Sentimental Reasons'', czy doskonale brzmiąca sekcja smyczków w kończącej płytę jednej z najpiękniejszych piosenek świata: ''Moon River'' (z filmu ''Śniadanie u Tiffanyego'') utwierdzają mnie w przekonaniu, iż mimo wszystko wydanie tej płyty było słusznym posunięciem.

Tagi: k Pop
01:47, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 listopada 2011
 SBB: Iron Curtain /CD 2009 Metal Mind/
Iron Curtain; Defilada; Camelele; Rozmowa z mistrzem; Opowieść; Błogosławione dni; Sunrise; Góry tańczące; Dopóki żyje matka jesteś dzieckiem

''Iron Curtain'' to kolejny krążek legendy polskiego rocka wydany w okresie, który zawsze traktował będę jako drugi rozdział w twórczosci zespołu. Grupa pozostając zespołem preferującym bardzo ambitną odmianę muzyki rockowej coraz częściej w tym ''drugim rozdziale'' swej działalności rezygnować zaczęła z bardziej rozbudowanych, długich form wypowiedzi na rzecz kompozycji krótszych i bardziej zwięzłych w strukturze konstrukcji. Jest to też okres stabilizacji składu -wydaje się bowiem, iż po współpracujących czasowo z zespołem Paulu Wertico i Mirosławie Muzykancie, Gabor Nemeth okazuje się być tym właściwym muzykiem. Celowo nie użyłem określenia: ''perkusista'' wobec Nemetha, gdyż z chwilą wstąpienia w szeregi SBB wniósł wkład w muzykę zespołu dalece wybiegający poza ramy po prostu: perkusisty. Choć na ''Iron Curtain'' jest współkompozytorem zaledwie jednego utworu, bierze czynny udział w tworzeniu kolejnych płyt pod względem ich aranżacji a charyzma jaka towarzyszy mu podczas koncertów z SBB sprawia, iż odnosi się doprawdy wrażenie niezwykłego zespolenia z triem, jakie miało w przeszłości miejsce jedynie w przypadku pierwszego ''pałkarza'' SBB: Jerzego Piotrowskiego.
Nigdy nie uważałem Józefa Skrzeka za wybitnego wokalistę, dlatego zapewne rozpoczynająca album, tytułowa piosenka utrzymana w oazowym klimacie nie trafia do mnie zupełnie. Następująca po niej ''Defilada'' natomiast jest dla mnie kilkuminutową esencją tego co w SBB kocham od zawsze: podniosły, monumentalny klimat utworu zbudowany na brzmieniach organów, ''błądząca'' gitara Apostolisa Anthimosa i dramatyczna wokaliza w finale. Jeśli chodzi o bardziej tradycyjne ''piosenkowe'' klimaty, doskonale wypada nastrojowa: ''Camelele'': gitara Athimosa ''pływa'' delikatnie, wokal Skrzeka ogranicza się niemal do melorecytacji, jest doskonałe solo fortepianu, jest solo gitary, a Nemeth w tym utworze wspaniale, bez specjalnych udziwnień a jednak we własnym rozpoznawalnym stylu nadaje rytm całości.
Słabiej w moim odczuciu wypadają: ''Rozmowa z mistrzem'' i ''Opowieść'', natomiast niepokojący nastrój i transowy klimat: ''Błogosławionych dni'' sprawia, iż często wracam do tego nagrania by odtworzyć je indywidualnie z tej płyty. Doskonale brzmi fortepian, cudna gitara ''płacze'' w charakterystyczny i kochany przeze mnie od zawsze sposób u Anthimosa, a najróżniejsze instrumenty perkusyjne, których dźwiękami raczy nas Nemeth sprawiają, iż właśnie ten utwór traktować możemy jako popis jego niezwykłego polotu i charyzmy. Szkoda tylko, iż w momencie gdy wydaję się iż panowie zaczną rozwijać swe improwizacje -nagranie znienacka się wycisza. Właśnie tego mi brakuje w dzisiejszym SBB -rozegrania się do granic możliwości i rozwinięcia wielu tematów, które aż się o to proszą. Szkoda, tym bardziej iż ''Błogosławione dni'' wyciszają się by ''zrobić miejsce'' całkiem przeciętnej kompozycji A.Anthimosa: ''Sunrise'' oraz kolejnemu ''piosenkowemu'' akcentowi pod postacią utworu: ''Góry tańczące''.
SBB to ikona polskiej muzyki rockowej i zapewne tyle jest opinii o każdej kolejnej płycie formacji, ilu słuchaczy. Uważam, iż to bardzo wartościowy krążek a zjawisko pod nazwą SBB jest jedynym w swoim rodzaju na polskiej scenie muzycznej od blisko 40 lat! Muzyka ewoluuje przez te wszystkie lata, ewoluuje też struktura kompozycji rockowych. Minęły już czasy, gdy zespoły pokroju Yes czy Pink Floyd nagrywały monumentalne dwudziestoparominutowe utwory. Minęły też czasy, gdy całą jedną stronę takiej np płyty jak: ''Ze słowem biegnę do ciebie'' wypełniała jedna kompozycja.

13:33, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 OSJAN: Po prostu /CD 2008 Kiton Art/ 
Pieśń afrykańskiego połykacza ognia; Pieśń Girolamy; Margaret z jednorożcem; Ginevra; Tańcząca Felina; Nawet gdy noc pokrywa cieniem zieloną ziemię...; Don

Premiera materiału zamieszczonego na tym albumie miała miejsce podczas Festiwalu Muzyki ''Inne Brzmienia'' w Lublinie w 2008. Wówczas też podjęto decyzję o wydaniu tych utworów na płycie otwierającej serię wydawniczą ''Inne Brzmienia'', a zbiór tych nagrań opatrzono tytułem: ''Po prostu'' -po prostu.
''Pieśń afrykańskiego połykacza ognia'' otwierająca płytę brzmi w stosunku do klimatów jakie zespół stara się stworzyć dość... hmm, skromnie i ubogo. Muzyka afrykańska kojarzy mi się z bogatymi, rozlegle działającymi na wyobraźnię instrumentami perkusyjnymi i pewną głębią i magią brzmienia. W konfrontacji z innymi produkcjami tego typu -utwór ten brzmi dość nieprzekonywująco.
Zdecydowanie bardziej porywa ''Pieśń Girolamy'', w pierwszej części będąca piękną nastrojową balladą z główną linią melodyczną wygrywaną na flecie (wspaniały Jacek Ostaszewski). W drugiej zaś porywającym i pełnym niepokoju transowym i hipnotyzującym, powalającym wręcz swą rytmiką i mocnymi uderzeniami perkusji (Radek Nowakowski) utworem zakończonym (będącą niejako ukojeniem) partią fletu z akompaniamentem magicznie brzmiącej harfy (Anna Sikorzak -Olek) i impresji gitarowych Wojciecha Waglewskiego. Te 12 minut utworu to według mnie zdecydowanie jeden z najciekawszych fragmentów płyty.
Harfa, flet i transowe uderzenia perkusji otwierają utwór: ''Margaret z jednorożcem''. Kompozycja zbudowana na zasadzie bolera ''nabiera rumieńców'' gdy dołącza gitara dobro. Pięknie brzmi ta melodia, a etnicznie utwór nawiązuje chyba do tradycji muzycznych Kastylii i Andaluzji. Na tej płycie Osjan nie nawiązuje jak dawniej przede wszystkim do tradycji muzyki bałkańskiej lecz poszerza niejako horyzonty czyniąc z ''muzyki świata'' z jaką od blisko czterdziestu lat grupa jest utożsamiania -''muzykę jeszcze większego świata'' -i bardzo dobrze!
''Ginewra'' to akustyczna ballada, oparta wyłącznie na brzmieniu harfy i fletu. To wyjątkowy utwór na tym albumie, odwołujący się do muzyki barokowej, oraz ostatnich jego wielkich twórców: Bacha, Vivaldiego czy Haendla.
Tanecznie i frywolnie rozbrzmiewa ''Tańcząca Felina'', będąca kilkuminutowym oderwaniem od transowych i hipnotycznych klimatów większości materiału na: ''Po prostu''.
Już jednak początek kolejnej długiej (10 min.) kompozycji (''Nawet gdy noc pokrywa cieniem zieloną ziemię...'') zabiera nas w orientalną podróż, której nastrój potęguje zdeformowane brzmienie gitary Waglewskiego przypominające sitar. Podczas słuchania drugiej niezwykle dynamicznej części utworu, wyobraźnia podsuwa rozmazany obraz tańczącego w transie szamana przy ognisku w miejscu raczej bardzo odległym od mojego pokoju, w którym słucham tej płyty. Niezwykłe klimaty, niecodzienne doznania... Jednak albumowi należy poświęcić trochę uwagi i choć przyjemnie słucha się tych utwórów również ''w tle'' -niezwykłym okazać się może wysłuchanie płyty w skupieniu, poświęcając jej na te kilkadziesiąt minut całą swą uwagę.
Płyta podobnie jak rozpoczynała się nieobiecująco, tak i kończy się nieszczególnym, nijakim utworem: ''Don''.
Album został wydany bardzo starannie i estetycznie w digipacku z dołączona grubą książeczką, zawierającą zdjęcia i wypowiedzi wszystkich muzyków związane ze zjawiskiem o nazwie: Osjan, oraz obszerny wywiad Roberta Sankowskiego z Jackiem Ostaszewskim
Osjan od zawsze opiera się jakimkolwiek klasyfikacjom i szufladkowaniu, lecz myślę iż jedyną właściwą definicją określającą gatunkowo muzykę zespołu jest tytuł płyty połączony z nazwą grupy: ''Po prostu Osjan''.

Tagi: o rock blues
13:32, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »

 FLEETWOOD MAC: The Very Best Of /CD 2002 (1968-1997) Warner/
Go Your Own Way; Don't Stop; Dreams; Little Lies; Everywhere; Albatross; You Make Me Loving Fun; Rhiannon (Single Version); Black Magic Woman; Tusk; Say You Love Me; Man Of The World; Seven Wonders; Family Man; Sara; Monday Morning; Gypsy; Over My Head (Single Version); Landslide; The Chain; Big Love (Live, 1997)

Jednopłytowy lecz bardzo obszerny zestaw 21 najbardziej znanych utworów Fleetwood Mac jest przekrojem całej twórczości grupy z okresu prawie 30 lat. W przeciwieństwie do podobnego w charakterze oficjalnego albumu z 1988 roku (''Greatest Hits'') wydanego na fali ogromnej popularności płyty ''Tango In The Night'' (1987), ukazano tu różne oblicza zespołu sięgając też po nagrania z pierwszego okresu działalnosci kiedy to liderem grupy był Peter Green. Stąd utwory takie jak: ''Albatross'', ''Black Magic Woman'' czy ''Man Of The World'' sąsiadują z wielkimi hitami końca lat 80-tych: ''Little Lies'', ''Everywhere'' czy choćby: ''Seven Wonders''. Dla wygody słuchacza i możliwości szybkiego uruchomienia nagrań w innej konfiguracji proponowałbym w przypadku takich ''składanek'' umieszczenie obok tytułów ich chronologicznej kolejności. Wówczas to podczas kolejnego przesłuchiwania możnaby wybrać kolejność w jakiej utwory powstawały a tym samym chronologicznie prześledzić poszczególne etapy rewolucji jednego z najważniejszych zespołów świata. Najwięcej nagrań na płycie pochodzi z lat 70-tych, w tym aż pięć z bestsellerowego albumu: ''Rumours'' (1977), który przypomnę iż znajduje się w czołówce listy najlepiej sprzedających się płyt wszechczasów. Lata 70-te to okres wielkich sukcesów Fleetwood Mac zakończony doskonałym choć często niedocenianym w różnego rodzaju podsumowaniach podwójnym albumem: ''Tusk'' (1979), reprezentowanym tu przez dwa utwory: ''Sara'' oraz zawsze, przez wszystkie lata wywołujący u mnie te same emocje utwór tytułowy -to prawdziwe arcydziełko! Nie mogę zrozumieć jak można było na poprzedniej przekrojowej płycie Fleetwood Mac pominąć pierwszy bluesowy okres działalności grupy. Na ''The Very Best Of'' na szczęście nie popełniono tego karygodnego błędu i wyposażono krążek w trzy prawdziwe ''perełki'' będące kompozycjami pierwszego lidera zespołu Petera Greena: ponadczasowy i wciąż tętniący pięknem i nastrojem: ''Albatross'', który jest jedną z najpiękniejszych melodii świata; ''Black Magic Woman'', który stał się jednym z największych standardów wszechczasów (spopularyzowany też przez Santanę); oraz piękny i wciąż tak samo wzruszający: ''Man Of The World''. Wszystkie te trzy nagrania wydane zostały pierwotnie na singlach w latach 1968 i 1969, a więc dużo dużo wcześniej nim na listach przebojów i w MTV zagościły niemal wszystkie po kolei nagrania z przebojowego: ''Tango In The Night''. Warto pamiętać, iż ''Albatross'' był pierwszym instrumentalnym ''numerem jeden'' wśród przebojów końca lat 60-tych, kiedy to na listach królowały przeboje The Beatles, Elvisa Presleya czy The Rolling Stones. Jest to też utwór ponadczasowy, który swą siłę zawdzięcza chyba najzwyczajniej swej prostocie. Często zastanawiam się czym stałaby się grupa Fleetwood Mac w latach 70-tych i 80-tych, gdyby jej liderem był nadal Peter Green... Jedną z najważniejszych grup bluesowych? A może po nagraniu trzech, czterech kolejnych płyt nie przetrwałaby trudnej dla tego rodzaju muzyki, lat 70-tych? Fleetwood Mac jako jedna z niewielu grup przetrwała ten okres... co więcej: właśnie w tych dziwnych i nieprzyjaznych latach kiedy to rozpadło się najwięcej grup powstałych w latach 60-tych -zespół odnosił wielkie sukcesy (albumy: ''Fleetwood Mac'' -1975, ''Rumours'' -1977, czy wspomniany: ''Tusk'' -1979).
Również druga połowa lat 80-tych to pasmo olbrzymich sukcesów: najpierw album: ''Mirage'' (1982), w końcu jedna z najbardziej przebojowych płyt wszechczasów: ''Tango In The Night'' (na omawianej składance znalazły się aż cztery nagrania z tego albumu). Niestety już lata 90-te oraz kolejne dziesięciolecie nie należały do najszczęśliwszych dla grupy; całkiem ''przepadł'' bardzo udany album: ''Time'' (1995), a płyta: ''Say You Will'' (2003) gdyby nie fakt iż ukazała się rok po omawianej w tym miejscu składance mogłaby reprezentowana być jedynie przy rozbudowaniu tego zestawu do wersji dwupłytowej przez singlowy: ''Peacekeeper'' (i to przy dużej fantazji wydawcy).
''The Very Best Of Fleetwood Mac'' z roku 2002 to zdecydowanie najlepszy spośród dotychczas wydanych, przekrojowy album ukazujący wszystkie oblicza jednej z najważniejszych grup świata dyskwalifikujący tym samym wydany w 1988 roku ''okaleczony'' i uboższy: ''Greatest Hits'' (choć tam znajdziemy: ''As Long As You Follow'', pastiszowy: ''Oh Diane'', ''Hold Me'' i ''No Question Asked'' -które tu pominięto).

Tagi: f rock blues
13:31, longplay_2010
Link Dodaj komentarz »